Na rekrutację do Pink Press, czyli wydawnictwa posiadającego takie tytuły jak „Wamper+”, „Polski seks” i „Eroticon”, trafiłem przez Julio. On zresztą też wziął udział. Rozważał możliwość zostania modelem. Nie zwrócił uwagi, że w Pink Press mają również „Gejzera”.
Rozmowa była w pełni profesjonalna. Miała miejsce w salce konferencyjnej, której nie powstydziłaby się żadna inna firma, a niejedna by pozazdrościła. Czysto, elegancko, z ciasteczkami i dzbankiem kawy na stole. Tyle, że na szafce stała szklana rzeźba penisa, a obok dość jednoznaczna w kształtach muszelka. Do tego na ścianach, w ramkach, wisiały okładki numerów kilku pism. Jak informował nagłówek, do jednego z nich, w ramach walentynkowej promocji, dołączono aż dwa filmy DVD: „Polski anal” i „Tłusty czwartek”.
Dyrektor programowy zaczął od upewnienia się, że wiem czym się zajmują. Bo zdarzało im się, że przychodzili do nich ludzie z „Gościa Niedzielnego”, którzy nawet po dekoracji nie potrafili jeszcze odgadnąć targetu wydawnictwa. Potem pytał mnie czy wiem co to jest szpigiel, czy pracowałem w programie do składania tekstów i czy radzę sobie ze zdjęciami. Na moją odpowiedź, że przez ostatni rok robiłem jedynie zdjęcia samochodów odparł, że to się w gruncie rzeczy wiele nie różni.
Na odchodne dostałem zadanie rekrutacyjne. Miało polegać na napisaniu opowiadania erotycznego. Jak się wyraził dyrektor – na kanwie zdjęć, które mi prześle. Na kanwie. Z jednej strony „Rozpustne suki dają dupy”, a z drugiej: na kanwie! - Tylko nie pisz nic o blasku słońca i tego typu rzeczach – upewnił się Julio, który choć sam na tym etapie zrezygnował, mi ciągle kibicował zgodnie z zasadą: przynajmniej będzie o czym opowiadać.
Wróciłem do domu i obejrzałem zdjęcia. Hard core. Żenujące, niskobudżetowe, polskie porno. Szara strefa różowego biznesu. Ona mocno średnia, wyglądała na lekko niepełnosprawną umysłowo. On z penisem, który standardów porno bynajmniej nie spełniał, świecił swoją czerwoną twarzą przywodząc mi na myśl fanatycznego kibica jakiejś groźnej, czwartoligowej drużyny piłkarskiej. Możliwe zatem, że intelektualnie nawet do siebie pasowali. A to ważne w związkach. Postanowiłem im nadać adekwatne pseudonimy. I tak powstała ckliwa historia Młota i Niedojebanej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex dragi karaluchy zajebistość Julio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex dragi karaluchy zajebistość Julio. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 kwietnia 2012
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Bustos Domecq: Sroga zemsta telefonii komórkowej
Ponoć każde zło jakoś wraca do człowieka. Może gdyby Julio nie szlajał się po rynsztokach w okresie samotności albo lata temu nie włóczył się po śmierdzącym szczyną Dworcu Centralnym w poszukiwaniu literackich wrażeń (których nawet nie raczył wykorzystać) jego pralka byłaby dla niego milsza a prysznice bardziej wyrozumiałe. Może...
Jakiś czas temu, w okresie wytężonej aktywności zawodowej, spowiadałem się tutaj z moich planów wobec telefonu. Chciałem go, przypomnę, cisnąć gdzieś w skalne ustępy Karkonoszy, później zaś (czy wcześniej? ten okres pamiętam słabo) cieszyłem się z jego niesprawności. Więc dzisiaj, kiedy telefon potrzebny mi jest jak nigdy, moja złośliwość wraca do mnie spotęgowana zdehumanizowanym gniewem elektroniki.
Najpierw aparat, który i tak nie był mi szczególnie drogi (ten, co to miał skończyć w skalnych wyłomach) uznał za słuszne wylać sam sobie na siebie własny ekran. Nie wiem, jak to działa ani skąd się bierze, ja w tych przypadkach pielęgnuję myślenie magiczne: między przekręceniem kluczyka w stacyjce a startem silnika zachodzi dla mnie taka relacja, jak między tańcem a ulewą. No więc się wylał i nie działa. Cale szczęście, że mój ukochany aparat który nie zawiódł mnie nigdy oddałem koleżance, z którą ramię w ramię próbujemy codziennie ożywiać trupa warszawskich sztuk plastycznych. Ale gdy jej go odebrałem - nie działał. Był rozładowany ("Dziwne, wczoraj go podładowałam trochę..."). Tak mi się przynajmniej wydawało, bo potem okazało się, że naładować go nie sposób. "Spróbuj inną ładowarką" - zaproponowała jak zwykle rezolutna Catalina nie pomna, że sprawdziłem już wszystkie trzy. Zapasowy aparat Cataliny ma natomiast założonego simlocka, a simlock to dla mnie coś na podobieństwo Ducha Świętego: nigdy tego nie widziałem, nie wiem co to, jak działa ani dlaczego tak mnie nie znosi (a pozbyć się tego umiem jedynie przy pomocy specjalisty).
Także uważajcie z elektroniką - humanistyczna empatia ważna jest w obcowaniu ze wszystkim, nawet materią nieożywioną.
Jakiś czas temu, w okresie wytężonej aktywności zawodowej, spowiadałem się tutaj z moich planów wobec telefonu. Chciałem go, przypomnę, cisnąć gdzieś w skalne ustępy Karkonoszy, później zaś (czy wcześniej? ten okres pamiętam słabo) cieszyłem się z jego niesprawności. Więc dzisiaj, kiedy telefon potrzebny mi jest jak nigdy, moja złośliwość wraca do mnie spotęgowana zdehumanizowanym gniewem elektroniki.
Najpierw aparat, który i tak nie był mi szczególnie drogi (ten, co to miał skończyć w skalnych wyłomach) uznał za słuszne wylać sam sobie na siebie własny ekran. Nie wiem, jak to działa ani skąd się bierze, ja w tych przypadkach pielęgnuję myślenie magiczne: między przekręceniem kluczyka w stacyjce a startem silnika zachodzi dla mnie taka relacja, jak między tańcem a ulewą. No więc się wylał i nie działa. Cale szczęście, że mój ukochany aparat który nie zawiódł mnie nigdy oddałem koleżance, z którą ramię w ramię próbujemy codziennie ożywiać trupa warszawskich sztuk plastycznych. Ale gdy jej go odebrałem - nie działał. Był rozładowany ("Dziwne, wczoraj go podładowałam trochę..."). Tak mi się przynajmniej wydawało, bo potem okazało się, że naładować go nie sposób. "Spróbuj inną ładowarką" - zaproponowała jak zwykle rezolutna Catalina nie pomna, że sprawdziłem już wszystkie trzy. Zapasowy aparat Cataliny ma natomiast założonego simlocka, a simlock to dla mnie coś na podobieństwo Ducha Świętego: nigdy tego nie widziałem, nie wiem co to, jak działa ani dlaczego tak mnie nie znosi (a pozbyć się tego umiem jedynie przy pomocy specjalisty).
Także uważajcie z elektroniką - humanistyczna empatia ważna jest w obcowaniu ze wszystkim, nawet materią nieożywioną.
piątek, 25 marca 2011
Julio del Torro: Jak wyrywać laski na literaturę, znając się tylko na piłce nożnej
Niektóre dziewczyny lecą na literaturę. Na wiedzę faceta o literaturze. Najlepszym sposobem ukazania się w świetle „wiedzącego” wbrew pozorom nie musi być rozkminianie teorii Bachtina, czy doszukiwanie się piątego dna w Idiocie Dostojewskiego. Bo przecież laska może wiedzieć więcej od ciebie... Nie tędy droga. To czego potrzebujesz, to znajomość nazwisk. Rzucisz czterema nazwiskami, których ona nie słyszała i masz ją podaną na dłoni. Oto właśnie uznała, że jesteś pierdolonym erudytą. Tylko jak to zrobić?
Rzeczą wiadomą jest, że faceci znają się na piłce nożnej. Może nie Fidel Capucha, Paco czy Bustos... Ale na ogół faceci się znają. Mózgi fanów piłki nożnej – nawet największych kretynów – to sprawne minikomputery z rozległymi bazami danych. Przykładowo - facet kojarzy małe miasteczka w Portugalii, Szwecji czy Szwajcarii nie dlatego, że tam był, nie dlatego, że studiował geografię, i nie dlatego, że ich nazwa brzmi podobnie jak drugie imię jego dziewczyny (którego nie zna). Kojarzy, bo jest tam klub piłkarski. Z tego też powodu facet wyposażony jest w ogromny słownik wyrazów dla kobiety zupełnie obcych, na który składają się setki nazwisk piłkarzy z całego świata.
Nawet jeżeli czytasz książki, a laskę zapragniesz wyrwać na – powiedzmy – literaturę włoską, po co ryzykować i wyjeżdżać z Eco, Baricco czy Moravią? Jeśli czytała to lipa z imponowaniem. Powiedz jej, że obecnie pochłonęło cię absolutne włoskie podziemie literackie. Gdy ona zapyta o nazwiska, od niechcenia rzuć, że nic jej nie powiedzą, a na powątpiewające spojrzenie wypluj z pogardą: Marco Motta, Giorgio Chiellini, Vicenzo Iaquinta, Leonardo Bonucci. Sam Juventus wystarczy, żeby twojej przyszłej kochance zatrzęsły się kolana. Tylko pamiętaj, żeby nie przesadzić i nie wspomnieć o Del Piero, bo a nuż... A jakby było jej mało? To przejdź do Romy czy Interu.
A gdyby zapytała o tytuły? No przecież książkę Giorgio Chielliniego Draka na San Siro wymyślisz na poczekaniu.
Ślicznotko, chcesz znać moje ostatnie inspiracje? Vicenzo Iaquinta, Przypadek Zdenka Grygery. Leonardo Bonucci, Catenaccio, catenaccio. Marco Motta, Stara dama.
Chodź do mnie, pokażę ci obwolutę Starej damy, jest naprawdę przepiękna.
O, kurwa, nie mogę znaleźć, musiałem pożyczyć Bustosowi. Zdejmij ten żakiet, czego się napijesz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
