Bezbrzeżna, absolutna pustka. Apatyczny bezmysł. Te krótkie, ulotne momenty, w których moja głowa wypełnia się czymś innym niż pobieżną rejestracją faktów, są niemal tak samo deprymujące, jak długie, rozwleczone w czasie chwile pomiędzy nimi. Moje wewnętrzne monologi są naszpikowane myślami równie płytkimi, jak polskie rzeki.
W sali kolumnowej Sejmu RP chaotyczne wędrówki ludów. Samotni strzelcy próbują upolować jakieś wolne krzesła, całe grupy migrują w poszukiwaniu lepszego miejsca na Ziemi. Panuje harmider, a z niego wyraźnie wybija się wszędobylski niemiecki szwargot. Czekam na konferencję dotyczącą „Ekonomicznych perspektyw rozwoju obszaru działalności Unii Łaby i Odry”. Z przewieszonej przez oparcie torby woła mnie bezgłośnie Mario Vargas Llosa żądając, abym kontynuował lekturę jego wspomnień. Za chwilę rozpoczną się cztery morderczo nudne godziny polityczno-ekonomicznego bełkotu. Llosa też był ponoć dziennikarzem.
- Informacja techniczna: język polski na kanale pierwszym, Deutsch am Kanal Zwei, czeski na trzecim.
Wstaję i idę zrobić zdjęcia ludziom, których nie znam, a którzy być może zadecydują o rozwoju wspomnianego regionu. Spotykam znajomego z redakcji. Obaj jesteśmy zdziwieni. Skoro jeden z nas tu jest, to po cholerę też i drugi? On jest bardziej wkurzony. Przyjechał z Poznania. W końcu uzgadniamy, że dzielimy się tematami. Wracam na miejsce i wlepiam tępy wzrok w butelkę niegazowanej wody stojącej na stole koło mikrofonu. „Jak ryba w wodze”. Tak Llosa zatytułował swoje wspomnienia. Ja się czuję, jak ryba w kuwecie.
Facet koło mnie śmierdzi. Typowy smród przepoconego garnituru. Zastanawiam się ile uda mi się wytrzymać na wdechu. Nagle zdaję sobie sprawę, że z głośników napastuje mnie głos tego półmózga, Grabarczyka. Nie wiem, co robić. Panikuję. Sączy te swoje irytująco przeciągnięte, wypluwane przez nos zdania, jakby złożenie każdego z nich stanowiło dla niego prawdziwy wyczyn. Istna tortura. Zakładam słuchawki i przełączam na czeski, żeby go zagłuszyć.
Tymczasem na mównicę wchodzi prezes jakiegoś czeskiego towarzystwa. Wracam na kanał polski. Prezes mówi od dobrych kilku minut, a starszawa tłumaczka trzęsącym się głosem raczy nas jedynie zwykłym: dzień dobry. Może to z litości dla słuchaczy? Potem pałeczkę przejmuje Niemiec. Ściągam słuchawki i zanurzam się w jego twardej mowie. Dociera do mnie tylko coś o „zwei grosse Pluse”. Kręcę głową z niedowierzaniem. Siedem lat nauki i potrafię jedynie zamówić piwo w knajpie.
Palant przede mną też ściąga słuchawki, ale nie przykręca głosu. W związku z tym w główny dźwięk dolatujący do nas z głośników wbija się kontrapunktujące je, irytujące, elektronicznie przetworzone bzyczenie. Mam ochotę zatłuc skurwysyna, ale ograniczam się do westchnięcia. Nigdy nie miałem odwagi działać zgodnie z własnymi odczuciami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catrinas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catrinas. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 maja 2012
środa, 18 kwietnia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Efekt pośladków
Ludzie nie lubią osób doskonałych. A dokładniej lubią, ale nie tak bardzo, jak osoby niedoskonałe. Ludzie – po raz kolejny potwierdzając tezę, że nie mogą być wynikiem inteligentnego projektu, a co najwyżej pijackiej zabawy Kosmicznej Kapibary i hołdując swojemu upodobaniu do absurdu – najbardziej lubią osoby prawie doskonałe.
Świadczy o tym zjawisko nazwane w psychologii „efektem upadku na pośladki”, czyli po angielsku „pratfall effect”. Swoją drogą, wracając na chwilę do rozmyślań nad językiem jako odzwierciedleniem potrzeb narodowych (zob. tekst z marca pt. „Plugawy naród”), jakim trzeba być narodem, żeby wytworzyć zapotrzebowanie na słowo oznaczające upadek na pośladki? I kto zajmuje się wymyślaniem nazw dla tych wszystkich zjawisk w psychologii?
Pratfall effect to coś, co w gruncie rzeczy jest dobrze znane wszystkim facetom. I nie mówię o dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Jest to bowiem tendencja do żywienia większego afektu do osób, które będąc niemal doskonałe odznaczają się jednak jakąś drobną – koniecznie drobną – wadą. Na przykład znany autorytet będzie powszechnie odebrany jako bardziej życzliwy, jeśli w trakcie rozmowy na żywo w telewizji przez przypadek obleje się kawą, niż jeśli robiąc wszystko bezbłędnie prezentować się będzie jako Pieprzony Pan Ideał. W przypadku osób przeciętnych jest dokładnie odwrotnie. Jeśli gość gada od rzeczy i do tego wygląda jakby wzorce mody czerpał z wydziału historycznego lub Politechniki, to lepiej, żeby żadną kawą się nie oblewał. Bo tylko potwierdzi, że jest cieciem.
Dokładnie tak samo działa to w przypadku kobiecej urody. Dlatego twierdzę, że dla facetów to nic nowego. Kobieta doskonała jest – co każdy wie – niedoskonała. Potrzebna jest jej jakaś niewielka skaza (pieprzyk, diastema, trzecia pierś wyrastająca z pleców), która nada jej sympatyczny rys i sprawi, że będzie postrzegana jako osoba żywa, a nie ożywiona – jak plastikowa lalka. I znowu – to działa w przypadku kobiet pięknych. W przypadku takich sobie – nie.
Pielęgnujcie swoje drobne niedoskonałości.
Świadczy o tym zjawisko nazwane w psychologii „efektem upadku na pośladki”, czyli po angielsku „pratfall effect”. Swoją drogą, wracając na chwilę do rozmyślań nad językiem jako odzwierciedleniem potrzeb narodowych (zob. tekst z marca pt. „Plugawy naród”), jakim trzeba być narodem, żeby wytworzyć zapotrzebowanie na słowo oznaczające upadek na pośladki? I kto zajmuje się wymyślaniem nazw dla tych wszystkich zjawisk w psychologii?
Pratfall effect to coś, co w gruncie rzeczy jest dobrze znane wszystkim facetom. I nie mówię o dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Jest to bowiem tendencja do żywienia większego afektu do osób, które będąc niemal doskonałe odznaczają się jednak jakąś drobną – koniecznie drobną – wadą. Na przykład znany autorytet będzie powszechnie odebrany jako bardziej życzliwy, jeśli w trakcie rozmowy na żywo w telewizji przez przypadek obleje się kawą, niż jeśli robiąc wszystko bezbłędnie prezentować się będzie jako Pieprzony Pan Ideał. W przypadku osób przeciętnych jest dokładnie odwrotnie. Jeśli gość gada od rzeczy i do tego wygląda jakby wzorce mody czerpał z wydziału historycznego lub Politechniki, to lepiej, żeby żadną kawą się nie oblewał. Bo tylko potwierdzi, że jest cieciem.
Dokładnie tak samo działa to w przypadku kobiecej urody. Dlatego twierdzę, że dla facetów to nic nowego. Kobieta doskonała jest – co każdy wie – niedoskonała. Potrzebna jest jej jakaś niewielka skaza (pieprzyk, diastema, trzecia pierś wyrastająca z pleców), która nada jej sympatyczny rys i sprawi, że będzie postrzegana jako osoba żywa, a nie ożywiona – jak plastikowa lalka. I znowu – to działa w przypadku kobiet pięknych. W przypadku takich sobie – nie.
Pielęgnujcie swoje drobne niedoskonałości.
środa, 11 kwietnia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Przyszłość schizofrenika
Obudził mnie dzwonek telefonu. Sięgnąłem po niego ciągle z zamkniętymi oczami, przewracając kieliszek na długiej nóżce i pustą, półtoralitrową butelkę po paskudnym, przeterminowanym, półsłodkim winie stołowym o śliwkowym posmaku. Drugą ręką, nie wstając z nierozłożonej kanapy, zacząłem buszować w lodówce w poszukiwaniu wody. Moje mieszkanie miało wymiary dość ergonomiczne.
- Czy ty wiesz, która jest godzina?! – wydarł się na mnie mój rozmówca i agent literacki w jednej osobie.
Rozejrzałem się nieprzytomnie po pokoju w poszukiwaniu zegara ściennego. Daremno. Zobaczyłem plakat z Tarantino, prezent-antyramę z historyjką obrazkową w środku, wiszący z jakichś absurdalnie sentymentalnych powodów obok półek z książkami i żółto-niebieską plamę będącą w istocie obrazem o niepewnej proweniencji.
- Szósta? – strzeliłem kierując się własnym samopoczuciem.
- Dziesiąta! – wrzasnął mój agent. – Gdzie ty jesteś?
- W domu – ziewnąłem. – Ale o co chodzi? Przecież wieczorek autorski mam dopiero za dwa dni.
- Jaki wieczorek? – facet zdębiał. – O czym ty, kurwa, mówisz? Miałeś przyjść na inwentaryzację do Biedronki!
Biedny człowiek. Musiał się naszprycować nie gorzej niż ja. Rzeczywistość ewidentnie nie miała dostępu do jego czaszki. Jaką znowu inwentaryzację?
- Dobra, daj znać, jak już będzie po korekcie. Chciałbym to przeczytać, zanim puścimy ostateczną wersję do druku – powiedziałem.
- Do sruku – warknął. – Kretyn! – odłożył słuchawkę.
Zebrałem się w sobie i wstałem balansując rękami w rozpaczliwej próbie uniknięcia spektakularnego upadku. Mieszkałem na ósmym piętrze, a zamiast okna miałem tylko drzwi balkonowe. Zepsute i wiecznie otwarte. Spojrzałem na panoramę miasta. Nad nim, jak nic, latały pterodaktyle. Na miotłach.
- Ogarnij się – zbeształem sam siebie. – Pterodaktyle nie latają na miotłach!
W poczuciu niesprecyzowanej misji ubrałem się szybko, umyłem zęby, narzuciłem na siebie płaszczyk, który dwadzieścia lat wcześniej był być może szczytem elegancji, i wypadłem z mieszkania. Drzwiami. Koło windy zastałem znajomego. Leżał na ziemi głośno pochrapując. Zastanawiałem się czy to on, czy tylko jego gronowo-śliwkowa halucynacja.
- Widzi go pani? – spytałem starszą kobiecinę z wózkiem na zakupy. Właśnie stanęła koło mnie.
- A widzę, pewnie, że widzę – zaskrzeczała. – Cały ten blok roi się od podobnych meneli i bezrobotnych.
- I emerytów – dodałem.
Spojrzała na mnie spode łba.
- Nic tylko łoją wódę i chleją piwsko, potem walają się byle gdzie, ot, choćby przy windach, a normalni ludzie muszą znosić ich widok. Naprawdę, ta okolica zeszła na psy!
- Fidel – mój znajomy się przebudził i patrzył na mnie mocno zgorszony. – Z kim ty, kurwa, rozmawiasz? Mówisz do siebie?
- Czy ty wiesz, która jest godzina?! – wydarł się na mnie mój rozmówca i agent literacki w jednej osobie.
Rozejrzałem się nieprzytomnie po pokoju w poszukiwaniu zegara ściennego. Daremno. Zobaczyłem plakat z Tarantino, prezent-antyramę z historyjką obrazkową w środku, wiszący z jakichś absurdalnie sentymentalnych powodów obok półek z książkami i żółto-niebieską plamę będącą w istocie obrazem o niepewnej proweniencji.
- Szósta? – strzeliłem kierując się własnym samopoczuciem.
- Dziesiąta! – wrzasnął mój agent. – Gdzie ty jesteś?
- W domu – ziewnąłem. – Ale o co chodzi? Przecież wieczorek autorski mam dopiero za dwa dni.
- Jaki wieczorek? – facet zdębiał. – O czym ty, kurwa, mówisz? Miałeś przyjść na inwentaryzację do Biedronki!
Biedny człowiek. Musiał się naszprycować nie gorzej niż ja. Rzeczywistość ewidentnie nie miała dostępu do jego czaszki. Jaką znowu inwentaryzację?
- Dobra, daj znać, jak już będzie po korekcie. Chciałbym to przeczytać, zanim puścimy ostateczną wersję do druku – powiedziałem.
- Do sruku – warknął. – Kretyn! – odłożył słuchawkę.
Zebrałem się w sobie i wstałem balansując rękami w rozpaczliwej próbie uniknięcia spektakularnego upadku. Mieszkałem na ósmym piętrze, a zamiast okna miałem tylko drzwi balkonowe. Zepsute i wiecznie otwarte. Spojrzałem na panoramę miasta. Nad nim, jak nic, latały pterodaktyle. Na miotłach.
- Ogarnij się – zbeształem sam siebie. – Pterodaktyle nie latają na miotłach!
W poczuciu niesprecyzowanej misji ubrałem się szybko, umyłem zęby, narzuciłem na siebie płaszczyk, który dwadzieścia lat wcześniej był być może szczytem elegancji, i wypadłem z mieszkania. Drzwiami. Koło windy zastałem znajomego. Leżał na ziemi głośno pochrapując. Zastanawiałem się czy to on, czy tylko jego gronowo-śliwkowa halucynacja.
- Widzi go pani? – spytałem starszą kobiecinę z wózkiem na zakupy. Właśnie stanęła koło mnie.
- A widzę, pewnie, że widzę – zaskrzeczała. – Cały ten blok roi się od podobnych meneli i bezrobotnych.
- I emerytów – dodałem.
Spojrzała na mnie spode łba.
- Nic tylko łoją wódę i chleją piwsko, potem walają się byle gdzie, ot, choćby przy windach, a normalni ludzie muszą znosić ich widok. Naprawdę, ta okolica zeszła na psy!
- Fidel – mój znajomy się przebudził i patrzył na mnie mocno zgorszony. – Z kim ty, kurwa, rozmawiasz? Mówisz do siebie?
środa, 15 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Bajka o pijanym Zulusie
Piotr Milewski, dziennikarz mieszkający w Stanach i pracujący jako korespondent Radia ZET, TVN 24 i kilku polskich gazet, został kiedyś złapany w policyjnej obławie przeprowadzonej na ulicach Nowego Jorku. Wyszedł akurat z klubu w stanie typowym dla imprezującego warszawiaka i nieopatrznie stanął koło samochodu z czterema rosłymi, czarnoskórymi dilerami. Gdy obława się zaczęła, ci odjechali wyrzucając towar przez okno. Funkcjonariusze mieli do wyboru gonić tamtych, jak nic uzbrojonych po zęby, albo dobrać się do skóry bezbronnemu z powodu nadużycia alkoholu długowłosemu punkowi. Nie wahali się długo. Sędzina litościwie nie wysłała Milewskiego za kratki na pewny gwałt, ale zobowiązała go do wzięcia udziału w programie odwykowym. Tamże postanowił otworzyć się przed jedną z konsultantek ośrodka do spraw zwalczania uzależnień.
„Podczas przesłuchania dała o sobie znać przepaść kulturowa nie mniejsza, niż gdyby przystosowanie społeczne Amerykanina oceniał Zulus.
Opowiadałem głównie o epoce Jaruzelskiego, w której upłynęła moja młodość: pałowaniu za wszelkie przejawy buntu, choćby na tak małą skalę jak wpięcie w klapę opornika czy wbicie kolczyka i postawienie piór.
- Alkohol stanowił dla, notabene systematycznie rozpijanego przez władze społeczeństwa, główną rozrywkę i ucieczkę – wywodziłem. – Pili dysydenci i decydenci. Robotnicy oraz inteligencja. W kręgach tej ostatniej stało się modne pędzenie bimbru.
Teraz widzę, że słucha moich wynurzeń jak bajki o żelaznym wilku. Według standardów amerykańskich za alkoholika uznają cię, jeśli konsumujesz podczas spotkań towarzyskich więcej niż trzy drinki, a po spożyciu alkoholu zdarzyło ci się: zwymiotować, upaść, doznać otarć czy stłuczeń lub stosować na kaca piwo zamiast alkaseltzeru. A także jeśli miewasz stany pomroczne, to znaczy, pijesz do zerwania filmu.
Według oficjalnej ekspertyzy sądowego rzeczoznawcy jestem nałogowcem, który chla nieprzerwanie od piętnastego roku życia, czyli przez dwadzieścia sześć lat. Licząc na zrozumienie dla człowieka ukształtowanego przez inną rzeczywistość, jak zwykle się przeliczyłem. Nowojorczycy są nieco bardziej otrzaskani z obcymi kulturami i obyczajami niż, powiedzmy, mieszkańcy Środkowego Zachodu, ale bez przesady. Z reguły ich kosmopolityzm polega na tym, że potrafią odróżnić teriyaki (kuchnia japońska) od tandoori (kuchnia hinduska) czy dim sum (kuchnia chińska) od pierogis. Szczytem otrzaskania jest umiejętność zamówienia po japońsku sushi.
Próbując przybliżyć Conception klimaty stanu wojennego, tłumaczyłem:
- Gospodarka de facto upadła. Przez jakiś czas w sklepach spożywczych była tylko musztarda i ocet. Kumasz, co się działo?
- No jasne. – Zrobiła współczującą minę. – Kumam, nie mieliście keczupu!
Dopiero po chwili zajarzyłem, że mówi poważnie.
- Źle mnie zrozumiałaś. Była TYLKO musztarda i ocet. Nic więcej.
- Jak to?
- Po prostu: NIC więcej. Wszystkie półki wypełnione musztardą i octem.
Spojrzała jak na wariata. Narkomańskie odloty! W sumie trudno się dziwić. Ma koło trzydziestki. Kiedy telewizja kablowa pokazywała, co się działo w Polsce Jaruzelskiego, była siedmio-, ośmioletnią dziewczynką. A w college’u historii Europy Wschodniej raczej nie uczyli.”
Piotr Milewski, Rok nie wyrok, 2008
„Podczas przesłuchania dała o sobie znać przepaść kulturowa nie mniejsza, niż gdyby przystosowanie społeczne Amerykanina oceniał Zulus.
Opowiadałem głównie o epoce Jaruzelskiego, w której upłynęła moja młodość: pałowaniu za wszelkie przejawy buntu, choćby na tak małą skalę jak wpięcie w klapę opornika czy wbicie kolczyka i postawienie piór.
- Alkohol stanowił dla, notabene systematycznie rozpijanego przez władze społeczeństwa, główną rozrywkę i ucieczkę – wywodziłem. – Pili dysydenci i decydenci. Robotnicy oraz inteligencja. W kręgach tej ostatniej stało się modne pędzenie bimbru.
Teraz widzę, że słucha moich wynurzeń jak bajki o żelaznym wilku. Według standardów amerykańskich za alkoholika uznają cię, jeśli konsumujesz podczas spotkań towarzyskich więcej niż trzy drinki, a po spożyciu alkoholu zdarzyło ci się: zwymiotować, upaść, doznać otarć czy stłuczeń lub stosować na kaca piwo zamiast alkaseltzeru. A także jeśli miewasz stany pomroczne, to znaczy, pijesz do zerwania filmu.
Według oficjalnej ekspertyzy sądowego rzeczoznawcy jestem nałogowcem, który chla nieprzerwanie od piętnastego roku życia, czyli przez dwadzieścia sześć lat. Licząc na zrozumienie dla człowieka ukształtowanego przez inną rzeczywistość, jak zwykle się przeliczyłem. Nowojorczycy są nieco bardziej otrzaskani z obcymi kulturami i obyczajami niż, powiedzmy, mieszkańcy Środkowego Zachodu, ale bez przesady. Z reguły ich kosmopolityzm polega na tym, że potrafią odróżnić teriyaki (kuchnia japońska) od tandoori (kuchnia hinduska) czy dim sum (kuchnia chińska) od pierogis. Szczytem otrzaskania jest umiejętność zamówienia po japońsku sushi.
Próbując przybliżyć Conception klimaty stanu wojennego, tłumaczyłem:
- Gospodarka de facto upadła. Przez jakiś czas w sklepach spożywczych była tylko musztarda i ocet. Kumasz, co się działo?
- No jasne. – Zrobiła współczującą minę. – Kumam, nie mieliście keczupu!
Dopiero po chwili zajarzyłem, że mówi poważnie.
- Źle mnie zrozumiałaś. Była TYLKO musztarda i ocet. Nic więcej.
- Jak to?
- Po prostu: NIC więcej. Wszystkie półki wypełnione musztardą i octem.
Spojrzała jak na wariata. Narkomańskie odloty! W sumie trudno się dziwić. Ma koło trzydziestki. Kiedy telewizja kablowa pokazywała, co się działo w Polsce Jaruzelskiego, była siedmio-, ośmioletnią dziewczynką. A w college’u historii Europy Wschodniej raczej nie uczyli.”
Piotr Milewski, Rok nie wyrok, 2008
środa, 8 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Katusze melepety
Dzień później również zrobiłem 180 km, żeby wziąć udział w imprezie, na której zasnąłem o dziesiątej. Zwaliłbym to na cukrzycę, na somatyczne wyczerpanie będące wyrazem tego biernego oporu, jaki mój organizm stosuje wobec współczesnej kultury konsumpcjonizmu, na brak należytego posiłku przed planowanym pijaństwem, ale tak naprawdę chodzi tu właśnie o pijaństwo sensu stricto. Zapijaczona melepeta.
Niemniej dzień wcześniej mogłem dodać do tego cztery godziny spędzone za kółkiem mocno nieszczelnego pojazdu, skutkujące nie tylko zwykłym zmęczeniem, ale też problemem z zatokami. Głowa mi pękała jeszcze zanim doszedłem do stadium kaca. Dlatego na urodzinach dziadka złożyłem się jak scyzoryk na pierwszym lepszym fotelu i oddałem marzeniom o ciszy wieńczącej dogorywający właśnie rodzinny zlot.
I wtedy oni sięgnęli po śpiewnik.
Nie byle jaki śpiewnik. Śpiewnik wydany przez Dowództwo 2 Korpusu Zmechanizowanego: Wydział Społeczno-Wychowawczy. Śpiewnik patriotyczno-żołniersko-partyzancki-biesadno-ludowy-harcersko-turystyczny (sic!), którego mottem, jak na śpiewnik żołniersko-partyzancki przystało, jest: „Upływa szybko życie…”. Śpiewnik opracowany przez dwóch podpułkowników (wreszcie wiem, czym się zajmuje wojsko). Pozbierali oni chyba wszystkie piosenki jakie udało im się znaleźć i wrzucili je do wspólnego worka stosując tylko jedną, jedyną zasadę – kolejności alfabetycznej. W ten sposób sprawili, że obok „Międzynarodówki” (to pieśń patriotyczna czy turystyczna?) jest tam „Międzynarodówka pijaka”; obok „Piechoty” („Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój”), „Pasła gąski pod jaworem”; obok „O mój rozmarynie”, „O mnie się nie martw”.
Cierpiąc skulony na fotelu odczuwałem mieszankę szczerej nienawiści i nie mniej szczerego podziwu. Jak ktoś mógł trzymać podobny śpiewnik tyle lat? Przecież to był jak nic późny Gomułka, ewentualnie wczesny Gierek – myślałem. W stanie wojennym nikt się w takie rzeczy nie mógł bawić. Tu pewnie miałem rację. Śpiewnik wydano po stanie wojennym. W 2005 roku.
Niemniej dzień wcześniej mogłem dodać do tego cztery godziny spędzone za kółkiem mocno nieszczelnego pojazdu, skutkujące nie tylko zwykłym zmęczeniem, ale też problemem z zatokami. Głowa mi pękała jeszcze zanim doszedłem do stadium kaca. Dlatego na urodzinach dziadka złożyłem się jak scyzoryk na pierwszym lepszym fotelu i oddałem marzeniom o ciszy wieńczącej dogorywający właśnie rodzinny zlot.
I wtedy oni sięgnęli po śpiewnik.
Nie byle jaki śpiewnik. Śpiewnik wydany przez Dowództwo 2 Korpusu Zmechanizowanego: Wydział Społeczno-Wychowawczy. Śpiewnik patriotyczno-żołniersko-partyzancki-biesadno-ludowy-harcersko-turystyczny (sic!), którego mottem, jak na śpiewnik żołniersko-partyzancki przystało, jest: „Upływa szybko życie…”. Śpiewnik opracowany przez dwóch podpułkowników (wreszcie wiem, czym się zajmuje wojsko). Pozbierali oni chyba wszystkie piosenki jakie udało im się znaleźć i wrzucili je do wspólnego worka stosując tylko jedną, jedyną zasadę – kolejności alfabetycznej. W ten sposób sprawili, że obok „Międzynarodówki” (to pieśń patriotyczna czy turystyczna?) jest tam „Międzynarodówka pijaka”; obok „Piechoty” („Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój”), „Pasła gąski pod jaworem”; obok „O mój rozmarynie”, „O mnie się nie martw”.
Cierpiąc skulony na fotelu odczuwałem mieszankę szczerej nienawiści i nie mniej szczerego podziwu. Jak ktoś mógł trzymać podobny śpiewnik tyle lat? Przecież to był jak nic późny Gomułka, ewentualnie wczesny Gierek – myślałem. W stanie wojennym nikt się w takie rzeczy nie mógł bawić. Tu pewnie miałem rację. Śpiewnik wydano po stanie wojennym. W 2005 roku.
środa, 1 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Fack you Abraham!
Szedłem akurat ulicą rozmawiając ze znajomymi o wkładaniu sobie do odbytu różnych przedmiotów. On opowiadał, że do szpitala zgłosił się kiedyś facet z całym wibratorem w tyłku. Ona stwierdziła, że to podobno bardzo częste. Nie zdążyłem poprosić o rozwinięcie tematu, bo oto przed nami wyrósł tłum demonstrantów. Stali przed ambasadą amerykańską protestując przeciwko naciskom wywieranym przez ambasadora Fensteina na polski rząd w sprawie ACTA. Jeden z uczestników trzymał dumnie i wysoko transparent z napisem: „Fack you Abraham!”.
Mężczyzna zaintrygował nas na tyle, że zaczęliśmy rozważać możliwe wytłumaczenia napisu. Po pierwsze: literówka. To błąd, czy celowa prowokacja? Bo może on wie coś, czego my nie wiemy? Na przykład, że Obama albo Bush popisali się kiedyś taką samą ortografią jak Komorowski?
Po drugie: Abraham. Czy chodziło o Abrahama Lincolna i dlaczego akurat o niego? Czy chodziło o Abrahama Izraelitę? A jeśli tak, to jakie miało być dokładnie przesłanie hasła? Że Żydzi rządzą tak w Hollywood jak w Waszyngtonie i ci drudzy zmuszają świat do podporządkowania się interesom tych pierwszych?
- Przepraszam – ciekawość znajomego wzięła górę. – Ta literówka to celowa?
- Jaka literówka? – pytaniem na pytanie odpowiedział mężczyzna z transparentem.
- Czemu Abraham? – wtrąciłem się zamykając pierwszy temat.
- Bo to przecież był ich pierwszy prezydent!
- Rozumiem – odparłem. – A Waszyngton nie istniał. Stolicę nazwali po jakimś pastuchu.
- To pierwszy był Waszyngton? – zdziwił się.
- Tak – kiwnąłem głową na wypadek, gdybym wyraził się nieprecyzyjnie. – Lincoln rządził w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku.
- To wtedy, kiedy zabili Kinga?
- Mniej więcej – przyznałem. – Sto lat wcześniej.
- No dobra – facet postanowił otworzyć przed nami serce. – Tak naprawdę, to po prostu nie lubię Żydów. Ale nie jestem antysemitą! – zastrzegł się.
Mężczyzna zaintrygował nas na tyle, że zaczęliśmy rozważać możliwe wytłumaczenia napisu. Po pierwsze: literówka. To błąd, czy celowa prowokacja? Bo może on wie coś, czego my nie wiemy? Na przykład, że Obama albo Bush popisali się kiedyś taką samą ortografią jak Komorowski?
Po drugie: Abraham. Czy chodziło o Abrahama Lincolna i dlaczego akurat o niego? Czy chodziło o Abrahama Izraelitę? A jeśli tak, to jakie miało być dokładnie przesłanie hasła? Że Żydzi rządzą tak w Hollywood jak w Waszyngtonie i ci drudzy zmuszają świat do podporządkowania się interesom tych pierwszych?
- Przepraszam – ciekawość znajomego wzięła górę. – Ta literówka to celowa?
- Jaka literówka? – pytaniem na pytanie odpowiedział mężczyzna z transparentem.
- Czemu Abraham? – wtrąciłem się zamykając pierwszy temat.
- Bo to przecież był ich pierwszy prezydent!
- Rozumiem – odparłem. – A Waszyngton nie istniał. Stolicę nazwali po jakimś pastuchu.
- To pierwszy był Waszyngton? – zdziwił się.
- Tak – kiwnąłem głową na wypadek, gdybym wyraził się nieprecyzyjnie. – Lincoln rządził w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku.
- To wtedy, kiedy zabili Kinga?
- Mniej więcej – przyznałem. – Sto lat wcześniej.
- No dobra – facet postanowił otworzyć przed nami serce. – Tak naprawdę, to po prostu nie lubię Żydów. Ale nie jestem antysemitą! – zastrzegł się.
środa, 25 stycznia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Boska schizofrenia
Jakiś czas temu na stronach „Tygodnika Powszechnego” natknąłem się na takie oto statystyki:
„Według danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, 91 proc. Polaków wierzy w istnienie Boga, 72 proc. w niebo, dwie trzecie w zmartwychwstanie, a 41 proc. w piekło. Poprawną wiedzę o Chrystusie, Bogu i człowieku, posiada niewiele ponad jedna czwarta.”
Ciut kuriozalne. I chyba nieco zmieniające religijny obraz Polski. Ja na przykład nie bardzo potrafię sobie wytłumaczyć, jak można być katolikiem i nie wierzyć w niebo albo zmartwychwstanie. No zaraz – albo Bóg zesłał swojego syna na ziemię, żeby ten przez cierpienie odkupił ludzkie grzechy, albo go nie zesłał. I albo on zmartwychwstał, albo nie. Czyli te 91 proc. Polaków, to wcale nie katolicy. Tylko ludzie potrzebujący jakiejkolwiek metafizyki – wierzący „w coś”. Sami katolicy zaliczaliby się do tej kategorii, ale nie wypełniali jej w całości. Zatem nie byłoby ich 91%, tylko gdzieś między 25% a 91%. To pewna różnica. Skłonny byłbym nawet poszukiwać ich raczej w granicach 25-41% (ta druga liczba oznacza zarówno odsetek Polaków wierzących w piekło i deklarujących regularne uczestnictwo w mszach świętych – przypadek?). To by tłumaczyło, dlaczego niektórzy z katolików mają poczucie bycia w mniejszości – mimo, że teoretycznie są w większości wręcz przytłaczającej. To by również tłumaczyło popularność ruchów typu New Age (tak przerażających w wizji ks. Natanka), parapsychologii (polecam zapoznanie się z teorią projekcji astralnych), czy filozofii Wschodu. Ludzie odczuwają głód metafizyki, którego ich oficjalna religia nie jest w stanie zaspokoić. Szukają gdzie indziej.
Zupełnie inną sprawą jest, jak te statystyki wpływają na sensowność utrzymania w szkołach przedmiotu zwanego religią. To jest mniej więcej tak samo, jak gdyby w szkole uczono matematyki, ale wierzyłoby w nią tylko 91%, w dodawanie 72%, w mnożenie 66%, w ułamki 41%, a w pierwiastki już tylko 25%. Podobna schizofrenia jest możliwa tylko w przypadku przedmiotu, który nie jest nauką. I tu, dosyć okrężną drogą, dochodzimy do oczywistego pytania: czy w szkole jest miejsce na przedmiot, który nie jest nauką?
„Według danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, 91 proc. Polaków wierzy w istnienie Boga, 72 proc. w niebo, dwie trzecie w zmartwychwstanie, a 41 proc. w piekło. Poprawną wiedzę o Chrystusie, Bogu i człowieku, posiada niewiele ponad jedna czwarta.”
Ciut kuriozalne. I chyba nieco zmieniające religijny obraz Polski. Ja na przykład nie bardzo potrafię sobie wytłumaczyć, jak można być katolikiem i nie wierzyć w niebo albo zmartwychwstanie. No zaraz – albo Bóg zesłał swojego syna na ziemię, żeby ten przez cierpienie odkupił ludzkie grzechy, albo go nie zesłał. I albo on zmartwychwstał, albo nie. Czyli te 91 proc. Polaków, to wcale nie katolicy. Tylko ludzie potrzebujący jakiejkolwiek metafizyki – wierzący „w coś”. Sami katolicy zaliczaliby się do tej kategorii, ale nie wypełniali jej w całości. Zatem nie byłoby ich 91%, tylko gdzieś między 25% a 91%. To pewna różnica. Skłonny byłbym nawet poszukiwać ich raczej w granicach 25-41% (ta druga liczba oznacza zarówno odsetek Polaków wierzących w piekło i deklarujących regularne uczestnictwo w mszach świętych – przypadek?). To by tłumaczyło, dlaczego niektórzy z katolików mają poczucie bycia w mniejszości – mimo, że teoretycznie są w większości wręcz przytłaczającej. To by również tłumaczyło popularność ruchów typu New Age (tak przerażających w wizji ks. Natanka), parapsychologii (polecam zapoznanie się z teorią projekcji astralnych), czy filozofii Wschodu. Ludzie odczuwają głód metafizyki, którego ich oficjalna religia nie jest w stanie zaspokoić. Szukają gdzie indziej.
Zupełnie inną sprawą jest, jak te statystyki wpływają na sensowność utrzymania w szkołach przedmiotu zwanego religią. To jest mniej więcej tak samo, jak gdyby w szkole uczono matematyki, ale wierzyłoby w nią tylko 91%, w dodawanie 72%, w mnożenie 66%, w ułamki 41%, a w pierwiastki już tylko 25%. Podobna schizofrenia jest możliwa tylko w przypadku przedmiotu, który nie jest nauką. I tu, dosyć okrężną drogą, dochodzimy do oczywistego pytania: czy w szkole jest miejsce na przedmiot, który nie jest nauką?
środa, 18 stycznia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Podanie o pracę
Po pięciu latach studiowania historii, trzech latach studiowania nauk politycznych, półtora roku pracy w charakterze mocno niesprecyzowanym w firmie Pod Kloszem oraz rocznym bezrobociu na trzy czwarte etatu, skrzętnie skrywanym w CV pod terminem „dziennikarz”, zacząłem w końcu szukać roboty. Tak ze dwa miesiące temu. Stworzyłem życiorys, napisałem dwadzieścia rodzajów listów motywacyjnych – z każdą wersją nabierając do siebie coraz większego obrzydzenia – zarejestrowałem się na kilku portalach i rozesłałem wici. I czekam. Ciągle.
Pewien problem stanowi fakt, że moje wykształcenie nijak nie pasuje do doświadczenia, a jedno z drugim ni cholery nie pozwoli domyślić się potencjalnemu pracodawcy czemu składam papiery właśnie na to stanowisko, na którym on ma wakat. Dosyć luźno traktuję wymagania. Ubiegałem się już i o posadę dyrektora ds. wydawania pieniędzy w jakimś banku (oficjalna nazwa stanowiska brzmiał chyba inaczej), i o możliwość zostania podniebnym kelnerem. Rozważam szpachlarza w Norwegii, Tajemniczego Klienta i Testera Gier. Chciałem też aplikować do Ministerstwa Spraw Zagranicznych na stanowisko specjalisty, dopóki nie zauważyłem dopisku: „specjalność instalacje sanitarne”. To już nie mogli napisać kibelmajster? Do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie pójdę, bo nie lubię ich specjalistki od funduszy unijnych, a poza tym napisali, że praca którą oferują wiąże się z wysiłkiem fizycznym – noszeniem laptopa, drukarki i segregatorów z materiałami. Fizycznym nie będę!
Do tego nie mogę się pozbyć pewnego uczucia schizofrenii. I nie chodzi o to, że jak na razie na spotkaniach rekrutacyjnych równie często zdarzało mi się grać rolę kandydata i pracodawcy. Chodzi o to, że jak patrzę na te wszystkie ogłoszenia o pracę, to one są skierowane dla małych geniuszy z pięcioletnim stażem. Jestem odstrzeliwany jeszcze zanim zdążę do końca przeczytać wymagania. A jak patrzę kto pracuje w znanych mi firmach, to wychodzi na to, że dział kadr przynajmniej w co którymś przypadku musiał nieźle dać ciała albo popisać się interesującym poczuciem humoru zatrudniając najgorszych z możliwych. Co jest do cholery?
Pewien problem stanowi fakt, że moje wykształcenie nijak nie pasuje do doświadczenia, a jedno z drugim ni cholery nie pozwoli domyślić się potencjalnemu pracodawcy czemu składam papiery właśnie na to stanowisko, na którym on ma wakat. Dosyć luźno traktuję wymagania. Ubiegałem się już i o posadę dyrektora ds. wydawania pieniędzy w jakimś banku (oficjalna nazwa stanowiska brzmiał chyba inaczej), i o możliwość zostania podniebnym kelnerem. Rozważam szpachlarza w Norwegii, Tajemniczego Klienta i Testera Gier. Chciałem też aplikować do Ministerstwa Spraw Zagranicznych na stanowisko specjalisty, dopóki nie zauważyłem dopisku: „specjalność instalacje sanitarne”. To już nie mogli napisać kibelmajster? Do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie pójdę, bo nie lubię ich specjalistki od funduszy unijnych, a poza tym napisali, że praca którą oferują wiąże się z wysiłkiem fizycznym – noszeniem laptopa, drukarki i segregatorów z materiałami. Fizycznym nie będę!
Do tego nie mogę się pozbyć pewnego uczucia schizofrenii. I nie chodzi o to, że jak na razie na spotkaniach rekrutacyjnych równie często zdarzało mi się grać rolę kandydata i pracodawcy. Chodzi o to, że jak patrzę na te wszystkie ogłoszenia o pracę, to one są skierowane dla małych geniuszy z pięcioletnim stażem. Jestem odstrzeliwany jeszcze zanim zdążę do końca przeczytać wymagania. A jak patrzę kto pracuje w znanych mi firmach, to wychodzi na to, że dział kadr przynajmniej w co którymś przypadku musiał nieźle dać ciała albo popisać się interesującym poczuciem humoru zatrudniając najgorszych z możliwych. Co jest do cholery?
środa, 11 stycznia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Rada radzi
- Dobrze – wzdycha przewodnicząca komisji rady dzielnicy, starsza kobieta dzielnie próbująca opanować żywioł – to umawiamy się, że najbliższa komisja wyjściowa, połączona ze zdrowiem i kulturą odbędzie się w TPD na Baśniowej, szóstego lutego.
- To tam na Częstochowskiej? – pyta mężczyzna po jej lewej, jeden z dwóch w komisji, w której panuje nietypowy parytet dwa do trzech. Komisja nie jest duża.
- Nie – przewodnicząca jest rozbita już na samym początku posiedzenia. – Mówię przecież, że na Baśniowej!
- TPD? – odzywa się młoda dziewczyna odrywając się na chwilę od rozmowy z inną radną, której pokazywała nową teczkę na dokumenty. – To chyba jest na Częstochowskiej?
- Na Baśniowej! – nie poddaje się przewodnicząca. – Jest na Baśniowej!
- Eee… - powątpiewa ta, która oglądała teczkę. – Chyba nie na Baśniowej, tylko na Białobrzeskiej.
- Na Białobrzeskiej! – przewodnicząca widocznie blednie. – Masz rację! Oficjalny adres jest inny, tylko wchodzi się od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej – upiera się mężczyzna po jej lewej.
- Białobrzeska 19? – zastanawia się dziewczyna.
- Nie – ta obok niej kręci głową. – To chyba jakiś parzysty numer był.
- To kiedy to spotkanie? – włącza się w końcu drugi mężczyzna, zajmując miejsce przy okrągłym stole.
- Szóstego lutego – powtarza przewodnicząca.
- To może damy radę do tego czasu ustalić miejsce spotkania? – dziwi się.
- Miejsce jest ustalone – warczy przewodnicząca. – Widzimy się w TPD na Baśniowej, tfu na Białobrzeskiej z wejściem od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej! – wcina się pierwszy mężczyzna.
- A następna komisja wyjściowa? – zastanawia się ten, który dopiero co przyszedł.
- Za tydzień – mówi przewodnicząca.
- Czyli? - dziewczyna i jej koleżanka pytają unisono. Pytanie okazuje się mniej absurdalne niż można by przypuszczać.
- We wrześniu – odpowiada przewodnicząca.
- Za tydzień, czyli we wrześniu – upewnia się pierwszy mężczyzna. – Jeszcze trochę tu posiedzimy i opanujemy kalendarz alternatywny.
- Czy to jest przynajmniej tydzień, w którym mamy komisję? – pyta koleżanka dziewczyny z teczką.
- No właśnie mówię, że nie – przewodnicząca odkrywa przed zebranymi swój tok myślowy. – Jest tydzień po naszej komisji we wrześniu. To jakiś problem?
- Jesień – wzdycha tamta. – Grzyby.
- Czy możemy już wreszcie przejść do porządku obrad? – irytuje się przewodnicząca. – Mamy coś na dziś?
- Ja mam – dziewczyna od teczki podnosi rękę. – Przyszła do mnie na dyżur pewna kobieta ze skargą, że w bloku, w którym mieszka, jacyś cudzoziemcy smażą coś na grillu.
- Cudzoziemcy? – interesuje się koleżanka. – Wietnamczycy?
- Raczej nie – dziewczyna kręci głową. – Ponoć budują meczet, to chyba jacyś muzułmanie. Arabowie.
- Grilla robią? – nie może uwierzyć spóźniony mężczyzna. – Ale tradycyjnego czy elektrycznego? Bo jeśli elektrycznego, to nic im nie można zrobić.
- Elektrycznego – dziewczyna kiwa smutno głową. – Ona twierdzi, że jej śmierdzi. Domaga się spotkania z naczelnikiem straży miejskiej.
- A jak ona bigos gotuje, to jej nie śmierdzi? – irytuje się pierwszy mężczyzna. – To jakaś głupia baba… – facet orientuje się w składzie komisji. – Rasistka jakaś! Z naczelnikiem straży miejskiej! – prycha.
- To co możemy zrobić? – pyta bezradnie dziewczyna.
- Sprawdzić czy nie smażą wieprzowiny – rzuca przewodnicząca.
- To tam na Częstochowskiej? – pyta mężczyzna po jej lewej, jeden z dwóch w komisji, w której panuje nietypowy parytet dwa do trzech. Komisja nie jest duża.
- Nie – przewodnicząca jest rozbita już na samym początku posiedzenia. – Mówię przecież, że na Baśniowej!
- TPD? – odzywa się młoda dziewczyna odrywając się na chwilę od rozmowy z inną radną, której pokazywała nową teczkę na dokumenty. – To chyba jest na Częstochowskiej?
- Na Baśniowej! – nie poddaje się przewodnicząca. – Jest na Baśniowej!
- Eee… - powątpiewa ta, która oglądała teczkę. – Chyba nie na Baśniowej, tylko na Białobrzeskiej.
- Na Białobrzeskiej! – przewodnicząca widocznie blednie. – Masz rację! Oficjalny adres jest inny, tylko wchodzi się od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej – upiera się mężczyzna po jej lewej.
- Białobrzeska 19? – zastanawia się dziewczyna.
- Nie – ta obok niej kręci głową. – To chyba jakiś parzysty numer był.
- To kiedy to spotkanie? – włącza się w końcu drugi mężczyzna, zajmując miejsce przy okrągłym stole.
- Szóstego lutego – powtarza przewodnicząca.
- To może damy radę do tego czasu ustalić miejsce spotkania? – dziwi się.
- Miejsce jest ustalone – warczy przewodnicząca. – Widzimy się w TPD na Baśniowej, tfu na Białobrzeskiej z wejściem od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej! – wcina się pierwszy mężczyzna.
- A następna komisja wyjściowa? – zastanawia się ten, który dopiero co przyszedł.
- Za tydzień – mówi przewodnicząca.
- Czyli? - dziewczyna i jej koleżanka pytają unisono. Pytanie okazuje się mniej absurdalne niż można by przypuszczać.
- We wrześniu – odpowiada przewodnicząca.
- Za tydzień, czyli we wrześniu – upewnia się pierwszy mężczyzna. – Jeszcze trochę tu posiedzimy i opanujemy kalendarz alternatywny.
- Czy to jest przynajmniej tydzień, w którym mamy komisję? – pyta koleżanka dziewczyny z teczką.
- No właśnie mówię, że nie – przewodnicząca odkrywa przed zebranymi swój tok myślowy. – Jest tydzień po naszej komisji we wrześniu. To jakiś problem?
- Jesień – wzdycha tamta. – Grzyby.
- Czy możemy już wreszcie przejść do porządku obrad? – irytuje się przewodnicząca. – Mamy coś na dziś?
- Ja mam – dziewczyna od teczki podnosi rękę. – Przyszła do mnie na dyżur pewna kobieta ze skargą, że w bloku, w którym mieszka, jacyś cudzoziemcy smażą coś na grillu.
- Cudzoziemcy? – interesuje się koleżanka. – Wietnamczycy?
- Raczej nie – dziewczyna kręci głową. – Ponoć budują meczet, to chyba jacyś muzułmanie. Arabowie.
- Grilla robią? – nie może uwierzyć spóźniony mężczyzna. – Ale tradycyjnego czy elektrycznego? Bo jeśli elektrycznego, to nic im nie można zrobić.
- Elektrycznego – dziewczyna kiwa smutno głową. – Ona twierdzi, że jej śmierdzi. Domaga się spotkania z naczelnikiem straży miejskiej.
- A jak ona bigos gotuje, to jej nie śmierdzi? – irytuje się pierwszy mężczyzna. – To jakaś głupia baba… – facet orientuje się w składzie komisji. – Rasistka jakaś! Z naczelnikiem straży miejskiej! – prycha.
- To co możemy zrobić? – pyta bezradnie dziewczyna.
- Sprawdzić czy nie smażą wieprzowiny – rzuca przewodnicząca.
środa, 4 stycznia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Sądny dzień
Trzeci świadek wszedł na salę. Dziewczyna z Żar. Włosy do szyi, szczupła, podenerwowana jak cholera. Zaniosła dowód do sędziny i stanęła na środku pomieszczenia rozglądając się bezradnie. Wskazałem na coś w rodzaju mównicy. Miejsce dla osób przesłuchiwanych.
- Lat? - spytała sędzina po ustaleniu tożsamości.
- Tak - potwierdziła dziewczyna nie do końca wiadomo co.
- Ile ma pani lat?
- Dwadzieścia sześć.
Sędzina skrzywiła się i popatrzyła na przesłuchiwaną z dezaprobatą.
- Znaczy dwadzieścia siedem - ta poprawiła się szybko.
- Zeznania na policji składała pani na podstawie pamięci czy dokumentów?
- Dokumentów.
- Czy zeznała pani, że... - sędzina odczytała zeznania, z których jasno wynikało, że 3 marca w siedmioosobowym pokoju pewnego wrocławskiego hostelu były tylko trzy osoby. Julio, ja i pewien niepełnosprytny, młodociany przestępca.
- Tak.
- Czy podtrzymuje pani zeznania?
- Tak. Nie. To znaczy nie wiem.
- Co znaczy nie wiem?
- Bo to było inaczej.
- Czyli jak?
- Wydaje mi się, że tam jeszcze dwóch cudzoziemców miało rezerwację.
- Wydaje się pani? Dlaczego nie powiedziała pani tego policji?
Dziewczyna wzruszyła ramionami - chowając w nich głowę - w rozbrajającym geście świadczącym o absolutnym przerażeniu, jakim napawała ją cała sytuacja. Sędzina westchnęła przeciągle i popatrzyła znacząco na prokuratorkę i protokolantkę.
- To jak to było?
- Nie pamiętam.
- W końcu zeznaje pani na podstawie dokumentów czy pamięci?
- Dokumentów.
- Ma je pani teraz ze sobą?
- Nie.
- Wtedy, na policji, pani miała?
- Tak.
- Czy w takim razie podtrzymuje pani zeznania?
- Tak...
Sędzina uśmiechnęła się zwycięsko. Za wcześnie.
- ...nie - kontynuowała dziewczyna. - To znaczy nie wiem. Bo to było inaczej.
Sędzina upust swojej irytacji dała w wyroku. Dziesięć miesięcy w zawieszeniu na dwa lata. Do tego grzywna, pokrycie szkód i obciążenie kosztami sądowymi.
- Lat? - spytała sędzina po ustaleniu tożsamości.
- Tak - potwierdziła dziewczyna nie do końca wiadomo co.
- Ile ma pani lat?
- Dwadzieścia sześć.
Sędzina skrzywiła się i popatrzyła na przesłuchiwaną z dezaprobatą.
- Znaczy dwadzieścia siedem - ta poprawiła się szybko.
- Zeznania na policji składała pani na podstawie pamięci czy dokumentów?
- Dokumentów.
- Czy zeznała pani, że... - sędzina odczytała zeznania, z których jasno wynikało, że 3 marca w siedmioosobowym pokoju pewnego wrocławskiego hostelu były tylko trzy osoby. Julio, ja i pewien niepełnosprytny, młodociany przestępca.
- Tak.
- Czy podtrzymuje pani zeznania?
- Tak. Nie. To znaczy nie wiem.
- Co znaczy nie wiem?
- Bo to było inaczej.
- Czyli jak?
- Wydaje mi się, że tam jeszcze dwóch cudzoziemców miało rezerwację.
- Wydaje się pani? Dlaczego nie powiedziała pani tego policji?
Dziewczyna wzruszyła ramionami - chowając w nich głowę - w rozbrajającym geście świadczącym o absolutnym przerażeniu, jakim napawała ją cała sytuacja. Sędzina westchnęła przeciągle i popatrzyła znacząco na prokuratorkę i protokolantkę.
- To jak to było?
- Nie pamiętam.
- W końcu zeznaje pani na podstawie dokumentów czy pamięci?
- Dokumentów.
- Ma je pani teraz ze sobą?
- Nie.
- Wtedy, na policji, pani miała?
- Tak.
- Czy w takim razie podtrzymuje pani zeznania?
- Tak...
Sędzina uśmiechnęła się zwycięsko. Za wcześnie.
- ...nie - kontynuowała dziewczyna. - To znaczy nie wiem. Bo to było inaczej.
Sędzina upust swojej irytacji dała w wyroku. Dziesięć miesięcy w zawieszeniu na dwa lata. Do tego grzywna, pokrycie szkód i obciążenie kosztami sądowymi.
środa, 21 grudnia 2011
Fidel C. de Izquierdas: Okultyzm dla średniozaawansowanych
Na okultyzm dla średniozaawansowanych zapisałem się przez internet. Nie byłem na wprowadzającym kursie przygotowawczym, ale organizatorzy napisali, że jeśli ktoś czuje się na siłach, może przystąpić od razu do części zasadniczej. Zerknąłem na sylabus. Nie wyglądał groźnie. Uznałem, że dam radę. Nabyłem zalecaną literaturę składającą się z „Szatańskich wersetów”, legendarnej, wielotomowej historii młodocianego czarnoksiężnika oraz wydanej przez wydawnictwo Medium w serii „Alchemia zdrowia” książki Caroline Myss pt. „Anatomia zdrowia. Siedem poziomów siły i uzdrawiania”. Oczywiście nie po to, żeby uzdrawiać, ale żeby wiedzieć, przeciwko czemu będziemy walczyć. Zdobyłem też rekwizyty, choć to wymagało trochę więcej zachodu. Zestaw do spuszczania krwi z noworodków, czyli nóż i specjalnie profilowaną wanienkę, udało mi się dostać w sklepie żydowskim w Al. Jerozolimskich, koło palmy. Amulety – gwiazdę chaosu z onyksem i koło zaklęć magicznych – znalazłem w sieci.
Pierwsze zajęcia trochę mnie rozczarowały. Klęczeliśmy w Podziemiu, w sali numer 4, tworząc z naszych ciał Złowrogi Półksiężyc. Kapłan, w czarnych jak piekło szatach liturgicznych, rozpoczął od powolnej inkantacji przeplatanej odczytami z tomu pierwszego świętej księgi.
- Dominus et Domina Dursley, qui vivebant in aedibus Gestationis Ligustrorum numero quattuor signatis... – mruczał.
Potem wprowadzono psa. Psa? – pomyślałem zawiedziony wyciągając nóż. To już we współczesnych galeriach sztuki znajdzie się bardziej interesujące instalacje. W CSW zamknięto ostatnio w szklanej sferze Żyda i Araba, żeby zobaczyć co się stanie. Nic się nie stało. Jeden położył się z jednej strony, drugi z drugiej. Nawet nie zetknęli się nogami. Symboliczna nuda. Ostatecznie pogodziłem się z myślą, że wypatroszymy kundla. W końcu to dopiero pierwsze zajęcia – uznałem. Nie za dużo na raz. Ale nawet tego nie było! Pies, jak się okazało, nie był częścią kursu. Należał do któregoś z uczestników z sali obok i zaplątał się u nas przez przypadek. Zakończyliśmy zbiorową modlitwą w intencji suszy. Wszystko razem – strata pieniędzy.
Pierwsze zajęcia trochę mnie rozczarowały. Klęczeliśmy w Podziemiu, w sali numer 4, tworząc z naszych ciał Złowrogi Półksiężyc. Kapłan, w czarnych jak piekło szatach liturgicznych, rozpoczął od powolnej inkantacji przeplatanej odczytami z tomu pierwszego świętej księgi.
- Dominus et Domina Dursley, qui vivebant in aedibus Gestationis Ligustrorum numero quattuor signatis... – mruczał.
Potem wprowadzono psa. Psa? – pomyślałem zawiedziony wyciągając nóż. To już we współczesnych galeriach sztuki znajdzie się bardziej interesujące instalacje. W CSW zamknięto ostatnio w szklanej sferze Żyda i Araba, żeby zobaczyć co się stanie. Nic się nie stało. Jeden położył się z jednej strony, drugi z drugiej. Nawet nie zetknęli się nogami. Symboliczna nuda. Ostatecznie pogodziłem się z myślą, że wypatroszymy kundla. W końcu to dopiero pierwsze zajęcia – uznałem. Nie za dużo na raz. Ale nawet tego nie było! Pies, jak się okazało, nie był częścią kursu. Należał do któregoś z uczestników z sali obok i zaplątał się u nas przez przypadek. Zakończyliśmy zbiorową modlitwą w intencji suszy. Wszystko razem – strata pieniędzy.
środa, 14 grudnia 2011
Fidel C. de Izquierdas: Czyn bohaterski
Jakiś czas temu Mariusz Szczygieł opisał w swojej książce te subtelne różnice między Polakami a Czechami, które na dobrą sprawę z jednej słowiańskiej braci czynią istoty z odrębnych galaktyk. Polacy na przykład żyją w galaktyce patosu, wiecznych zwycięstw moralnych, zaplutych zdrajców i przede wszystkim nielimitowanych czynów bohaterskich. O czym przypomina się nam przy każdej rocznicy. A Czesi?
„- A wy, Polacy, to chyba nami trochę pogardzacie? – powiedział ni stąd ni zowąd.
- Ja na pewno nie, proszę pana, czeski ruch oporu dokonał przecież rzeczy niebywałej… (Wiedziałem, że chodzi mu o kwestie zasadnicze). – Zabić ulubieńca Hitlera, to jest dopiero bohaterstwo! – dodałem, bo znam historię zamachu na protektora Czech i Moraw, Reinharda Heydricha, o przydomku Archanioł Zła, który w szczegółach wymyślił Holokaust.
- Ale czym tu się chwalić? – zaoponował taksówkarz. – Heydrich nie jechał w pancernym wozie, tylko w otwartym kabriolecie, to i łatwiej go było trafić.
- No, ale udało się wam go zabić!
- Ale bez przesady. Jechał bez żadnej eskorty, a trasy nie pilnowały żadne patrole.
- No, ale nie przeżył!
- Tylko dlatego, że sam ułatwił sprawę. Jak pierwszy zamachowiec próbował strzelić, to Heydrich, zamiast na gaz i uciekać, dał rozkaz zatrzymać się. Podał się więc nam na talerzu, proszę pana. Czym się tu zachwycać?
- No, ale jednak go zabiliście.
- Ale to wcale nie jest takie pewne, bo pistolet maszynowy pierwszego zamachowca nie wystrzelił i do dziś nie wiadomo dlaczego. Dopiero drugi rzucił w stronę samochodu granat.
- No i dzięki temu zabiliście prawą rękę Hitlera.
- Ale bez przesady, Heydrich nawet się nie bronił. Kiedy wyskoczył z wozu i chciał strzelać, okazało się, że w jego pistolecie nie było magazynku.
- No, ale udało się wam go zabić.
- A gdzie tam! Umarł tydzień później w szpitalu. Kiedy wskoczył do samochodu po ten magazynek, już tylko usiadł na siedzeniu, bo od bomby miał połamane żebra, które wbiły mu się w śledzionę. I tak naprawdę umarł potem na sepsę.
Proszę państwa, powiem szczerze: niełatwo w Czechach dokonać bohaterskiego czynu.”
Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wołowiec 2011
„- A wy, Polacy, to chyba nami trochę pogardzacie? – powiedział ni stąd ni zowąd.
- Ja na pewno nie, proszę pana, czeski ruch oporu dokonał przecież rzeczy niebywałej… (Wiedziałem, że chodzi mu o kwestie zasadnicze). – Zabić ulubieńca Hitlera, to jest dopiero bohaterstwo! – dodałem, bo znam historię zamachu na protektora Czech i Moraw, Reinharda Heydricha, o przydomku Archanioł Zła, który w szczegółach wymyślił Holokaust.
- Ale czym tu się chwalić? – zaoponował taksówkarz. – Heydrich nie jechał w pancernym wozie, tylko w otwartym kabriolecie, to i łatwiej go było trafić.
- No, ale udało się wam go zabić!
- Ale bez przesady. Jechał bez żadnej eskorty, a trasy nie pilnowały żadne patrole.
- No, ale nie przeżył!
- Tylko dlatego, że sam ułatwił sprawę. Jak pierwszy zamachowiec próbował strzelić, to Heydrich, zamiast na gaz i uciekać, dał rozkaz zatrzymać się. Podał się więc nam na talerzu, proszę pana. Czym się tu zachwycać?
- No, ale jednak go zabiliście.
- Ale to wcale nie jest takie pewne, bo pistolet maszynowy pierwszego zamachowca nie wystrzelił i do dziś nie wiadomo dlaczego. Dopiero drugi rzucił w stronę samochodu granat.
- No i dzięki temu zabiliście prawą rękę Hitlera.
- Ale bez przesady, Heydrich nawet się nie bronił. Kiedy wyskoczył z wozu i chciał strzelać, okazało się, że w jego pistolecie nie było magazynku.
- No, ale udało się wam go zabić.
- A gdzie tam! Umarł tydzień później w szpitalu. Kiedy wskoczył do samochodu po ten magazynek, już tylko usiadł na siedzeniu, bo od bomby miał połamane żebra, które wbiły mu się w śledzionę. I tak naprawdę umarł potem na sepsę.
Proszę państwa, powiem szczerze: niełatwo w Czechach dokonać bohaterskiego czynu.”
Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wołowiec 2011
wtorek, 13 grudnia 2011
Paco Haya Rodriquez: Świąteczna Tarja
Jak powszechnie wiadomo gotyk to nie tylko styl w architekturze i innych dziedzinach sztuk plastycznych. To również muzyka i cała kultura wkoło niego.
Przyjęło się, że muza musi być smutna, niekoniecznie wolna i melancholijna. To zazwyczaj śpiewane liryki, co powoduje, że odbierane są jako poezja śpiewana przez zazwyczaj ładne wokalistki. Pomalowane na czarno, ubrane na czarno, śpiewające na czarno i sam Szatan wie co jeszcze jest u nich czarne. Czarne długie suknie, wkoło świece... w sumie popadłbym w depresję, gdybym przebywał w takim towarzystwie dłużej niż 40 minut. Tylko doom metal jest w stanie spowodować szybsze objawy depresji, ot choćby kapela Thor's Hammer. Po jednym dziesięciominutowym utworze żyły same się podcinają. Ale wracając do tych "czarnych" wokalistek. Głosy mają faktycznie potężne i potrafią przelać ból przez mikrofon wprost na ludzi słuchających tej muzy.
Obecnie gotyk zaczyna się od bycia emo... ale mam nadzieję, że emo szybko zniknie.
Od dzisiaj materializuje mi się przed oczami zupełnie inny obraz metalowej wokalistki z operowym głosem. Proszę państwa, przed wami Tarja Turunen. Mieliśmy właśnie okazję chwilę z nią pogadać. Tak przemiłej i skromnej osoby bym się nie spodziewał. Ubrana w zwiewne ciuchy, delikatnym, spokojnym i opanowanym głosem opowiadała nam o swoich przeżyciach z dzieciństwa, o ulubionym jogurcie i gitarze przy kominku. Na koniec życzyliśmy sobie wesołych świąt, a całość wywiadu skwitowała słodkim: Lov Ya
Po takich słowach ślepo się w niej zakochaliśmy, a nasze cuestionario powiększyło się o kolejną zagraniczną gwiazdę.
Wywiad opublikujemy w styczniowym numerze CATRINAS, a tymczasem zapraszamy na styczniowy koncert Tarji w warszawskiej Stodole.
Przyjęło się, że muza musi być smutna, niekoniecznie wolna i melancholijna. To zazwyczaj śpiewane liryki, co powoduje, że odbierane są jako poezja śpiewana przez zazwyczaj ładne wokalistki. Pomalowane na czarno, ubrane na czarno, śpiewające na czarno i sam Szatan wie co jeszcze jest u nich czarne. Czarne długie suknie, wkoło świece... w sumie popadłbym w depresję, gdybym przebywał w takim towarzystwie dłużej niż 40 minut. Tylko doom metal jest w stanie spowodować szybsze objawy depresji, ot choćby kapela Thor's Hammer. Po jednym dziesięciominutowym utworze żyły same się podcinają. Ale wracając do tych "czarnych" wokalistek. Głosy mają faktycznie potężne i potrafią przelać ból przez mikrofon wprost na ludzi słuchających tej muzy.
Obecnie gotyk zaczyna się od bycia emo... ale mam nadzieję, że emo szybko zniknie.
Od dzisiaj materializuje mi się przed oczami zupełnie inny obraz metalowej wokalistki z operowym głosem. Proszę państwa, przed wami Tarja Turunen. Mieliśmy właśnie okazję chwilę z nią pogadać. Tak przemiłej i skromnej osoby bym się nie spodziewał. Ubrana w zwiewne ciuchy, delikatnym, spokojnym i opanowanym głosem opowiadała nam o swoich przeżyciach z dzieciństwa, o ulubionym jogurcie i gitarze przy kominku. Na koniec życzyliśmy sobie wesołych świąt, a całość wywiadu skwitowała słodkim: Lov Ya
Po takich słowach ślepo się w niej zakochaliśmy, a nasze cuestionario powiększyło się o kolejną zagraniczną gwiazdę.
Wywiad opublikujemy w styczniowym numerze CATRINAS, a tymczasem zapraszamy na styczniowy koncert Tarji w warszawskiej Stodole.
środa, 7 grudnia 2011
Jordi de Bonos Esquellos: Euforia po losowaniu
Od piątku niczym innym się nie zajmuję, tylko wyprowadzaniem kibiców ze stanów euforycznych, niechże i z Wami podzielę się uwagami.
Najpierw sportowo:
Grupa najsłabsza, fakt bezsporny. Z takiej grupy cieszyć się mogliby Niemcy, Hiszpanie, bo by ją na luzie wygrali i budowali formę. A my? Już zapomnieliśmy jak Cypryjczycy wpierdolili nam latem w El. LM? A raczej za zimno nie będzie w czerwcu. Ostatnio reprezentacyjnie jak było ciepło to graliśmy z Kamerunem, wcześniej Hiszpanią, pamięta ktoś wyniki? Oczywiście Franek wyciągnął wnioski, gra już z kontry i wydaje mi się, że z tej grupy wyjść można, nawet nie psim swędem, nawet po dobrej grze. Tylko potem trafiamy na silny zespół. I co? My tu się na piłce znamy, podziękujemy piłkarzom za ćwierćfinał, walkę i wielki sukces. A motłoch co powie?
„Z takiej grupy wyjść nie sukces, a pierwszy dobry zespół i już odpadamy, bo same pijaki, panie, a dwóch hazardzistów, a jeden narkoman, a i słyszałem, że kurwiarze, jak on tam panie, majdan.” (majdan/szczęsny/kurwiarz/profesjonał co to dla nich za różnica).
Wiem, że to brednie. Szkopuł w tym, że za motłoch uważam większość kibiców, większość działaczy, jednego prezesa i wszystkich dziennikarzy.
To był scenariusz optymistyczny, teraz trochę gorszy:
Z grupy nie wychodzimy.
Krzyżujemy się nawzajem. Piłkarze kibiców za brak wsparcia. Media piłkarzy, za grę po chuju. Trener media, za presję, a kibice trenera, za brak Wolskiego, bo pewnie by nas zbawił, co z tego, że Messi Argentyny nie zbawił.
Jesteśmy więc wszyscy ukrzyżowani. Jan Tomaszewski zostaje Pierwszym Macierewiczem Polskiej Piłki.
Media już od dziś zaczną pompować balon. Powstaną legendy o Lechu, Czech, Rusie i zapchlonym Albańczyku, który wynarodowił greckich filozofów. O Lewandowskim, synu Lecha, naszym bohaterze. I nasi piłkarze zwyczajnie tego nie uniosą. Tego się boję. Dlatego moi drodzy nastroje trzeba tonować. Wierzmy w wyjście z grupy i uznajmy to za sukces. Zaręczam Wam, że każdy lewy obrońca będzie umiał i przyjąć, i podać i nawet coś odebrać. A Wawrzyniak nie. Mierzmy siły na zamiary.
Osobną sprawą jest gospodarka. Hotelarze podcinają sobie żyły. Czesi przyjadą do Wrocławia samochodem, w dniu meczu, Grecy są podobno biedni, a Ruski i tak latają swoimi JumboJetami do Mikołajek na basen, to teraz polecą na Euro, wódka w samolocie, dupy w samolocie, nic nie kupią… No ale może Gdańsk i Poznań się nachapią.
I co, skomentujecie?
Najpierw sportowo:
Grupa najsłabsza, fakt bezsporny. Z takiej grupy cieszyć się mogliby Niemcy, Hiszpanie, bo by ją na luzie wygrali i budowali formę. A my? Już zapomnieliśmy jak Cypryjczycy wpierdolili nam latem w El. LM? A raczej za zimno nie będzie w czerwcu. Ostatnio reprezentacyjnie jak było ciepło to graliśmy z Kamerunem, wcześniej Hiszpanią, pamięta ktoś wyniki? Oczywiście Franek wyciągnął wnioski, gra już z kontry i wydaje mi się, że z tej grupy wyjść można, nawet nie psim swędem, nawet po dobrej grze. Tylko potem trafiamy na silny zespół. I co? My tu się na piłce znamy, podziękujemy piłkarzom za ćwierćfinał, walkę i wielki sukces. A motłoch co powie?
„Z takiej grupy wyjść nie sukces, a pierwszy dobry zespół i już odpadamy, bo same pijaki, panie, a dwóch hazardzistów, a jeden narkoman, a i słyszałem, że kurwiarze, jak on tam panie, majdan.” (majdan/szczęsny/kurwiarz/profesjonał co to dla nich za różnica).
Wiem, że to brednie. Szkopuł w tym, że za motłoch uważam większość kibiców, większość działaczy, jednego prezesa i wszystkich dziennikarzy.
To był scenariusz optymistyczny, teraz trochę gorszy:
Z grupy nie wychodzimy.
Krzyżujemy się nawzajem. Piłkarze kibiców za brak wsparcia. Media piłkarzy, za grę po chuju. Trener media, za presję, a kibice trenera, za brak Wolskiego, bo pewnie by nas zbawił, co z tego, że Messi Argentyny nie zbawił.
Jesteśmy więc wszyscy ukrzyżowani. Jan Tomaszewski zostaje Pierwszym Macierewiczem Polskiej Piłki.
Media już od dziś zaczną pompować balon. Powstaną legendy o Lechu, Czech, Rusie i zapchlonym Albańczyku, który wynarodowił greckich filozofów. O Lewandowskim, synu Lecha, naszym bohaterze. I nasi piłkarze zwyczajnie tego nie uniosą. Tego się boję. Dlatego moi drodzy nastroje trzeba tonować. Wierzmy w wyjście z grupy i uznajmy to za sukces. Zaręczam Wam, że każdy lewy obrońca będzie umiał i przyjąć, i podać i nawet coś odebrać. A Wawrzyniak nie. Mierzmy siły na zamiary.
Osobną sprawą jest gospodarka. Hotelarze podcinają sobie żyły. Czesi przyjadą do Wrocławia samochodem, w dniu meczu, Grecy są podobno biedni, a Ruski i tak latają swoimi JumboJetami do Mikołajek na basen, to teraz polecą na Euro, wódka w samolocie, dupy w samolocie, nic nie kupią… No ale może Gdańsk i Poznań się nachapią.
I co, skomentujecie?
środa, 30 listopada 2011
Fidel C. de Izquierdas: Warszawskie bestie
Jechał z rehabilitacji. Operacja kolana miała miejsce już miesiąc temu, a on ciągle nie odzyskał sprawności w nodze. Do tego bolała, cholera, za każdym razem, kiedy wagonik metra szarpał zwalniając lub hamując. Jedną ręką trzymał się drążka, drugą nieudolnie próbował oprzeć się na kuli. Łydka pod gipsem swędziała.
Nagle jedna z kobiet niedaleko podniosła się z siedzenia. Szansa jak rzadko. Zerknął szybko na konkurentów. Dookoła czaiło się kilka starszych kobiet. Twarze zacięte, wrogie, ukształtowane przez lata bezpardonowej walki o prawo do minimum luksusu. Powinny mieć takie plakietki, podobne do tych, które wiszą na niektórych furtkach – pomyślał. Do wolnego miejsca dobiegam w cztery sekundy, a ty? Do tego obrazek wyszczerzonej sztucznej szczęki. Ruszył bez zastanowienia. Tylko jedna kobieta podjęła wyzwanie. Miał szczęście.
Z trudem przedzierał się przez tłum. Ona lawirowała z większą łatwością. Była bez obciążenia, z nogami znaczonymi czasem a nie skalpelem i determinacją co najmniej dorównującą jego. Wygrałaby. Ale on miał tajną broń.
- Panie, co pan! – wrzasnęła zbulwersowana, kiedy zagrodził jej drogę kulą. – Ja też chcę tu usiąść!
- I co z tego – warknął. – Ale ja jestem silniejszy.
Nagle jedna z kobiet niedaleko podniosła się z siedzenia. Szansa jak rzadko. Zerknął szybko na konkurentów. Dookoła czaiło się kilka starszych kobiet. Twarze zacięte, wrogie, ukształtowane przez lata bezpardonowej walki o prawo do minimum luksusu. Powinny mieć takie plakietki, podobne do tych, które wiszą na niektórych furtkach – pomyślał. Do wolnego miejsca dobiegam w cztery sekundy, a ty? Do tego obrazek wyszczerzonej sztucznej szczęki. Ruszył bez zastanowienia. Tylko jedna kobieta podjęła wyzwanie. Miał szczęście.
Z trudem przedzierał się przez tłum. Ona lawirowała z większą łatwością. Była bez obciążenia, z nogami znaczonymi czasem a nie skalpelem i determinacją co najmniej dorównującą jego. Wygrałaby. Ale on miał tajną broń.
- Panie, co pan! – wrzasnęła zbulwersowana, kiedy zagrodził jej drogę kulą. – Ja też chcę tu usiąść!
- I co z tego – warknął. – Ale ja jestem silniejszy.
środa, 23 listopada 2011
Margarita Sáenz Nevarez: Case study: niezobowiązująca znajomość
"Ty mała zdziro" napisała do mnie kumpela, kiedy powiadomiłam ją o fakcie poderwania pewnego młodego człowieka. Chłopiec lat 18 o przeapetycznych ustach, po prostu nie mogłam powiedzieć nie. Rzadko się zdarza, żebym spotkała faceta, z którym chciałabym pójść do łóżka w tej samej sekundzie kiedy wymienimy spojrzenia i uśmiechy. A już zwłaszcza, że preferuję starszych. No ale wyjątki bywają, co tu kryć.
Wszystko od początku szło łatwo, o numer telefonu poprosił mnie w pierwszych 3 minutach rozmowy, po 3 minutach od pożegnania wysłał pierwszego smsa. Podczas pierwszego spotkania całował i dotykał obłędnie, trzymał mnie za rękę i obejmował. Trochę się przestraszyłam, że się zakocha, a to miał być raczej niezobowiązujący romans, ale niedługo potem rozwiał moje wątpliwości pisząc: "ale od razu sobie powiedzmy, że to relacja oparta na seksie, ok?" Oczywiście, przecież nie będę wiązać się z maturzystą. Co prawda ten sms wybił mnie lekko z błogiego stanu zauroczenia chłopcem, bo mimo że wiadomo o co chodzi, to jednak przyjemniej jest pozostawić pewną dozę romantyzmu w każdym układzie. No ale, skoro wszystko było już jasne, to uznałam, że nie ma co bawić się w jakieś niedopowiedzenia i inne tego typu historie, więc wymieniając co dosadniejsze wiadomości zbliżaliśmy się do dnia, kiedy miał być już tylko czysty seks... Aż tu nagle niespodzianka. Mój 18latek pisze, że przemyślał wszystko i doszedł do wniosku, że relacja jaką stworzyliśmy kompletnie mu nie pasuje, że nie jest w stanie prowadzić relacji tylko dla seksu. I chuj. A raczej jego brak. Faceci odczuwają ból jeśli po długich pieszczotach nie szczytują. To ja chyba poczułam podobnie nie mogąc rozładować napięcia wzbierającego we mnie od kilku dni.
Jaki morał z tej historii? Ano taki, że młodzi chłopcy są chyba delikatniejsi niż kiedyś, zgrywają takich, co lubią dominować, a potem okazuje się, że tak naprawdę marzą o wielkiej miłości. Natomiast drugi morał powinien być przestrogą dla wszystkich dziewczyn. Wygląda na to, że w nawet najbardziej oczywistej sytuacji nie możemy jasno powiedzieć, że mamy ochotę na seks. Panowie chyba nadal nie są w stanie zaakceptować równouprawnienia w wyrażaniu naszych potrzeb, nie wspominając już o tym, że miałybyśmy przejąć inicjatywę. Potwierdziło się to w przypadku kolejnego faceta i wyjaśniło dezercję jednego z poprzednich (to nie byli małolaci), ale to już inna historia...
ps. I pamiętajmy, że nie należy szczerze wyjawiać liczby partnerów, bo faceci nie są gotowi, by usłyszeć prawdę:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,16,129841757,129841757,Byli_partnerzy_co_sadzicie_.html
Wszystko od początku szło łatwo, o numer telefonu poprosił mnie w pierwszych 3 minutach rozmowy, po 3 minutach od pożegnania wysłał pierwszego smsa. Podczas pierwszego spotkania całował i dotykał obłędnie, trzymał mnie za rękę i obejmował. Trochę się przestraszyłam, że się zakocha, a to miał być raczej niezobowiązujący romans, ale niedługo potem rozwiał moje wątpliwości pisząc: "ale od razu sobie powiedzmy, że to relacja oparta na seksie, ok?" Oczywiście, przecież nie będę wiązać się z maturzystą. Co prawda ten sms wybił mnie lekko z błogiego stanu zauroczenia chłopcem, bo mimo że wiadomo o co chodzi, to jednak przyjemniej jest pozostawić pewną dozę romantyzmu w każdym układzie. No ale, skoro wszystko było już jasne, to uznałam, że nie ma co bawić się w jakieś niedopowiedzenia i inne tego typu historie, więc wymieniając co dosadniejsze wiadomości zbliżaliśmy się do dnia, kiedy miał być już tylko czysty seks... Aż tu nagle niespodzianka. Mój 18latek pisze, że przemyślał wszystko i doszedł do wniosku, że relacja jaką stworzyliśmy kompletnie mu nie pasuje, że nie jest w stanie prowadzić relacji tylko dla seksu. I chuj. A raczej jego brak. Faceci odczuwają ból jeśli po długich pieszczotach nie szczytują. To ja chyba poczułam podobnie nie mogąc rozładować napięcia wzbierającego we mnie od kilku dni.
Jaki morał z tej historii? Ano taki, że młodzi chłopcy są chyba delikatniejsi niż kiedyś, zgrywają takich, co lubią dominować, a potem okazuje się, że tak naprawdę marzą o wielkiej miłości. Natomiast drugi morał powinien być przestrogą dla wszystkich dziewczyn. Wygląda na to, że w nawet najbardziej oczywistej sytuacji nie możemy jasno powiedzieć, że mamy ochotę na seks. Panowie chyba nadal nie są w stanie zaakceptować równouprawnienia w wyrażaniu naszych potrzeb, nie wspominając już o tym, że miałybyśmy przejąć inicjatywę. Potwierdziło się to w przypadku kolejnego faceta i wyjaśniło dezercję jednego z poprzednich (to nie byli małolaci), ale to już inna historia...
ps. I pamiętajmy, że nie należy szczerze wyjawiać liczby partnerów, bo faceci nie są gotowi, by usłyszeć prawdę:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,16,129841757,129841757,Byli_partnerzy_co_sadzicie_.html
środa, 16 listopada 2011
Fidel C. de Izquierdas: Breslauer Parano
Sześć godzin w jedną, sześć w drugą, kilkanaście litrów płynów różnych na głowę, nocleg z niemieckim muzułmaninem w pokoju. Po co?
- Moglibyśmy przeprowadzić to postępowanie bez udziału oskarżonego, gdyby wezwanie zostało mu doręczone prawidłowo. Ale nie zostało. Podam państwu termin następnej rozprawy. Czwarty stycznia pasuje?
Dłużej czekaliśmy na zwrot kosztów podróży.
- Wiesz, jaki tam teraz ma miejsce tok rozumowania? - spytał Julio w dziesięć minut po wręczeniu pewnej uroczej blondynce wezwań i biletów kolejowych wskazując ruchem ręki na drzwi sekcji aresztowań wrocławskiego sądu rejonowego. - "Coś miałam zrobić, coś miałam... a chuj!".
- Nie, nie, spokojnie - powiedziała kolejne kilka minut później pewna kobieta wchodząc do wspominanego pokoju.
- A wiesz, o co teraz spytała tamta? - ja. - Niecierpliwią się już?
- Dobra. Prawie jedenasta, a my ciągle trzeźwi - stwierdziliśmy fakt po odebraniu w końcu pieniędzy. - Nie może być.
- Moglibyśmy przeprowadzić to postępowanie bez udziału oskarżonego, gdyby wezwanie zostało mu doręczone prawidłowo. Ale nie zostało. Podam państwu termin następnej rozprawy. Czwarty stycznia pasuje?
Dłużej czekaliśmy na zwrot kosztów podróży.
- Wiesz, jaki tam teraz ma miejsce tok rozumowania? - spytał Julio w dziesięć minut po wręczeniu pewnej uroczej blondynce wezwań i biletów kolejowych wskazując ruchem ręki na drzwi sekcji aresztowań wrocławskiego sądu rejonowego. - "Coś miałam zrobić, coś miałam... a chuj!".
- Nie, nie, spokojnie - powiedziała kolejne kilka minut później pewna kobieta wchodząc do wspominanego pokoju.
- A wiesz, o co teraz spytała tamta? - ja. - Niecierpliwią się już?
- Dobra. Prawie jedenasta, a my ciągle trzeźwi - stwierdziliśmy fakt po odebraniu w końcu pieniędzy. - Nie może być.
wtorek, 8 listopada 2011
Paco Haya Rodriquez: Jesień
Jesień, jesień, jesień. Czasami urokliwa, czasami denerwująca. Mnie osobiście drażni fakt skrobania szyb w mroźny jesienny poranek. Drażni fakt nadchodzącej zimy. Drażni fakt ciemnych mroźnych dni. No oczywiście, że są też plusy. Nie bardzo wiem jakie, ale na bank jakieś są.
Jesień to dla mnie czas pomysłów i zmian ze względu na wszędobylskie refleksje, które atakują moją szanowną łepetynę. Pomysłów jest bez liku, szczególnie gdy w morderczej walce we wsponianej łepetynie pojawia się muzyka. Każdy dzień przynosi jakiś nowy riff, tylko prób coś mało. Największy problem polega na tym, że jak nie ogram jakiegoś numeru to za sekundę go zapominam. Nie ukrywam, że utrudnia to trochę życie, ale jak wiadomo “życie to nie je bajka” więc kłody rzucać musi.
Muzyka jest tym co lubię, co chcę robić, więc mam nadzieję że zepniemy dupy i z końcem stycznia będzie demóweczka, myspace i inne fan pejdże.
Pocieszające jest też to, że wspomniany przeze mnie (kiedyś tam) Deaf Spoint, nagrał od nowa materiał, a ja zostałem zapytany czy zechcę znowu wydrzeć japę. Zgodziłem się bez większego marudzenia. A więc jesień przynosi zmiany codziennej monotonii i zaczyna się dziać. Cieszy mnie to.
PS Hanka Mostowiak nie żyje. Druzgocąca wiadomość. Jadąc 30 km/h przyjebała w puste kartony. Zmarła prawie na miejscu. Co teraz będzie z porozrzucanymi kartonami? Tego dowiemy się w kolejnych 10 odcinkach. Czy kartony będą opłakiwać Hankę?
PS2 A skoro o śmierci... HOT 10 CATRINAS do pobrania za free!! http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download W catrinas też szykują się zmiany!
Jesień by moolaba
Jesień to dla mnie czas pomysłów i zmian ze względu na wszędobylskie refleksje, które atakują moją szanowną łepetynę. Pomysłów jest bez liku, szczególnie gdy w morderczej walce we wsponianej łepetynie pojawia się muzyka. Każdy dzień przynosi jakiś nowy riff, tylko prób coś mało. Największy problem polega na tym, że jak nie ogram jakiegoś numeru to za sekundę go zapominam. Nie ukrywam, że utrudnia to trochę życie, ale jak wiadomo “życie to nie je bajka” więc kłody rzucać musi.
Muzyka jest tym co lubię, co chcę robić, więc mam nadzieję że zepniemy dupy i z końcem stycznia będzie demóweczka, myspace i inne fan pejdże.
Pocieszające jest też to, że wspomniany przeze mnie (kiedyś tam) Deaf Spoint, nagrał od nowa materiał, a ja zostałem zapytany czy zechcę znowu wydrzeć japę. Zgodziłem się bez większego marudzenia. A więc jesień przynosi zmiany codziennej monotonii i zaczyna się dziać. Cieszy mnie to.
PS Hanka Mostowiak nie żyje. Druzgocąca wiadomość. Jadąc 30 km/h przyjebała w puste kartony. Zmarła prawie na miejscu. Co teraz będzie z porozrzucanymi kartonami? Tego dowiemy się w kolejnych 10 odcinkach. Czy kartony będą opłakiwać Hankę?
PS2 A skoro o śmierci... HOT 10 CATRINAS do pobrania za free!! http://www.catrinas.pl/index.php?dzial=download W catrinas też szykują się zmiany!
Jesień by moolaba
środa, 26 października 2011
Fidel C. de Izquierdas: Geniokracja
Kościół katolicki jest bardzo wdzięczną instytucją, jeśli chodzi o zdobycie rozgłosu. Nie masz tematu – wal w kler. Wiem, próbowałem już dwa razy. Metodę zastosował też nie tak dawno Paco, medialna świnia. Chociaż ciężko stwierdzić, po co. Ten człowiek mógłby wrzucić na bloga link do pustej strony, a i tak osiągnąłby większą popularność niż cała reszta redakcji razem wzięta.
Tymczasem jest tyle innych znacznie bardziej interesujących religii niż wielokrotnie już pożarty i przetrawiony katolicyzm. Ot choćby taka mało inteligentna teoria inteligentnego projektu, jak raelianizm. Pewien francuski kabareciarz, co jest zresztą znaczące, Claude Maurice Marcel Vorilhon poinformował kiedyś ludzkość, że przybysze z kosmosu, którzy stworzyli życie na Ziemi, przylecieli się z nim zobaczyć. I w czasie pogawędki wytłumaczyli mu, jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło…
A zaczęło się dawno, dawno temu, za niezliczoną liczbą galaktyk i mgławic kosmicznych, kiedy to cywilizacja Elohim z nudów zaczęła eksperymentować i klonować co popadnie, a potem nawet tworzyć życie od podstaw. Że niektórym wydawało się to niebezpieczne, badania postanowiono kontynuować na jakimś Wielkim Zadupiu Wszechświata, czyli na Ziemi. Tak powstał człowiek.
Grup badaczy było kilka, a co grupa to osobny projekt. Projekty te porównywano na specjalnych konkursach. Większość wygrali Żydzi. Stąd ich przeświadczenie, że są narodem wybranym. Tylko nie wybranym przez Boga, a przez kosmiczne jury w międzygalaktycznym odpowiedniku programu „Mam Talent”.
A potem już się potoczyło. Ludzie wymknęli się spod kontroli, więc ich zbombardowano atomowym deszczem. Dobrze, że Noe na czas zdążył ewakuować po komórce każdej formy życia i uciec na orbitę. Dzięki temu mógł wrócić i odbudować cały ekosystem. Za to zupełnie niepotrzebnie niektórzy zaczęli później myśleć o zemście i gromadzić tajną broń w Sodomie i Gomorze.
W starożytnej historii Elohim ukazywali się wielokrotnie. Kiedy Jozue oblegał Jerycho, przybył mu z pomocą jakiś kosmiczny doradca wojenny, który skruszył mury przy pomocy skomplikowanego instrumentu strzelającego skoncentrowanymi falami ultradźwiękowymi kruszącymi beton, czyli tzw. trąby. Samson kontaktował się z nimi przy pomocy włosów. Włosy są bowiem naturalnymi antenkami pozwalającymi wysyłać myśli na odległość. Telepatia. Przecież to dlatego wśród późniejszych geniuszy (dodajmy do tego, że najczęściej żydowskich, bo Żyd to najsprawniejsza wersja człowieka) tylu ludzi nosiło długie włosy i bujny zarost. Nie trzeba chyba dodawać, że Jezus też był z nimi w stałym kontakcie. Oraz, że został przeszkolony „między innymi, w posługiwaniu się darem przekonywania, dzięki pewnej formie grupowej hipnozy telepatycznej” (cyt. z Claude Vorilhon „Raël”, Przekaz dany mi przez przybyszów z kosmosu).
Przy tym wszystkim raelianie mają swoje plusy. Na przykład zachęcają do zdrowego trybu życia, czyli niepicia i niepalenia. To jeszcze nie jest ten plus, ale do niego prowadzi. Bo robią to nie bez powodu. Tylko po to, żeby utrzymać swoje ciała w jak najlepszej kondycji. A to znowu po to, żeby móc się bzykać bez opamiętania. Bo przyjemność osiągana drogą fizyczną jest według nich podstawowym celem egzystencji.
Więcej, oni mają swoje postulaty polityczne. Chcą wprowadzić cenzus inteligencji. Rael, ich przywódca, dokładnie to wyliczył. Do rządu mają pójść ci, których IQ wynosi 50% powyżej przeciętnej. Podobnie czynne prawo wyborcze pozostawione ma być tym, którzy przekraczają średnią o 10%. Ma to pozwolić na stworzenie ustroju opartego na geniuszu, czyli geniokrację.
Jest coś wzruszającego w fakcie, jak bardzo niektórzy dążą do odsunięcia samych siebie od władzy.
Tymczasem jest tyle innych znacznie bardziej interesujących religii niż wielokrotnie już pożarty i przetrawiony katolicyzm. Ot choćby taka mało inteligentna teoria inteligentnego projektu, jak raelianizm. Pewien francuski kabareciarz, co jest zresztą znaczące, Claude Maurice Marcel Vorilhon poinformował kiedyś ludzkość, że przybysze z kosmosu, którzy stworzyli życie na Ziemi, przylecieli się z nim zobaczyć. I w czasie pogawędki wytłumaczyli mu, jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło…
A zaczęło się dawno, dawno temu, za niezliczoną liczbą galaktyk i mgławic kosmicznych, kiedy to cywilizacja Elohim z nudów zaczęła eksperymentować i klonować co popadnie, a potem nawet tworzyć życie od podstaw. Że niektórym wydawało się to niebezpieczne, badania postanowiono kontynuować na jakimś Wielkim Zadupiu Wszechświata, czyli na Ziemi. Tak powstał człowiek.
Grup badaczy było kilka, a co grupa to osobny projekt. Projekty te porównywano na specjalnych konkursach. Większość wygrali Żydzi. Stąd ich przeświadczenie, że są narodem wybranym. Tylko nie wybranym przez Boga, a przez kosmiczne jury w międzygalaktycznym odpowiedniku programu „Mam Talent”.
A potem już się potoczyło. Ludzie wymknęli się spod kontroli, więc ich zbombardowano atomowym deszczem. Dobrze, że Noe na czas zdążył ewakuować po komórce każdej formy życia i uciec na orbitę. Dzięki temu mógł wrócić i odbudować cały ekosystem. Za to zupełnie niepotrzebnie niektórzy zaczęli później myśleć o zemście i gromadzić tajną broń w Sodomie i Gomorze.
W starożytnej historii Elohim ukazywali się wielokrotnie. Kiedy Jozue oblegał Jerycho, przybył mu z pomocą jakiś kosmiczny doradca wojenny, który skruszył mury przy pomocy skomplikowanego instrumentu strzelającego skoncentrowanymi falami ultradźwiękowymi kruszącymi beton, czyli tzw. trąby. Samson kontaktował się z nimi przy pomocy włosów. Włosy są bowiem naturalnymi antenkami pozwalającymi wysyłać myśli na odległość. Telepatia. Przecież to dlatego wśród późniejszych geniuszy (dodajmy do tego, że najczęściej żydowskich, bo Żyd to najsprawniejsza wersja człowieka) tylu ludzi nosiło długie włosy i bujny zarost. Nie trzeba chyba dodawać, że Jezus też był z nimi w stałym kontakcie. Oraz, że został przeszkolony „między innymi, w posługiwaniu się darem przekonywania, dzięki pewnej formie grupowej hipnozy telepatycznej” (cyt. z Claude Vorilhon „Raël”, Przekaz dany mi przez przybyszów z kosmosu).
Przy tym wszystkim raelianie mają swoje plusy. Na przykład zachęcają do zdrowego trybu życia, czyli niepicia i niepalenia. To jeszcze nie jest ten plus, ale do niego prowadzi. Bo robią to nie bez powodu. Tylko po to, żeby utrzymać swoje ciała w jak najlepszej kondycji. A to znowu po to, żeby móc się bzykać bez opamiętania. Bo przyjemność osiągana drogą fizyczną jest według nich podstawowym celem egzystencji.
Więcej, oni mają swoje postulaty polityczne. Chcą wprowadzić cenzus inteligencji. Rael, ich przywódca, dokładnie to wyliczył. Do rządu mają pójść ci, których IQ wynosi 50% powyżej przeciętnej. Podobnie czynne prawo wyborcze pozostawione ma być tym, którzy przekraczają średnią o 10%. Ma to pozwolić na stworzenie ustroju opartego na geniuszu, czyli geniokrację.
Jest coś wzruszającego w fakcie, jak bardzo niektórzy dążą do odsunięcia samych siebie od władzy.
środa, 19 października 2011
Jordi de Bonos Esquellos: Zgadnij
- Zgadnij kto sędziuje dziś pierwszoligowy mecz.
- Yyy… nie wiem.
- Podpowiem Ci: biega tak, jakby go autobus potrącił.
I z miejsca wiedziałem. Dawno, dawno temu na studiach grałem w piłkę. Słabo, jak wszyscy. Nie miałem talentu, jak wszyscy. Jak co roku w naszych uczelnianych rozgrywkach brali udział zawodnicy grający dziś w ŁKS-ie, Górniku, czy Jagiellonii, a że poziomem nie przewyższali nas, piłkarskich kmiotków, nikogo nie dziwiło. Byli też sędziowie. Był taki jeden, co to biegał jak na wpół sparaliżowany, drukował, oszukiwał, kręcił, a na koniec podawał nam rękę z uśmiechem. Daję słowo, że nie było na uczelni osoby bardziej znienawidzonej. On był z Administracji i w meczach bezpośrednich zawsze dostawali od nas, Zarządzania, baty, ale tak sędziował pozostałe mecze, że zawsze wylądowali na pudle… Ot, przypadek.
Gdy więc usłyszałem, że mój były kolega sędziuje mecz Polonia – Górnik, natychmiast włączyłem telewizor i myślałem, że się spóźniłem. Była wszak 85. minuta. O, naiwny… spektakl dopiero się zaczynał. Górnik, w składzie z naszym uczelnianym kolegą Zahorskim, przegrywał i nic nie wskazywało na inny wynik. Wtedy po centrze z lewej strony środkowy napastnik zagrał ręką. Ewidentnie, cały stadion widział. Obrońcy po tym zagraniu podłubali w nosie, zapalili papieroska, opowiedzieli dowcip. Ręka to ręka. A sędzia uznał bramkę. Komentator długo mówił o skandalu, a zakończył zdaniem:
„Sędzia Krztoń opuścił stadion w towarzystwie ochrony udaremniającej lincz”.
- Yyy… nie wiem.
- Podpowiem Ci: biega tak, jakby go autobus potrącił.
I z miejsca wiedziałem. Dawno, dawno temu na studiach grałem w piłkę. Słabo, jak wszyscy. Nie miałem talentu, jak wszyscy. Jak co roku w naszych uczelnianych rozgrywkach brali udział zawodnicy grający dziś w ŁKS-ie, Górniku, czy Jagiellonii, a że poziomem nie przewyższali nas, piłkarskich kmiotków, nikogo nie dziwiło. Byli też sędziowie. Był taki jeden, co to biegał jak na wpół sparaliżowany, drukował, oszukiwał, kręcił, a na koniec podawał nam rękę z uśmiechem. Daję słowo, że nie było na uczelni osoby bardziej znienawidzonej. On był z Administracji i w meczach bezpośrednich zawsze dostawali od nas, Zarządzania, baty, ale tak sędziował pozostałe mecze, że zawsze wylądowali na pudle… Ot, przypadek.
Gdy więc usłyszałem, że mój były kolega sędziuje mecz Polonia – Górnik, natychmiast włączyłem telewizor i myślałem, że się spóźniłem. Była wszak 85. minuta. O, naiwny… spektakl dopiero się zaczynał. Górnik, w składzie z naszym uczelnianym kolegą Zahorskim, przegrywał i nic nie wskazywało na inny wynik. Wtedy po centrze z lewej strony środkowy napastnik zagrał ręką. Ewidentnie, cały stadion widział. Obrońcy po tym zagraniu podłubali w nosie, zapalili papieroska, opowiedzieli dowcip. Ręka to ręka. A sędzia uznał bramkę. Komentator długo mówił o skandalu, a zakończył zdaniem:
„Sędzia Krztoń opuścił stadion w towarzystwie ochrony udaremniającej lincz”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

