Obudziliście się – o dziwo – na tej samej polanie, na której kładliście się spać. Słońce leniwie ogrzewa źdźbła mokrej od rosy trawy. Wstaje poranek. W żyłach nadal płynie wam wczorajszy, a może dzisiejszy alkohol. Widać impreza była niczego sobie. Rozglądacie się wokoło. Poza tym, że wzrok trochę zawodzi, myląc górę z dołem i prawo z lewo, to okolica wygląda mniej więcej tak samo jak ostatnio. Niby wszystko ok, ale... (tu MG wykonuje test na INT z modyfikatorem – 15... kości ociężale toczą się po posadzce. Udało się!) ... Niby wszystko ok, ale... spostrzegacie, że nie ma wśród was krasnoluda – Tunbaha Mściwego!
W waszych mętnych mózgach dochodzi do kilku procesów chemicznych, które powinny wywołać z otchłani czaszki jakieś wspomnienia, lecz myślenie sprawia wam okropny ból.
Co robicie?
- Staram się nie myśleć, bo to wywołuje okropny ból głowy. Siadam i rozglądam się za leczniczą resztką pobiesiadnych procentów – odparł Gorthard, wojownik rasy ludzkiej.
- Kładę się na trawę i leżę, myśląc (choć boli mnie głowa) że to sen, i że zaraz się obudzę – oznajmił Darghart. Darghart przypominał ropuchę zmieszaną z rekinem i niedźwiedziedziem polarnym. Niby to zwykły człowiek, ale dziwnej urody.
Gorthard, znajdujesz dwie flaszki, wypełnione resztkami przezroczystego płynu
- Wącham – odparł
Gdy zapach dociera do twych nozdży wydaje się być lekarstwem na całe zło tego świata. A w tym przypadku złem jest twój kac. Jednak gdy mózg przetworzył dane, zemdliło cię przepotężnie i puściłeś eleganckiego, soczystego, z resztkami wczorajszej kolacji pawia! Był tak obfity, że jego część osiadła na plecach leżącego Dargharta.
- Czy mogłbyś rzygać gdzie indziej? - spytał Darghart
W tym momencie dostrzegł kątem oka część bełta na swych plecach...
Resztę możecie sobie wyobrazić i dopowiedzieć. Tak bowiem spędzaliśmy wolny czas z ziomami w liceum. Nie, nie... nie rzygając sobie na plecy, lecz grając w Warhammera, tego prawdziwego, fabularnego. Świece, kostki, karty postaci i wielogodzinne sesje, podczas których przeżyliśmy niesamowite przygody, wypiliśmy ocean browarów, spaliliśmy wagon towarowy papierosów. Teraz zdrowie już nie te, wyobraźnia płata figle, ale warto było.
Właśnie zbieramy ekipę, aby znów odlecieć w inny świat, tak na chwilę żeby oderwać się od rzeczywistości. Mam nadzieję, że się uda. A tym czasem dzięki Mioll, Domel, Eryka, Saulot i reszta których imon nie pamiętam!
Gramy?!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 kwietnia 2012
środa, 26 października 2011
Fidel C. de Izquierdas: Geniokracja
Kościół katolicki jest bardzo wdzięczną instytucją, jeśli chodzi o zdobycie rozgłosu. Nie masz tematu – wal w kler. Wiem, próbowałem już dwa razy. Metodę zastosował też nie tak dawno Paco, medialna świnia. Chociaż ciężko stwierdzić, po co. Ten człowiek mógłby wrzucić na bloga link do pustej strony, a i tak osiągnąłby większą popularność niż cała reszta redakcji razem wzięta.
Tymczasem jest tyle innych znacznie bardziej interesujących religii niż wielokrotnie już pożarty i przetrawiony katolicyzm. Ot choćby taka mało inteligentna teoria inteligentnego projektu, jak raelianizm. Pewien francuski kabareciarz, co jest zresztą znaczące, Claude Maurice Marcel Vorilhon poinformował kiedyś ludzkość, że przybysze z kosmosu, którzy stworzyli życie na Ziemi, przylecieli się z nim zobaczyć. I w czasie pogawędki wytłumaczyli mu, jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło…
A zaczęło się dawno, dawno temu, za niezliczoną liczbą galaktyk i mgławic kosmicznych, kiedy to cywilizacja Elohim z nudów zaczęła eksperymentować i klonować co popadnie, a potem nawet tworzyć życie od podstaw. Że niektórym wydawało się to niebezpieczne, badania postanowiono kontynuować na jakimś Wielkim Zadupiu Wszechświata, czyli na Ziemi. Tak powstał człowiek.
Grup badaczy było kilka, a co grupa to osobny projekt. Projekty te porównywano na specjalnych konkursach. Większość wygrali Żydzi. Stąd ich przeświadczenie, że są narodem wybranym. Tylko nie wybranym przez Boga, a przez kosmiczne jury w międzygalaktycznym odpowiedniku programu „Mam Talent”.
A potem już się potoczyło. Ludzie wymknęli się spod kontroli, więc ich zbombardowano atomowym deszczem. Dobrze, że Noe na czas zdążył ewakuować po komórce każdej formy życia i uciec na orbitę. Dzięki temu mógł wrócić i odbudować cały ekosystem. Za to zupełnie niepotrzebnie niektórzy zaczęli później myśleć o zemście i gromadzić tajną broń w Sodomie i Gomorze.
W starożytnej historii Elohim ukazywali się wielokrotnie. Kiedy Jozue oblegał Jerycho, przybył mu z pomocą jakiś kosmiczny doradca wojenny, który skruszył mury przy pomocy skomplikowanego instrumentu strzelającego skoncentrowanymi falami ultradźwiękowymi kruszącymi beton, czyli tzw. trąby. Samson kontaktował się z nimi przy pomocy włosów. Włosy są bowiem naturalnymi antenkami pozwalającymi wysyłać myśli na odległość. Telepatia. Przecież to dlatego wśród późniejszych geniuszy (dodajmy do tego, że najczęściej żydowskich, bo Żyd to najsprawniejsza wersja człowieka) tylu ludzi nosiło długie włosy i bujny zarost. Nie trzeba chyba dodawać, że Jezus też był z nimi w stałym kontakcie. Oraz, że został przeszkolony „między innymi, w posługiwaniu się darem przekonywania, dzięki pewnej formie grupowej hipnozy telepatycznej” (cyt. z Claude Vorilhon „Raël”, Przekaz dany mi przez przybyszów z kosmosu).
Przy tym wszystkim raelianie mają swoje plusy. Na przykład zachęcają do zdrowego trybu życia, czyli niepicia i niepalenia. To jeszcze nie jest ten plus, ale do niego prowadzi. Bo robią to nie bez powodu. Tylko po to, żeby utrzymać swoje ciała w jak najlepszej kondycji. A to znowu po to, żeby móc się bzykać bez opamiętania. Bo przyjemność osiągana drogą fizyczną jest według nich podstawowym celem egzystencji.
Więcej, oni mają swoje postulaty polityczne. Chcą wprowadzić cenzus inteligencji. Rael, ich przywódca, dokładnie to wyliczył. Do rządu mają pójść ci, których IQ wynosi 50% powyżej przeciętnej. Podobnie czynne prawo wyborcze pozostawione ma być tym, którzy przekraczają średnią o 10%. Ma to pozwolić na stworzenie ustroju opartego na geniuszu, czyli geniokrację.
Jest coś wzruszającego w fakcie, jak bardzo niektórzy dążą do odsunięcia samych siebie od władzy.
Tymczasem jest tyle innych znacznie bardziej interesujących religii niż wielokrotnie już pożarty i przetrawiony katolicyzm. Ot choćby taka mało inteligentna teoria inteligentnego projektu, jak raelianizm. Pewien francuski kabareciarz, co jest zresztą znaczące, Claude Maurice Marcel Vorilhon poinformował kiedyś ludzkość, że przybysze z kosmosu, którzy stworzyli życie na Ziemi, przylecieli się z nim zobaczyć. I w czasie pogawędki wytłumaczyli mu, jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło…
A zaczęło się dawno, dawno temu, za niezliczoną liczbą galaktyk i mgławic kosmicznych, kiedy to cywilizacja Elohim z nudów zaczęła eksperymentować i klonować co popadnie, a potem nawet tworzyć życie od podstaw. Że niektórym wydawało się to niebezpieczne, badania postanowiono kontynuować na jakimś Wielkim Zadupiu Wszechświata, czyli na Ziemi. Tak powstał człowiek.
Grup badaczy było kilka, a co grupa to osobny projekt. Projekty te porównywano na specjalnych konkursach. Większość wygrali Żydzi. Stąd ich przeświadczenie, że są narodem wybranym. Tylko nie wybranym przez Boga, a przez kosmiczne jury w międzygalaktycznym odpowiedniku programu „Mam Talent”.
A potem już się potoczyło. Ludzie wymknęli się spod kontroli, więc ich zbombardowano atomowym deszczem. Dobrze, że Noe na czas zdążył ewakuować po komórce każdej formy życia i uciec na orbitę. Dzięki temu mógł wrócić i odbudować cały ekosystem. Za to zupełnie niepotrzebnie niektórzy zaczęli później myśleć o zemście i gromadzić tajną broń w Sodomie i Gomorze.
W starożytnej historii Elohim ukazywali się wielokrotnie. Kiedy Jozue oblegał Jerycho, przybył mu z pomocą jakiś kosmiczny doradca wojenny, który skruszył mury przy pomocy skomplikowanego instrumentu strzelającego skoncentrowanymi falami ultradźwiękowymi kruszącymi beton, czyli tzw. trąby. Samson kontaktował się z nimi przy pomocy włosów. Włosy są bowiem naturalnymi antenkami pozwalającymi wysyłać myśli na odległość. Telepatia. Przecież to dlatego wśród późniejszych geniuszy (dodajmy do tego, że najczęściej żydowskich, bo Żyd to najsprawniejsza wersja człowieka) tylu ludzi nosiło długie włosy i bujny zarost. Nie trzeba chyba dodawać, że Jezus też był z nimi w stałym kontakcie. Oraz, że został przeszkolony „między innymi, w posługiwaniu się darem przekonywania, dzięki pewnej formie grupowej hipnozy telepatycznej” (cyt. z Claude Vorilhon „Raël”, Przekaz dany mi przez przybyszów z kosmosu).
Przy tym wszystkim raelianie mają swoje plusy. Na przykład zachęcają do zdrowego trybu życia, czyli niepicia i niepalenia. To jeszcze nie jest ten plus, ale do niego prowadzi. Bo robią to nie bez powodu. Tylko po to, żeby utrzymać swoje ciała w jak najlepszej kondycji. A to znowu po to, żeby móc się bzykać bez opamiętania. Bo przyjemność osiągana drogą fizyczną jest według nich podstawowym celem egzystencji.
Więcej, oni mają swoje postulaty polityczne. Chcą wprowadzić cenzus inteligencji. Rael, ich przywódca, dokładnie to wyliczył. Do rządu mają pójść ci, których IQ wynosi 50% powyżej przeciętnej. Podobnie czynne prawo wyborcze pozostawione ma być tym, którzy przekraczają średnią o 10%. Ma to pozwolić na stworzenie ustroju opartego na geniuszu, czyli geniokrację.
Jest coś wzruszającego w fakcie, jak bardzo niektórzy dążą do odsunięcia samych siebie od władzy.
wtorek, 20 września 2011
Paco Haya Rodriquez: Nie lubię spać w trumnie
Bycie wampirem stało się ostatnio zajebiście modne. Zapewne małolaty ocipiały na ich punkcie po obejrzeniu kilku kinowych gniotów o tejże tematyce. Masowa skala tego zjawiska niewątpliwie mi też się udzieliła, i zaobserwowałem pewną prawidłowość.
Wampira nie widać w lustrze. Podobno. Osobiście żadnego jeszcze nie spotkałem. Jednak idąc dalej tym tropem, czy widzieliście lustro w kościele?
Podczas mszy kaznodzieja wypija kielich czerwonego wina. Czyżby wina? Nic nie stoi na przeszkodzie, aby była to krew. Kościoły zazwyczaj są tak zaprojektowane, aby jak najmniej światła do nich wpadało, a krzyże nie są zrobine z osiki. Panuje raczej złoto niż srebro... a woda święcona to ściema, no i po co im taki wielki marmurowy ołtarz?
Nie wiem tylko jak się sprawa przedstawia gdy w grę wchodzi przemiana w nietoperza, ale napewno pomaga w tym czarna szata.
Przy założeniu, że wampiry żyją w grupach, wszystko staje się jasne, gdy patrzę na przykościelną plebanię, która bezwstydnie może pełnić rolę miejsca kultu i spotkań.
Na wszystko to jednak patrzę z przymrużeniem oka... ale kto wie. Może kiedyś doszukam się jakichś rewelacji, a wtedy niezwłocznie o nich doniosę.
CATRINAS ma tyle wspólnego z wampirami co Tito Larriva z filmem “Od zmierzchu do świtu” a dowiecie się tego i wiele więcej z ósmego numeru CATRINAS dostępnego za free http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download
Wampira nie widać w lustrze. Podobno. Osobiście żadnego jeszcze nie spotkałem. Jednak idąc dalej tym tropem, czy widzieliście lustro w kościele?
Podczas mszy kaznodzieja wypija kielich czerwonego wina. Czyżby wina? Nic nie stoi na przeszkodzie, aby była to krew. Kościoły zazwyczaj są tak zaprojektowane, aby jak najmniej światła do nich wpadało, a krzyże nie są zrobine z osiki. Panuje raczej złoto niż srebro... a woda święcona to ściema, no i po co im taki wielki marmurowy ołtarz?
Nie wiem tylko jak się sprawa przedstawia gdy w grę wchodzi przemiana w nietoperza, ale napewno pomaga w tym czarna szata.
Przy założeniu, że wampiry żyją w grupach, wszystko staje się jasne, gdy patrzę na przykościelną plebanię, która bezwstydnie może pełnić rolę miejsca kultu i spotkań.
Na wszystko to jednak patrzę z przymrużeniem oka... ale kto wie. Może kiedyś doszukam się jakichś rewelacji, a wtedy niezwłocznie o nich doniosę.
CATRINAS ma tyle wspólnego z wampirami co Tito Larriva z filmem “Od zmierzchu do świtu” a dowiecie się tego i wiele więcej z ósmego numeru CATRINAS dostępnego za free http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download
środa, 14 września 2011
Fidel C. de Izquierdas: Kościelne podrywy
Wziąłem ostatnio autostopowiczkę. Czasem tak mam. Przepali mi się akurat jakaś synapsa, przegrzeje coś innego w tym rozcieńczonym przez wódę mózgu i zatrzymuję się na poboczu, otwieram drzwi i czekam aż się któraś wtarabani. Żeby była młoda, ładna i rozpustna, to wyjaśnienie byłoby proste. Ale że większość z nich jest stara, brzydka i wierząca, to do tej pory nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
Ta nie była wyjątkiem. Ledwo ruszyliśmy, od razu zaczęła opowiadać o kościele. Nie o instytucji. O kościele stojącym obok jej domu. Że taki fajny. I ksiądz też. Że ona ma już całe ręce w odciskach, bo chodnik z domu do kościoła zamiatała. Trzeci dzień. Żeby zarobić na niebieskie dolary.
Do Warszawy zresztą też na mszę jechała. Do Boboli.
- Słyszał pan o sanktuarium św. Andrzeja Boboli? – spytała.
Czy słyszałem? Pewnie, że słyszałem. Jedną laskę tam na msze po siatkówce woziłem, inna tam śpiewała, a jeszcze inna mieszkała może z pięćdziesiąt metrów od tego cholernego sanktuarium. Bobola przewijał się przez moje życie od czasu do czasu wyskakując znienacka i podśmiewując się ironicznie. Nienawidzą skurwysyna. Parsknąłem z niedowierzaniem kręcąc głową. Kobiecina odebrała to jako zachętę do kontynuowania wywodu. Że to bardzo przyjemny kościół. Nie taki jak ten w Raszynie czy ten na pl. Narutowicza, św. Jakuba, nie wiem, czy pan kojarzy, ale fajny. Prawie jak katedra. A jakie w ogóle w kościele życie kwitnie!
- A pan żonaty?
Pokręciłem głową w milczeniu.
- To musi pan do nas na mszę przyjść! Koniecznie! Tam tyle cudownych, młodych dziewczyn. Wystarczy westchnąć, chusteczką podnieść, w oczy spojrzeć! A one wszystkie z porządnych domów! Na pielgrzymki chodzą! Pieszo!
Pewnie, że pieszo. Jak mają chodzić?
- Ma pan wizytówkę?
Samochodem rzuciło, kiedy usłyszawszy to pomyliłem pedały. Dobrze, że nie wiedziałem, że jedna z moich wizytówek zaplątała mi się koło skrzyni biegów. Inaczej nie stać by mnie było na odmowę.
- Nie – odparłem.
Popatrzyła na mnie dziwnie. Może ona ją dostrzegła.
- Niech pan przyjdzie! Koniecznie! Będę pana wypatrywać w tłumie! O czternastej! Tylko nie w najbliższą niedzielę, bo mnie nie będzie. Pan może nie wierzyć, ale to naprawdę działa. Ostatnio moja córa jednego sobie przygruchała. Milutki chłopak, trzydzieści trzy lata. Tylko zamieszkać z nią chciał bez ślubu. Że niby popróbować. A co tu próbować?! To towar jest, czy jak? A potem ją zostawi. Taką zeszmaconą.
Ta nie była wyjątkiem. Ledwo ruszyliśmy, od razu zaczęła opowiadać o kościele. Nie o instytucji. O kościele stojącym obok jej domu. Że taki fajny. I ksiądz też. Że ona ma już całe ręce w odciskach, bo chodnik z domu do kościoła zamiatała. Trzeci dzień. Żeby zarobić na niebieskie dolary.
Do Warszawy zresztą też na mszę jechała. Do Boboli.
- Słyszał pan o sanktuarium św. Andrzeja Boboli? – spytała.
Czy słyszałem? Pewnie, że słyszałem. Jedną laskę tam na msze po siatkówce woziłem, inna tam śpiewała, a jeszcze inna mieszkała może z pięćdziesiąt metrów od tego cholernego sanktuarium. Bobola przewijał się przez moje życie od czasu do czasu wyskakując znienacka i podśmiewując się ironicznie. Nienawidzą skurwysyna. Parsknąłem z niedowierzaniem kręcąc głową. Kobiecina odebrała to jako zachętę do kontynuowania wywodu. Że to bardzo przyjemny kościół. Nie taki jak ten w Raszynie czy ten na pl. Narutowicza, św. Jakuba, nie wiem, czy pan kojarzy, ale fajny. Prawie jak katedra. A jakie w ogóle w kościele życie kwitnie!
- A pan żonaty?
Pokręciłem głową w milczeniu.
- To musi pan do nas na mszę przyjść! Koniecznie! Tam tyle cudownych, młodych dziewczyn. Wystarczy westchnąć, chusteczką podnieść, w oczy spojrzeć! A one wszystkie z porządnych domów! Na pielgrzymki chodzą! Pieszo!
Pewnie, że pieszo. Jak mają chodzić?
- Ma pan wizytówkę?
Samochodem rzuciło, kiedy usłyszawszy to pomyliłem pedały. Dobrze, że nie wiedziałem, że jedna z moich wizytówek zaplątała mi się koło skrzyni biegów. Inaczej nie stać by mnie było na odmowę.
- Nie – odparłem.
Popatrzyła na mnie dziwnie. Może ona ją dostrzegła.
- Niech pan przyjdzie! Koniecznie! Będę pana wypatrywać w tłumie! O czternastej! Tylko nie w najbliższą niedzielę, bo mnie nie będzie. Pan może nie wierzyć, ale to naprawdę działa. Ostatnio moja córa jednego sobie przygruchała. Milutki chłopak, trzydzieści trzy lata. Tylko zamieszkać z nią chciał bez ślubu. Że niby popróbować. A co tu próbować?! To towar jest, czy jak? A potem ją zostawi. Taką zeszmaconą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
