Obudziliście się – o dziwo – na tej samej polanie, na której kładliście się spać. Słońce leniwie ogrzewa źdźbła mokrej od rosy trawy. Wstaje poranek. W żyłach nadal płynie wam wczorajszy, a może dzisiejszy alkohol. Widać impreza była niczego sobie. Rozglądacie się wokoło. Poza tym, że wzrok trochę zawodzi, myląc górę z dołem i prawo z lewo, to okolica wygląda mniej więcej tak samo jak ostatnio. Niby wszystko ok, ale... (tu MG wykonuje test na INT z modyfikatorem – 15... kości ociężale toczą się po posadzce. Udało się!) ... Niby wszystko ok, ale... spostrzegacie, że nie ma wśród was krasnoluda – Tunbaha Mściwego!
W waszych mętnych mózgach dochodzi do kilku procesów chemicznych, które powinny wywołać z otchłani czaszki jakieś wspomnienia, lecz myślenie sprawia wam okropny ból.
Co robicie?
- Staram się nie myśleć, bo to wywołuje okropny ból głowy. Siadam i rozglądam się za leczniczą resztką pobiesiadnych procentów – odparł Gorthard, wojownik rasy ludzkiej.
- Kładę się na trawę i leżę, myśląc (choć boli mnie głowa) że to sen, i że zaraz się obudzę – oznajmił Darghart. Darghart przypominał ropuchę zmieszaną z rekinem i niedźwiedziedziem polarnym. Niby to zwykły człowiek, ale dziwnej urody.
Gorthard, znajdujesz dwie flaszki, wypełnione resztkami przezroczystego płynu
- Wącham – odparł
Gdy zapach dociera do twych nozdży wydaje się być lekarstwem na całe zło tego świata. A w tym przypadku złem jest twój kac. Jednak gdy mózg przetworzył dane, zemdliło cię przepotężnie i puściłeś eleganckiego, soczystego, z resztkami wczorajszej kolacji pawia! Był tak obfity, że jego część osiadła na plecach leżącego Dargharta.
- Czy mogłbyś rzygać gdzie indziej? - spytał Darghart
W tym momencie dostrzegł kątem oka część bełta na swych plecach...
Resztę możecie sobie wyobrazić i dopowiedzieć. Tak bowiem spędzaliśmy wolny czas z ziomami w liceum. Nie, nie... nie rzygając sobie na plecy, lecz grając w Warhammera, tego prawdziwego, fabularnego. Świece, kostki, karty postaci i wielogodzinne sesje, podczas których przeżyliśmy niesamowite przygody, wypiliśmy ocean browarów, spaliliśmy wagon towarowy papierosów. Teraz zdrowie już nie te, wyobraźnia płata figle, ale warto było.
Właśnie zbieramy ekipę, aby znów odlecieć w inny świat, tak na chwilę żeby oderwać się od rzeczywistości. Mam nadzieję, że się uda. A tym czasem dzięki Mioll, Domel, Eryka, Saulot i reszta których imon nie pamiętam!
Gramy?!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą facebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą facebook. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 kwietnia 2012
wtorek, 27 września 2011
Paco Haya Rodriquez: Nie lubię spać w trumnie część 2
Idąc dalej tropem trumny, w której spać nie lubię, utwierdzam się w przekonaniu, że wampiry są nieśmiertelne, i to nie tylko te w kościele, ale również takie prawdziwe, o ile wogóle istnieją. Wampir to poczciwa istota, żywiąca się krwią. No niby nic dziwnego, przecież pijawki czy komary mają podobnie, więc nie widzę w wampirach nic nowego, odkrywczego czy złego. Natura na wysysanie krwi wpadła już dawno temu.
Jednak wampiry mogą mieć pewną przewagę nad nami... ludzmi. Są bowiem – jak wspominałem – nieśmiertelne. W sensie śmiertelności choćby ze starości. Są śmiertelne bo można je zabić, ale same zdechnąć nie chcą. I to jest zasadniczy ich plus. Bo nie ukrywam, że starość mnie wkurwia. Gwoli wyjaśnienia: nie, nie boję się jej. Poprostu wkurwia mnie bycie starym.
Rozejrzyjcie się wkoło. Geriatria to mało. Te staruchy i wariatki w autobusach, raz że mózg już od dawna nie ten, to jakieś takie pomarszczone, śmierdzące dziwną perfumą a niekiedy parafiną. Ledwo chodzi, ledwo widzi, ciągle kaszle. Czasami się trzęsie, mimo że muzyki nie słucha, ciągle zrzędzi, niedosłyszy, narzeka, a to na stawy, to na kręgosłup. Noż kurwa! Nie pasuje mi.
Dlatego będę żyć na pełnej kurwie, żeby starość mnie nie dopadła. Nie lubię spać w trumnie, bo zwyczajnie się nie wysypiam. Ciasno, duszno i przede wszystkim ciemno, choć to akurat raczej plus. O masz. Już zaczynam zrzędzić jeszcze chwila i czas się zawijać.
PS Dzisiaj wraz z Julio del Torro będziemy reprezentować CATRINAS banda na koncercie Tito and Tarrantula http://metalmind.com.pl/index.php?dzial=newsy&more=3297 o czym napiszemy i pokażemy w dziewiątym numerze CATRINAS. JUŻ JUTRO!! ( http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download ) A na starcze skołatane nerwy Fear Factory – Powershifter!
http://www.youtube.com/watch?v=flzimbVxOHI
Jednak wampiry mogą mieć pewną przewagę nad nami... ludzmi. Są bowiem – jak wspominałem – nieśmiertelne. W sensie śmiertelności choćby ze starości. Są śmiertelne bo można je zabić, ale same zdechnąć nie chcą. I to jest zasadniczy ich plus. Bo nie ukrywam, że starość mnie wkurwia. Gwoli wyjaśnienia: nie, nie boję się jej. Poprostu wkurwia mnie bycie starym.
Rozejrzyjcie się wkoło. Geriatria to mało. Te staruchy i wariatki w autobusach, raz że mózg już od dawna nie ten, to jakieś takie pomarszczone, śmierdzące dziwną perfumą a niekiedy parafiną. Ledwo chodzi, ledwo widzi, ciągle kaszle. Czasami się trzęsie, mimo że muzyki nie słucha, ciągle zrzędzi, niedosłyszy, narzeka, a to na stawy, to na kręgosłup. Noż kurwa! Nie pasuje mi.
Dlatego będę żyć na pełnej kurwie, żeby starość mnie nie dopadła. Nie lubię spać w trumnie, bo zwyczajnie się nie wysypiam. Ciasno, duszno i przede wszystkim ciemno, choć to akurat raczej plus. O masz. Już zaczynam zrzędzić jeszcze chwila i czas się zawijać.
PS Dzisiaj wraz z Julio del Torro będziemy reprezentować CATRINAS banda na koncercie Tito and Tarrantula http://metalmind.com.pl/index.php?dzial=newsy&more=3297 o czym napiszemy i pokażemy w dziewiątym numerze CATRINAS. JUŻ JUTRO!! ( http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download ) A na starcze skołatane nerwy Fear Factory – Powershifter!
http://www.youtube.com/watch?v=flzimbVxOHI
Etykiety:
Britney Spears,
Catrinas,
Cycki,
dupa,
facebook,
Kes$ha,
Lady Gaga,
laski,
Lindsay Lohan,
Mariah Carey,
Megan Fox,
Oprah Winfrey,
pamiętniki wampirów,
Paris Hilton,
wampiry
poniedziałek, 19 września 2011
Bustos Domecq: Wyciek z Lulu i dupa
I wyciekło: od dzisiaj (tak sądzę, ja przynajmniej od dzisiaj o tym wiem) można posłuchać pierwszych 30-kilku sekund nowego kawałka z płyty Lou Reeda, na którą nowojorczyk postanowił ściągnąć chłopaków z Metalliki.
Nie wiem, czemu wybrali ten akurat fragment, bo zupełnie nic nie mówi o samej płycie (może właśnie dlatego?). Metallica - jak Metallika, ciężkie, nieco zbyt ostro brzmiące gitary, trochę Hetfieldowej chrypy, bardzo dużo Larsowych talerzy, które psują całkiem niezły perkusyjny bit, plus zero basu - klasyka, do której zdążyliśmy przywyknąć. Lou Reed też standardowo, bardziej recytuje niż śpiewa, podciąga ostatnie sylaby wyginając je w jakiś śmieszny łuk, zawsze gdzieś obok, zawsze dla siebie - znowu: klasyka, do której przyzwyczaił. Brakuje tylko charakterystycznego bałaganu gitarowego, tego brudu, którym Reed tak pięknie potrafił operować. Mam nadzieję, że poukładane i grane w punkt metalowe riffy Mety nie zdominują "Lulu", szkoda by było potencjału kompozytorskiego Reeda na takie upraszczanie, warto natomiast by było wykorzystać aranżacyjny talent Metalliki do podbicia kompozycji Reeda w najistotniejszych akcentach.
Nie zawodzą natomiast fanboye Mety. Ktoś pisze:
lou reed is the worst thing that metallica could happen. srsly that dude is a fucking retard. Maybe there'll be a nonlou version of this, im not gonna buy this for sure.
jeszcze inny pisze:
lou reed is a fucking failure
I żeby odreagować poziom debilizmu: bonus z dedykacją dla fanów Reeda
ps.: a rzeczonego fragmentu można posłuchać tu:
http://www.youtube.com/watch?v=hi15nyO3v6s&feature=player_embedded
Nie wiem, czemu wybrali ten akurat fragment, bo zupełnie nic nie mówi o samej płycie (może właśnie dlatego?). Metallica - jak Metallika, ciężkie, nieco zbyt ostro brzmiące gitary, trochę Hetfieldowej chrypy, bardzo dużo Larsowych talerzy, które psują całkiem niezły perkusyjny bit, plus zero basu - klasyka, do której zdążyliśmy przywyknąć. Lou Reed też standardowo, bardziej recytuje niż śpiewa, podciąga ostatnie sylaby wyginając je w jakiś śmieszny łuk, zawsze gdzieś obok, zawsze dla siebie - znowu: klasyka, do której przyzwyczaił. Brakuje tylko charakterystycznego bałaganu gitarowego, tego brudu, którym Reed tak pięknie potrafił operować. Mam nadzieję, że poukładane i grane w punkt metalowe riffy Mety nie zdominują "Lulu", szkoda by było potencjału kompozytorskiego Reeda na takie upraszczanie, warto natomiast by było wykorzystać aranżacyjny talent Metalliki do podbicia kompozycji Reeda w najistotniejszych akcentach.
Nie zawodzą natomiast fanboye Mety. Ktoś pisze:
lou reed is the worst thing that metallica could happen. srsly that dude is a fucking retard. Maybe there'll be a nonlou version of this, im not gonna buy this for sure.
jeszcze inny pisze:
lou reed is a fucking failure
I żeby odreagować poziom debilizmu: bonus z dedykacją dla fanów Reeda
ps.: a rzeczonego fragmentu można posłuchać tu:
http://www.youtube.com/watch?v=hi15nyO3v6s&feature=player_embedded
poniedziałek, 25 lipca 2011
Bustos Domecq: Pieprzyć nieczytających
Na facebooku pojawił się jakiś czas temu event, do którego jak ćmy do światła ciągnie sporą część moich znajomych. Event utworzony został pod nazwą "Pokażmy nieczytającym, że jest nas więcej" i liczy sobie w tym momencie 67 910 uczestników. Sześćdziesiąt siedem tysięcy i dziewięćset dziesięcioro ludzi będzie w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia pokazywać nieczytającym, że jest ich więcej. Trzymam kciuki.
Mam dla nich jednak złą wiadomość: więcej jest nieczytających. Nieczytających jest ogrom, którego nie jesteście w stanie pojąć i objąć choćbyście przeczytali "W poszukiwaniu straconego czasu" ciurem za jednym posiedzeniem. Nieczytających jest zastęp nieprzebrany, w dodatku mnożą się jak króliki - każdy jeden dzień szkolny to kolejnych paru, których polonistka bez powołania skutecznie zniechęci do sięgania po cokolwiek prócz pornografii.
Mowa oczywiście o rzeczywistości empirycznej, nie wirtualnej, bo internet jest takim zdumiewającym miejscem, w którym cała rzeczywistość staje na głowie i udaje, że nie wie o co chodzi. A to nieczytających jest trzy razy mniej niż czytających (w kraju, którego przeciętny obywatel nie jest w stanie przyswoić przeciętnej długości tekstu publicystycznego; w kraju, w którym połowa publicystów nie rozumie, co piszą ich koledzy po fachu, albo udaje, że nie rozumie), a to poparcie dla Janusza Korwin-Mikkego przekracza magiczny próg błędu statystycznego.
I tak czytający już z niedzieli na poniedziałek staną na głowie i będę udawać, że jest fajnie.
Po złej wiadomości mam też jeden apel: pierdolić nieczytających. Ja im nic nie zamierzam pokazywać, zwłaszcza między 23.30 w 2.00 w nocy z niedzieli na poniedziałek u schyłku tego niewdzięcznego, deszczowego, nieczytającego miesiąca, no chyba że akurat jakaś nieczytająca będzie skłonna wolny czas, oszczędzony na nieczytaniu, poświęcić na jakieś ciekawsze aktywności, niż licytowanie się na forach społecznościowych.
Czytanie jest elitarne, wymagające, uwznioślające. Jest dla wybranych: tych bardziej ciekawych, bardziej inteligentnych, obdarzonych większą wyobraźnią i większą wrażliwością. Chciałbym jeszcze napisać, że ładniejszych, ale co jest prawdziwe w moim przypadku nie musi dawać się uniwersalizować.
W każdym razie jest nas mniej. I powinniśmy się móc pochwalić raczej tym, jacy jesteśmy a nie tym, ilu nas jest. I tu pojawia się problem zasadniczy, bo - przytoczę za Lemem - nikt już dzisiaj nic nie czyta, a nawet jak czyta, to nie rozumie, a nawet jak rozumie, to od razu zapomina.
Ps.: a już podwójnie i od tyłu pieprzyć tych, co nie czytają CATRINAS. Nowy numer do pobrania już od dziś, za darmo, w pdfie i z obrazkami ze strony www.catrinas.pl
Mam dla nich jednak złą wiadomość: więcej jest nieczytających. Nieczytających jest ogrom, którego nie jesteście w stanie pojąć i objąć choćbyście przeczytali "W poszukiwaniu straconego czasu" ciurem za jednym posiedzeniem. Nieczytających jest zastęp nieprzebrany, w dodatku mnożą się jak króliki - każdy jeden dzień szkolny to kolejnych paru, których polonistka bez powołania skutecznie zniechęci do sięgania po cokolwiek prócz pornografii.
Mowa oczywiście o rzeczywistości empirycznej, nie wirtualnej, bo internet jest takim zdumiewającym miejscem, w którym cała rzeczywistość staje na głowie i udaje, że nie wie o co chodzi. A to nieczytających jest trzy razy mniej niż czytających (w kraju, którego przeciętny obywatel nie jest w stanie przyswoić przeciętnej długości tekstu publicystycznego; w kraju, w którym połowa publicystów nie rozumie, co piszą ich koledzy po fachu, albo udaje, że nie rozumie), a to poparcie dla Janusza Korwin-Mikkego przekracza magiczny próg błędu statystycznego.
I tak czytający już z niedzieli na poniedziałek staną na głowie i będę udawać, że jest fajnie.
Po złej wiadomości mam też jeden apel: pierdolić nieczytających. Ja im nic nie zamierzam pokazywać, zwłaszcza między 23.30 w 2.00 w nocy z niedzieli na poniedziałek u schyłku tego niewdzięcznego, deszczowego, nieczytającego miesiąca, no chyba że akurat jakaś nieczytająca będzie skłonna wolny czas, oszczędzony na nieczytaniu, poświęcić na jakieś ciekawsze aktywności, niż licytowanie się na forach społecznościowych.
Czytanie jest elitarne, wymagające, uwznioślające. Jest dla wybranych: tych bardziej ciekawych, bardziej inteligentnych, obdarzonych większą wyobraźnią i większą wrażliwością. Chciałbym jeszcze napisać, że ładniejszych, ale co jest prawdziwe w moim przypadku nie musi dawać się uniwersalizować.
W każdym razie jest nas mniej. I powinniśmy się móc pochwalić raczej tym, jacy jesteśmy a nie tym, ilu nas jest. I tu pojawia się problem zasadniczy, bo - przytoczę za Lemem - nikt już dzisiaj nic nie czyta, a nawet jak czyta, to nie rozumie, a nawet jak rozumie, to od razu zapomina.
Ps.: a już podwójnie i od tyłu pieprzyć tych, co nie czytają CATRINAS. Nowy numer do pobrania już od dziś, za darmo, w pdfie i z obrazkami ze strony www.catrinas.pl
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Bustos Domecq: Dziwny jest ten świat
Do pracy dojeżdżam metrem. Z kilku powodów: przede wszystkim poruszanie się po centrum Warszawy w godzinach porannego szczytu katorgą samo w sobie, a jeśli do tego poruszacie się zielonym Matizem, to katorga łączy się z hańbą. I zostajecie skatowani, pohańbieni, i pewnie jeszcze trochę obici przez wybitnych rajdowców warszawskich (za nie wrzucanie kierunkowskazu przy zjeździe z ronda powinno się wykłuwać oczy). Wszystkiego tego mogę uniknąć wskakując do metra - jeździ często, spod samego domu do samego celu, może usiąść nie ma jak, może czasem przyjdzie stać obok przeuroczej z pewnością babci, która akurat dzisiaj na śniadanie musiała pożreć skrzynkę cebuli, ale za to sobie poczytam we względnym spokoju. Parę stacji, a człowiek jest kilka stron do przodu. Ktoś powie, że w samochodzie mógłbym sobie odpalić audiobooka, ale ten ktoś nie wie, że mój Matiz z elektroniki ma tylko światła, a i to spory sukces.
Niemniej przejażdżki metrem mają jeszcze inną zaletę (która czasem, jak w przypadku babci po cebuli, jest wadą): pozwalają bliżej obcować ze stołecznym społeczeństwem. I tak wysiadając na stacji Metro Świętokrzyska od tygodnia mniej więcej obserwuję, jak technologia wkrada się w nasze życie ukradkiem, jak ułatwia nam życie nie zawsze na styl życia wpływając. Bo zwykło się uważać, że rozwój technologii zmienia wszystko, że digitalizując każdy aspekt naszego życia stajemy się mniej lub bardziej ludzcy, mniej lub bardziej sprawni intelektualnie, mniej lub bardziej towarzyscy - tak czy inaczej: inni.
A tu proszę, siedzi grajek uliczny. Siedzi tak, jak siedział Maleńczuk w Krakowie i jak siadał Gienek Loska we Wrocławiu czy w Warszawie, kiedy się zmęczył (bo ten gra stojąc). Siedzi i gra. Gra jak to uliczny grajek: średnio i w dodatku marne kawałki. Dzisiaj szło Lady Pank - niby klasyk, ale jaki rock takie klasyki... Wygląda też zupełnie jak uliczny grajek: wyciągnięty T-shirt, który pamięta pewnie niejeden Jarocin i niejednego Komandosa, długie, wciśnięte za ucho, lekko nieświeże włosy, dżiny, trampy - pełny zestaw. Do tego gitara - Defil z naciągniętym na gryf czymś, co pamięta jeszcze czasy sprzed nylonu - może to być kocie jelito, a może być to absolutnie cokolwiek, w każdym razie i tak zagłusza głos naszego grajka, który ginie w dźwiękach rypania palcami o półgluche pudło rezonansowe - bardzo to perkusja niż gitara.
I tak sobie siedzi jakby siedział tam od dwudziestu lat, gra te kawałki, które grali wszyscy inni z jego gatunku, można by rzecz, że świat stanął w miejscu, że zapomniał o ulicznych grajkach, gdyby nie jeden detal. Stos kartek śpiewnika lub - w przypadku tych lepiej zorganizowanych - pulpitów z tekstami i nutami/chwytami, zastąpił sobie nasz rezolutny grajek wyświetlaczem, LCD na statywie. Niby nic, a jest coś przewrotnego w tym, że punkowa kontestacja może sięgnąć po jakieś krawaciarskie szataństwo i użyć do własnych celów.
Ps.: taki tablet można też wykorzystać do poczytania nowego numeru CATRINAS w przerwach między Lombardem a Oddziałem Zamkniętym. Więc jeśli akurat w tej chwili przypadkowo siedzicie pod Metrem Świętokrzyska i dajecie odpocząć obolałym palcom, wejdźcie na www.catrinas.pl i pobierzcie sobie świeży numer szósty!
Niemniej przejażdżki metrem mają jeszcze inną zaletę (która czasem, jak w przypadku babci po cebuli, jest wadą): pozwalają bliżej obcować ze stołecznym społeczeństwem. I tak wysiadając na stacji Metro Świętokrzyska od tygodnia mniej więcej obserwuję, jak technologia wkrada się w nasze życie ukradkiem, jak ułatwia nam życie nie zawsze na styl życia wpływając. Bo zwykło się uważać, że rozwój technologii zmienia wszystko, że digitalizując każdy aspekt naszego życia stajemy się mniej lub bardziej ludzcy, mniej lub bardziej sprawni intelektualnie, mniej lub bardziej towarzyscy - tak czy inaczej: inni.
A tu proszę, siedzi grajek uliczny. Siedzi tak, jak siedział Maleńczuk w Krakowie i jak siadał Gienek Loska we Wrocławiu czy w Warszawie, kiedy się zmęczył (bo ten gra stojąc). Siedzi i gra. Gra jak to uliczny grajek: średnio i w dodatku marne kawałki. Dzisiaj szło Lady Pank - niby klasyk, ale jaki rock takie klasyki... Wygląda też zupełnie jak uliczny grajek: wyciągnięty T-shirt, który pamięta pewnie niejeden Jarocin i niejednego Komandosa, długie, wciśnięte za ucho, lekko nieświeże włosy, dżiny, trampy - pełny zestaw. Do tego gitara - Defil z naciągniętym na gryf czymś, co pamięta jeszcze czasy sprzed nylonu - może to być kocie jelito, a może być to absolutnie cokolwiek, w każdym razie i tak zagłusza głos naszego grajka, który ginie w dźwiękach rypania palcami o półgluche pudło rezonansowe - bardzo to perkusja niż gitara.
I tak sobie siedzi jakby siedział tam od dwudziestu lat, gra te kawałki, które grali wszyscy inni z jego gatunku, można by rzecz, że świat stanął w miejscu, że zapomniał o ulicznych grajkach, gdyby nie jeden detal. Stos kartek śpiewnika lub - w przypadku tych lepiej zorganizowanych - pulpitów z tekstami i nutami/chwytami, zastąpił sobie nasz rezolutny grajek wyświetlaczem, LCD na statywie. Niby nic, a jest coś przewrotnego w tym, że punkowa kontestacja może sięgnąć po jakieś krawaciarskie szataństwo i użyć do własnych celów.
Ps.: taki tablet można też wykorzystać do poczytania nowego numeru CATRINAS w przerwach między Lombardem a Oddziałem Zamkniętym. Więc jeśli akurat w tej chwili przypadkowo siedzicie pod Metrem Świętokrzyska i dajecie odpocząć obolałym palcom, wejdźcie na www.catrinas.pl i pobierzcie sobie świeży numer szósty!
wtorek, 10 maja 2011
Paco Haya Rodriquez: W sieci między światami
W połowie lat 90-tych nikomu nie przyszło do głowy, żeby sciągać muzę z sieci, bo tejże nie było. No może nie dokońca nie było. Była, ale nikt nie miał do niej dostępu, bo było to po prostu za drogie. Pamiętam, gdy łączyłem się na chwilę przez modem, a każde 3 minuty kosztowały 33 grosze! Z racji tego częściej bywało się na mieście i zdecydowanie częściej widziało się z kumplami. Relacje międzyludzkie były zdecydowanie bardzej namacalne niż teraz.
Te 15 lat temu, gdy szedłem Marszałkowską w Warszawie, twarze były jakieś znajome, tu i tam jakiś ziom wychylał się zza rogu machając w przjaznym geście. Nawet, gdy pokazywaliśmy sobie środkowy palec, znany jako FUCK, wyglądało to jakoś lepiej, a zwykłe “spierdalaj” brzmiało tak zachęcająco, że mógłbym zacząć się pakować i faktycznie pospiesznie wydupiać z kadru, udając się w odległe miejsce.
Obecnie nawet nie bywam w centrum, w śródmieściu czy na mokotowie. Nie mam takiej potrzeby. Ułożyłem sobie życie po prawej stronie Wisły i nie mam po co jej przekraczać.
Wczoraj jednak to się zmieniło. Nie dośc, że zacząłem podróż autobusem, to po mieście chodziłem. Ot tak po prostu, lewa, prawa, lewa, prawa. Nogi nieco zagubione w zgiełku miasta prowadziły mnie do celu. Oczy wirowały wokół głowy, jak ziemia wokół słońca. Nie mogłem się nadziwić. Gdzie dziwki? Gdzie kupić koks (do koksownika oczywiście)? Gdzie alkohol? Nowe twarze, nowe stroje, chłopaki z fryzurami jak kobiety, jakieś takie dziwnie spuszczone na twarz z jednej strony, niektórzy z pomalowanymi paznokciami, czapki z prostym daszkiem. No nie tak nas uczono! Długie baty a i owszem, ale całe, a nie spedalone pół. Wspomniany daszek miał być wygięty w łuk. A spodnie? No spodnie, jak spodnie - bojówki! Teraz obcisłe lub zwężane dżinsy! Buty rodem z lat 80. Wszystko w kratkę lub czaszki, różowe, zielone odblaskowe, czarno-białe... Zupełnie inne, takie jakieś pedalskie. Fajnie, że czasy się zmieniają i udało mi się to dostrzec, ale chyba tak nie umiem. Nawet gdybym chciał tak wyglądać to raczej bym się wstydził czarnych [różowych, zielonych...] paznokci i tych ciuchów, fryzur.
Cieszę się, że moje miasto nadal tętni życiem, że jest dużo ludzi, że są knajpy. Wszystko takie samo, ale jakby widziane z innej perspektywy.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że są to ludzie wprost z sieci. Sieci, której my nie mieliśmy. Oni kreują świat, a jednocześnie są kreowani przez sieć. Są kontrolowani, są zalogowani. Zawsze.
CATRINAS 05 ma do zaoferowania
- Litza cuestionario
- recenzja płyty LUXTORPEDY
- fotorelacja z koncertu LUXTORPEDY
- zdamy pełną relację ze spotkania z LUXTORPEDĄw empiku
i wiele wiele więcej. 24 maja na www.catrinas.pl
13/05/2011 – KONCERT TUFF ENUFF, Klub Punkt & Radio Luxembourg, Warszawa - wjazd 25 zł a w dniu koncertu 30! Ilość biletów ograniczona!!!
poniedziałek, 28 marca 2011
Bustos Domecq: Jak wyrwać laskę na literaturę, nie znając się na piłce nożnej
Nie wierzcie tak do końca Juliowi, bo to po prostu kolejny wykształciuch, który swoją miłość do piłki nożnej musi jakoś uwznioślić. Ideologii nie dorobi, bo mało czytał francuskich postmodernistów, więcej zaś czytał egzystencjalistów, toteż gdzie nie dorobi ideologii, tam naściemnia.
Każdy ma takie wstydliwe miłości, ja na przykład mam swój Manowar raz na kilka lat (nikt mi nie powie, że jest lepszy zespół do czytania Spanglera!), acz nie twierdzę, że "Woman be my slave" pomogło mi kiedykolwiek w podbojach. W podbojach - jak każdemu wykształciuchowi - pomagał alkohol. Zawsze.
Dla wszystkich jednak tych facetów, którzy zupełnie nie rozumieją jaki jest sens oglądania jak 22 pacanów lata za świńskim jelitem po trawie (sam ganiać lubię, tak samo jak lubię na przykład pić alkohol, choć oglądanie pijących nie sprawia mi żadnej satysfakcji; kontrargumentować można, owszem, seksem: tutaj oglądanie też ma jakieś znaczenie i bywa z konieczności substytutem, ale nie siadacie sobie z piwkiem do pornosa żeby po wszystkim położyć się do łóżka z Sartrem!), dla takich więc facetów mam Dobrą Nowinę: otóż najwięcej w Europie czytają Czesi, a najwięcej z Czechów: Czeszki.
W tym momencie podważyć należy jeszcze jedną tezę Julia: otóż jeśli laska czytała Lampedusę czy Baricco - cóżże straconego? Dla kogoś, kto od spoconych facetów przy flaku stroni, przyznanie, że w finale "Jedwabiu" łzę uronił, lub że młodzieńcza brawura Tancrediego i klasyczność jego ogłady są niesłusznie zapomnianymi cechami wśród męskiej populacji, nie będzie problemem, a częściej - zwyczajnie przybliży sukces. Wszak wyrywać na literaturę nie należy przez jej akademicki rozbiór (czasem natomiast warto wzgardzić Derridą - dzisiaj to offowe).
Toteż wolę chyba naukę Czeskiego wśród przemiłych studentek slawistyki, czy - w pożądanej konsekwencji - parę wieczorów w czeskim barze przy dartach, hektolitrach piwa donoszonych przez jakieś śliczne Helenki i potykanie się o niepamięć "Imienia róży", niż śmierdzącego Championsa z brzydkimi kelnerkami, małym Heinekenem po 15 złotych i jakimś spoconym pojebańcem w różowej koszuli z białym kołnierzykiem, który plując wyśpiewuje klubowe hymny.
Każdy ma takie wstydliwe miłości, ja na przykład mam swój Manowar raz na kilka lat (nikt mi nie powie, że jest lepszy zespół do czytania Spanglera!), acz nie twierdzę, że "Woman be my slave" pomogło mi kiedykolwiek w podbojach. W podbojach - jak każdemu wykształciuchowi - pomagał alkohol. Zawsze.
Dla wszystkich jednak tych facetów, którzy zupełnie nie rozumieją jaki jest sens oglądania jak 22 pacanów lata za świńskim jelitem po trawie (sam ganiać lubię, tak samo jak lubię na przykład pić alkohol, choć oglądanie pijących nie sprawia mi żadnej satysfakcji; kontrargumentować można, owszem, seksem: tutaj oglądanie też ma jakieś znaczenie i bywa z konieczności substytutem, ale nie siadacie sobie z piwkiem do pornosa żeby po wszystkim położyć się do łóżka z Sartrem!), dla takich więc facetów mam Dobrą Nowinę: otóż najwięcej w Europie czytają Czesi, a najwięcej z Czechów: Czeszki.
W tym momencie podważyć należy jeszcze jedną tezę Julia: otóż jeśli laska czytała Lampedusę czy Baricco - cóżże straconego? Dla kogoś, kto od spoconych facetów przy flaku stroni, przyznanie, że w finale "Jedwabiu" łzę uronił, lub że młodzieńcza brawura Tancrediego i klasyczność jego ogłady są niesłusznie zapomnianymi cechami wśród męskiej populacji, nie będzie problemem, a częściej - zwyczajnie przybliży sukces. Wszak wyrywać na literaturę nie należy przez jej akademicki rozbiór (czasem natomiast warto wzgardzić Derridą - dzisiaj to offowe).
Toteż wolę chyba naukę Czeskiego wśród przemiłych studentek slawistyki, czy - w pożądanej konsekwencji - parę wieczorów w czeskim barze przy dartach, hektolitrach piwa donoszonych przez jakieś śliczne Helenki i potykanie się o niepamięć "Imienia róży", niż śmierdzącego Championsa z brzydkimi kelnerkami, małym Heinekenem po 15 złotych i jakimś spoconym pojebańcem w różowej koszuli z białym kołnierzykiem, który plując wyśpiewuje klubowe hymny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
