Od piątku niczym innym się nie zajmuję, tylko wyprowadzaniem kibiców ze stanów euforycznych, niechże i z Wami podzielę się uwagami.
Najpierw sportowo:
Grupa najsłabsza, fakt bezsporny. Z takiej grupy cieszyć się mogliby Niemcy, Hiszpanie, bo by ją na luzie wygrali i budowali formę. A my? Już zapomnieliśmy jak Cypryjczycy wpierdolili nam latem w El. LM? A raczej za zimno nie będzie w czerwcu. Ostatnio reprezentacyjnie jak było ciepło to graliśmy z Kamerunem, wcześniej Hiszpanią, pamięta ktoś wyniki? Oczywiście Franek wyciągnął wnioski, gra już z kontry i wydaje mi się, że z tej grupy wyjść można, nawet nie psim swędem, nawet po dobrej grze. Tylko potem trafiamy na silny zespół. I co? My tu się na piłce znamy, podziękujemy piłkarzom za ćwierćfinał, walkę i wielki sukces. A motłoch co powie?
„Z takiej grupy wyjść nie sukces, a pierwszy dobry zespół i już odpadamy, bo same pijaki, panie, a dwóch hazardzistów, a jeden narkoman, a i słyszałem, że kurwiarze, jak on tam panie, majdan.” (majdan/szczęsny/kurwiarz/profesjonał co to dla nich za różnica).
Wiem, że to brednie. Szkopuł w tym, że za motłoch uważam większość kibiców, większość działaczy, jednego prezesa i wszystkich dziennikarzy.
To był scenariusz optymistyczny, teraz trochę gorszy:
Z grupy nie wychodzimy.
Krzyżujemy się nawzajem. Piłkarze kibiców za brak wsparcia. Media piłkarzy, za grę po chuju. Trener media, za presję, a kibice trenera, za brak Wolskiego, bo pewnie by nas zbawił, co z tego, że Messi Argentyny nie zbawił.
Jesteśmy więc wszyscy ukrzyżowani. Jan Tomaszewski zostaje Pierwszym Macierewiczem Polskiej Piłki.
Media już od dziś zaczną pompować balon. Powstaną legendy o Lechu, Czech, Rusie i zapchlonym Albańczyku, który wynarodowił greckich filozofów. O Lewandowskim, synu Lecha, naszym bohaterze. I nasi piłkarze zwyczajnie tego nie uniosą. Tego się boję. Dlatego moi drodzy nastroje trzeba tonować. Wierzmy w wyjście z grupy i uznajmy to za sukces. Zaręczam Wam, że każdy lewy obrońca będzie umiał i przyjąć, i podać i nawet coś odebrać. A Wawrzyniak nie. Mierzmy siły na zamiary.
Osobną sprawą jest gospodarka. Hotelarze podcinają sobie żyły. Czesi przyjadą do Wrocławia samochodem, w dniu meczu, Grecy są podobno biedni, a Ruski i tak latają swoimi JumboJetami do Mikołajek na basen, to teraz polecą na Euro, wódka w samolocie, dupy w samolocie, nic nie kupią… No ale może Gdańsk i Poznań się nachapią.
I co, skomentujecie?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro2012. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 grudnia 2011
czwartek, 15 września 2011
Rodolfo Bardonado: Do you speak English?
W poprzedni czwartek zabrakło mnie na blogu. Powód prozaiczny – kolejny urlop. Tym razem zagraniczny w Barcelonie – mieście, które zawsze chciałem obejrzeć. Warto pojechać do takiego turystycznego molocha, bo przy całym urokliwym klimacie tego miasta jest to turystyczny moloch, by przekonać się o kilku rzeczach, których z perspektywy Polski nie widać. Przed zbliżającym się Euro2012 psioczymy, że taksówkarze, panie w kasach, policjanci itp. itd. nie potrafią mówić po angielsku. Jaki to będzie wstyd, jaki dramat, kiedy przyjadą do nas kibice i odbiją się od językowej ściany. Jak to zwykle w naszym kraju bijemy pianę podniecając się nie wiadomo czym.
Okazuje się, że w turystycznie rozwiniętej Hiszpanii, na nazywanym w przewodniku magicznym (nie wiem czemu) deptaku na ulicy La Rambla, też mało kto mówi po angielsku. Kelnerzy, taksówkarze. Ni w ząb. Ani słowa. Oczywiście są też tacy co trochę rozumieją, ale jeśli kogoś przerasta przyniesienie zamówienia: Dwie sangrie i dwie podwójne paelle to chyba jest kłopot. Kłopot jest także wtedy, gdy policjant nie potrafi pomóc, a taksówkarzowi nie sposób wytłumaczyć, że kurewsko ci się spieszy. Na szczęście można posiłkować się telefonem do mówiącej po hiszpańsku koleżanki. Niekiedy Polakom nie brakuje angielskiego, tylko mózgu. Bo jeśli turysta po angielsku, niemiecku czy francusku usiłuje o coś spytać i gestykuluje, trzeba spróbować zrozumieć o co mu chodzi, a nie coraz głośniej i wyraźniej mówić mu coś tam po polsku. Czasami wystarczy nieco życzliwości, a tej niemówiącym po angielsku Hiszpanom akurat nie brakowało. Może poza najgłupszym kelnerem świata – tym od paelli.
Oczywiście w Barcelonie nie zabrakło ciekawych wydarzeń, które mam nadzieję niebawem pojawią się na blogu, albo w kolejnym numerze Catrinas...
Okazuje się, że w turystycznie rozwiniętej Hiszpanii, na nazywanym w przewodniku magicznym (nie wiem czemu) deptaku na ulicy La Rambla, też mało kto mówi po angielsku. Kelnerzy, taksówkarze. Ni w ząb. Ani słowa. Oczywiście są też tacy co trochę rozumieją, ale jeśli kogoś przerasta przyniesienie zamówienia: Dwie sangrie i dwie podwójne paelle to chyba jest kłopot. Kłopot jest także wtedy, gdy policjant nie potrafi pomóc, a taksówkarzowi nie sposób wytłumaczyć, że kurewsko ci się spieszy. Na szczęście można posiłkować się telefonem do mówiącej po hiszpańsku koleżanki. Niekiedy Polakom nie brakuje angielskiego, tylko mózgu. Bo jeśli turysta po angielsku, niemiecku czy francusku usiłuje o coś spytać i gestykuluje, trzeba spróbować zrozumieć o co mu chodzi, a nie coraz głośniej i wyraźniej mówić mu coś tam po polsku. Czasami wystarczy nieco życzliwości, a tej niemówiącym po angielsku Hiszpanom akurat nie brakowało. Może poza najgłupszym kelnerem świata – tym od paelli.
Oczywiście w Barcelonie nie zabrakło ciekawych wydarzeń, które mam nadzieję niebawem pojawią się na blogu, albo w kolejnym numerze Catrinas...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
