Do roboty lubiłem jeździć rowerem. Wszystko co dawało mi jakąś formę niezależności, miało rozłożyste znamię atrakcyjności.
Bo chyba trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej męczącego, niż zostanie przymusowym słuchaczem dwóch głupich cip jadących autobusem. Dodajmy do tego upał, duchotę i wkradającą się bezpardonowo miodową lepkość, która sprawia, że koszula zdaje się być martwym od poparzenia ciepłą wodą, zwisającym naskórkiem. Dodajmy do tego śmierdzącego capa – kretyna, lub też cynika, który nie wiedzieć czemu, stoi z przodu wehikułu chujowości, a pawi ogon smrodu wchodzi współtowarzyszom do nozdrzy z bolesną nieubłagalnością. Dodajmy do togo niemiłosierny ścisk, niestety tym razem nie stoi przed Tobą fenomenalny dupejron, w którego wciskasz się z dziką agresją, tylko kmioty robiące za minimalną, zdziecinniali starcy, upośledzeni umysłowo i Ty, obowiązkowy element układanki. Dodajmy do tego cygankę z rozstrojonym akordeonem i małym żebrzącym pędrakiem, z grzechotką wydającą paskudny dźwięk lichego pieniądza. Dodajmy do tego długość oczekiwań na światłach, korek, przechyły na zakrętach. Cała masa miękkiego, lepkiego gówna wiezionego w nieciekawą przyszłość miesza się, wymienia złowrogimi spojrzeniami i utyskiwaniami. Przy akrobacjach, za które odpowiedzialność ponosi woźnica, brzemię cierpienia rozkłada się równomiernie na podróżnych. Dodajmy do tego stres, nieustanne filowanie każdego, kto stoi na przystanku, każdego wsiadającego, każdego kto może okazać się tym przeklętym ścierwem, które czyha na te pieniądze, które Ty chcesz zaoszczędzić. (Ale nawet gdybyś je miał, to nie odważyłbyś się zapłacić. Bo za takie atrakcje bardziej taktowne wydaje się być „zabić”, nie „płacić”. Chyba, że mamy ochotę na wyrafinowaną dawkę samo-upodlenia.) Dodajmy do tego drugi stres - jeśli cokolwiek na drodze się zesra, to nie zdążysz do roboty, której nie szanujesz, ale na chwilę obecną nie możesz sobie pozwolić, żeby powiedzieć w niej - Spierdalajcie. Kurwa Wypierdalajcie! Jeszcze nie teraz… I tak jedziesz, próbując opanować w sobie Bravika.
Dlatego właśnie zamiast pójść na przystanek autobusowy, poszedłem do znajomego, u którego zostawiłem rower na ostatniej libacji. Z uśmiechem przyglądałem się jak zaspany sunął w moim kierunku niczym strudzony nocną przeprawą żołnierz. Ciężkie kroki, szły w tempo z ciężarem westchnień. Przywitał mnie zadymiony błysk w oczach i uścisk dłoni podany po otwarciu kraty, która odgradzała lokal ziomka od specyficznej kontr świeżości klatuchy, pasującej do niego podówczas bardzo bardzo.
Odebrawszy rower obserwowałem zamykającą się kratę. Nagle zawahałem się i postanowiłem zagaić:
- Nie masz może przypadkiem trzech ziko? – W odpowiedzi błysk źrenic przebił poranną mgłę oczu. Uśmiech odbił się w klatce na wszystkich piętrach.
- Aaa idź! – Po czym wybuchliśmy śmiechem jak jeden mąż, jak jedna armata. Pękła tama porannego spokoju, powagi poranka. Wraz z dzikim strumieniem, wdarłem się w kolejny dzień.
wtorek, 26 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
Antonimo Gallus: Po studencku
Historia nie jest wymyślona. Zdarzyła się przed kilkoma dniami pod wielką różową świnią, moją dawną alma mater - tzw. esgeszek, jak mawiają niektórzy studenci z prowincji (których cofnęliby na rogatkach wwa, gdyby rogatki były).
Przed głównym wejściem do budynku głównego...,(Czyli zaczyna się grubo.)
Idzie sobie studencina chudy mizerny, bezrobotny, z głupawą gębą, wysoki, w okularach. Kiepsko ubrany, lecz wyprostowany. Chód jego dość charakterystyczny, głowa do góry, jakoś dziwnie powłóczy nogami. Do tego jakby jego kręgosłup nie był es kształtny, tylko wzorowany na kiju od miotły. Twarz przystojna gdyby nie to, że nieskomplikowana. Człowiek, w którym jest spore prawdopodobieństwo, że natrafisz na gen porażki. Co on tam robił? Nie szedł na zajęcia. Już skończył studia, pewnie szedł na siłkę... na lewo.
Gdyby szedł tylko on nic ciekawego by się nie wydarzyło. Pojawia się drugi. Dziad, prawie menel. Po czterdziestce. Dobrze wiesz jaki. Idą razem, w tym samym kierunku, tory które wyznaczyli sobie w głowach za sprawą losu skrzyżowały się pod głównym wejściem do głównego gmachu szkoły głównej handlowej.
Stary do młodego nazbyt do sytuacji porywczo.
- Kretynie, jak chodzisz. Niedojdo! - Stary ubzdurał sobie, że młody zaszedł mu drogę. Prawda jest taka, że nie do końca miał rację. A nawet jeśli...
- Ty kawale gówna, kutasie psa, ty ty chuju pierdolony ty - I tak miotał słowem niczym obuchem po mordzie biednego studenciaka.
Studenciak był zupełnie zszokowany. Nie do końca zdawał sobie sprawę co się dzieje. Nie ogarniał. Chciał się bronić ale słów nie odnajdywał.
Tymczasem menel walił niszczycielskie salwy z najcięższych armat jakie zabrał na poranny rejs po wwa. Biedny chłopina co kilka sekund jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa grzęzły mu w gardle. Dławił się złością i własnym poniżeniem. Dookoła było trochę ludzi, a menel jak to menel - darł mordę.
Studencina nie wytrzymał, odwrócił się na pięcie, z podkulonym ogonem wszedł w świński trucht. A morda jego z głupawym wyrazem twarzy anglezowała na jego kościstych barkach. Niczym spłoszona szkapa wpadł do budynku głównego przez główne wejście. Nie wiedzieć czemu zrobił co następuje.
Zaraz za wejściem jest kanciapa ochroniarzy, obok niej stolik z dziennikiem. Tam profesory wpisują kiedy wchodzą. Do tego służy specjalny długopis na sznurku. Nasz mustang wyrwał rzeczony długopis. Uzbrojony po zęby, z ostrym jak brzytwa długopisem w dłoni wybiegł w szale z budynku.
Kątem oka dostrzegł menela, który na nieświadomce spokojnie dryfował w stronę mokotowa.Parch odwrócił się instynktownie i zobaczył studencką jednoosobową... ale szarżę. I wtedy wypowiedział pamiętne słowa.
- Co ty na mnie z długopisem?! - Nim zdążył skończyć sentencje, cios spadł na niego jak grom. Niebieska linia atramentu ustąpiła purpurze. Typ zachwiał się, a w oczach studenciny dostrzegłem wiktorię szaleństwa. Opętańczy trans zemsty. Ekstazę nonkonformistycznego rozszczepienia nabrzmiałego wrzodu wypełnionego breją utyskiwań, oszczerstw, wyzwisk, podlanego brakiem szacunku, doprawionego biedą losu absolwenta. Dziad przyjął na siebie zemstę za zło świata.
Przed głównym wejściem do budynku głównego...,(Czyli zaczyna się grubo.)
Idzie sobie studencina chudy mizerny, bezrobotny, z głupawą gębą, wysoki, w okularach. Kiepsko ubrany, lecz wyprostowany. Chód jego dość charakterystyczny, głowa do góry, jakoś dziwnie powłóczy nogami. Do tego jakby jego kręgosłup nie był es kształtny, tylko wzorowany na kiju od miotły. Twarz przystojna gdyby nie to, że nieskomplikowana. Człowiek, w którym jest spore prawdopodobieństwo, że natrafisz na gen porażki. Co on tam robił? Nie szedł na zajęcia. Już skończył studia, pewnie szedł na siłkę... na lewo.
Gdyby szedł tylko on nic ciekawego by się nie wydarzyło. Pojawia się drugi. Dziad, prawie menel. Po czterdziestce. Dobrze wiesz jaki. Idą razem, w tym samym kierunku, tory które wyznaczyli sobie w głowach za sprawą losu skrzyżowały się pod głównym wejściem do głównego gmachu szkoły głównej handlowej.
Stary do młodego nazbyt do sytuacji porywczo.
- Kretynie, jak chodzisz. Niedojdo! - Stary ubzdurał sobie, że młody zaszedł mu drogę. Prawda jest taka, że nie do końca miał rację. A nawet jeśli...
- Ty kawale gówna, kutasie psa, ty ty chuju pierdolony ty - I tak miotał słowem niczym obuchem po mordzie biednego studenciaka.
Studenciak był zupełnie zszokowany. Nie do końca zdawał sobie sprawę co się dzieje. Nie ogarniał. Chciał się bronić ale słów nie odnajdywał.
Tymczasem menel walił niszczycielskie salwy z najcięższych armat jakie zabrał na poranny rejs po wwa. Biedny chłopina co kilka sekund jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa grzęzły mu w gardle. Dławił się złością i własnym poniżeniem. Dookoła było trochę ludzi, a menel jak to menel - darł mordę.
Studencina nie wytrzymał, odwrócił się na pięcie, z podkulonym ogonem wszedł w świński trucht. A morda jego z głupawym wyrazem twarzy anglezowała na jego kościstych barkach. Niczym spłoszona szkapa wpadł do budynku głównego przez główne wejście. Nie wiedzieć czemu zrobił co następuje.
Zaraz za wejściem jest kanciapa ochroniarzy, obok niej stolik z dziennikiem. Tam profesory wpisują kiedy wchodzą. Do tego służy specjalny długopis na sznurku. Nasz mustang wyrwał rzeczony długopis. Uzbrojony po zęby, z ostrym jak brzytwa długopisem w dłoni wybiegł w szale z budynku.
Kątem oka dostrzegł menela, który na nieświadomce spokojnie dryfował w stronę mokotowa.Parch odwrócił się instynktownie i zobaczył studencką jednoosobową... ale szarżę. I wtedy wypowiedział pamiętne słowa.
- Co ty na mnie z długopisem?! - Nim zdążył skończyć sentencje, cios spadł na niego jak grom. Niebieska linia atramentu ustąpiła purpurze. Typ zachwiał się, a w oczach studenciny dostrzegłem wiktorię szaleństwa. Opętańczy trans zemsty. Ekstazę nonkonformistycznego rozszczepienia nabrzmiałego wrzodu wypełnionego breją utyskiwań, oszczerstw, wyzwisk, podlanego brakiem szacunku, doprawionego biedą losu absolwenta. Dziad przyjął na siebie zemstę za zło świata.
środa, 6 czerwca 2012
Fidel C. de Izquierdas: Wieszać każdy może
Sąsiad łypał na mnie swoim wybałuszonym ze zdziwienia okiem.
- Co pan robi? – spytał.
- Hamak montuję – odparłem opuszczając wiertarkę.
Przez chwilę mierzył mnie srogim, jednookim spojrzeniem.
- A nie może pan u siebie? – wypluł w końcu.
Wzruszyłem ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć, że to się tak skończy – mruknąłem.
- Nie patrzył pan, ile tego wiertła weszło?
- Patrzyłem – odparłem lekko zawstydzony. – Weszło gdzieś z połowę.
Pokręcił okiem w poszukiwaniu omawianego obiektu, ale położyłem wiertarkę na podłodze, tak żeby była poza zasięgiem jego wzroku. Wyrastała z niej niemal sześćdziesięciocentymetrowa, stalowa szpica, która weszła wcale nie do połowy, tylko do samego końca.
- I co teraz? – poddał się w końcu.
- Nic, włożę kołek i wkręcę hak – rżnąłem głupa.
- Co z dziurą, się pytam – warknął.
Rozłożyłem winne całemu zamieszaniu ręce w geście oznaczającym jakąś idiotyczną mieszankę przeprosin, technicznej ignorancji i indyferencji odnośnie jego planów życiowych.
- Nie wiem – burknąłem. – Może niech pan też powiesi sobie hamak?
- Co pan robi? – spytał.
- Hamak montuję – odparłem opuszczając wiertarkę.
Przez chwilę mierzył mnie srogim, jednookim spojrzeniem.
- A nie może pan u siebie? – wypluł w końcu.
Wzruszyłem ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć, że to się tak skończy – mruknąłem.
- Nie patrzył pan, ile tego wiertła weszło?
- Patrzyłem – odparłem lekko zawstydzony. – Weszło gdzieś z połowę.
Pokręcił okiem w poszukiwaniu omawianego obiektu, ale położyłem wiertarkę na podłodze, tak żeby była poza zasięgiem jego wzroku. Wyrastała z niej niemal sześćdziesięciocentymetrowa, stalowa szpica, która weszła wcale nie do połowy, tylko do samego końca.
- I co teraz? – poddał się w końcu.
- Nic, włożę kołek i wkręcę hak – rżnąłem głupa.
- Co z dziurą, się pytam – warknął.
Rozłożyłem winne całemu zamieszaniu ręce w geście oznaczającym jakąś idiotyczną mieszankę przeprosin, technicznej ignorancji i indyferencji odnośnie jego planów życiowych.
- Nie wiem – burknąłem. – Może niech pan też powiesi sobie hamak?
piątek, 1 czerwca 2012
Julio del Torro: Dowcip z brodą, chyba że ktoś woli wygolone
Obejrzałem wczoraj przedostatni film Sidneya Lumeta „Uznajcie mnie za winnego”. Taka komedyjka-pitawal. W każdym razie główny bohater sam siebie reprezentuje w sądzie i opowiada ławie przysięgłych historyjkę, która rzekomo zdarzyła się naprawdę. Oto ona:
Pewnego dnia przychodzę do domu, a żona mówi mi: „Hej, daj mi dwadzieścia dolców, to pójdę do rzeźnika i kupię mięso na rumsztyk”. Spojrzałem na nią zdziwiony i zaprowadziłem do kuchni, w której mamy wielkie lustro. Wyjąłem z portfela dwudziestaka i powiedziałem: „Widzisz? To jest moje dwadzieścia dolarów”. Następnie wskazałem na lustro. „A tamta dwudziestka jest twoja”.
Gdy wróciłem do domu następnego dnia, stół kuchenny zastawiony był masą mięsa. Zawołałem żonę i zapytałem, o co chodzi, skąd to wszystko wytrzasnęła. Na to żona wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do lustra. A następnie podwinęła kieckę. „Widzisz cipkę w lustrze? To twoja cipka”. „A to...” - powiedziała, kładąc rękę na łonie - „A to jest cipka rzeźnika”.
Pewnego dnia przychodzę do domu, a żona mówi mi: „Hej, daj mi dwadzieścia dolców, to pójdę do rzeźnika i kupię mięso na rumsztyk”. Spojrzałem na nią zdziwiony i zaprowadziłem do kuchni, w której mamy wielkie lustro. Wyjąłem z portfela dwudziestaka i powiedziałem: „Widzisz? To jest moje dwadzieścia dolarów”. Następnie wskazałem na lustro. „A tamta dwudziestka jest twoja”.
Gdy wróciłem do domu następnego dnia, stół kuchenny zastawiony był masą mięsa. Zawołałem żonę i zapytałem, o co chodzi, skąd to wszystko wytrzasnęła. Na to żona wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do lustra. A następnie podwinęła kieckę. „Widzisz cipkę w lustrze? To twoja cipka”. „A to...” - powiedziała, kładąc rękę na łonie - „A to jest cipka rzeźnika”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)