Jechał z rehabilitacji. Operacja kolana miała miejsce już miesiąc temu, a on ciągle nie odzyskał sprawności w nodze. Do tego bolała, cholera, za każdym razem, kiedy wagonik metra szarpał zwalniając lub hamując. Jedną ręką trzymał się drążka, drugą nieudolnie próbował oprzeć się na kuli. Łydka pod gipsem swędziała.
Nagle jedna z kobiet niedaleko podniosła się z siedzenia. Szansa jak rzadko. Zerknął szybko na konkurentów. Dookoła czaiło się kilka starszych kobiet. Twarze zacięte, wrogie, ukształtowane przez lata bezpardonowej walki o prawo do minimum luksusu. Powinny mieć takie plakietki, podobne do tych, które wiszą na niektórych furtkach – pomyślał. Do wolnego miejsca dobiegam w cztery sekundy, a ty? Do tego obrazek wyszczerzonej sztucznej szczęki. Ruszył bez zastanowienia. Tylko jedna kobieta podjęła wyzwanie. Miał szczęście.
Z trudem przedzierał się przez tłum. Ona lawirowała z większą łatwością. Była bez obciążenia, z nogami znaczonymi czasem a nie skalpelem i determinacją co najmniej dorównującą jego. Wygrałaby. Ale on miał tajną broń.
- Panie, co pan! – wrzasnęła zbulwersowana, kiedy zagrodził jej drogę kulą. – Ja też chcę tu usiąść!
- I co z tego – warknął. – Ale ja jestem silniejszy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 listopada 2011
sobota, 5 listopada 2011
Alejandro Veraç: Jedyna ma miłość…
…to jest Legia! Ja kocham ją, a ona gra! Znowu poczułem się dumnym warszawiakiem. Pierdolę Grecję, niższe zarobki, jesienną deprechę, stojącą za rogiem przedświąteczną gorączkę i dwutygodniowy stan podgorączkowy! Jesteśmy w 1/16!
- Kurwa, bracia! Wszyscy kurwa razem! Jak tylko te kurwa pierdolone kurwa psy wyjdą, to jedziemy z takim kurwa jebnięciem, aż rzadka sraka pocieknie im kurwa po kolanach! Bracia kurwa, ten mecz przejdzie do kurwa historii! – zawył na pół godziny przed pierwszym gwizdkiem gniazdowy. I pojechaliśmy z Total Bestia Brutal. I czy się to podoba, czy nie, to trzeba zaakceptować pewne niecodzienne sformułowania, przestrzegać specyficznego kodeksu zachowań.
Ale to nadal taki w sumie niegroźny nałóg. Sądzę, że każdemu zestresowanemu codziennym życiem inteligentowi niezbędny jest jakiś katalizator, chwila beztroskiego odreagowania. Skaczę, śpiewam, tańczę i wiwatuję w jednobarwnym tłumie. Wszystkich łączy ta sama, bliżej niesprecyzowana idea, bo nie chodzi wcale o to by wygrać mecz, wynik jest na dalszym planie. Najważniejsza jest wspólnota myśli, uczuć i emocji, ta chwila zapomnienia, w której jesteśmy wszyscy razem.
Wpis ten dedykuję mojej ukochanej M., która, mimo iż całym sercem nienawidzi polskiej kopanej, wyciągnęła mnie na Ł3 oraz oświeconej części Catrinas Banda: Juliowi, Rodolfo i Jordiemu! Legia albo śmierć, Legia albo śmierć, podnieś głowę i zaciśnij pięść!
- Kurwa, bracia! Wszyscy kurwa razem! Jak tylko te kurwa pierdolone kurwa psy wyjdą, to jedziemy z takim kurwa jebnięciem, aż rzadka sraka pocieknie im kurwa po kolanach! Bracia kurwa, ten mecz przejdzie do kurwa historii! – zawył na pół godziny przed pierwszym gwizdkiem gniazdowy. I pojechaliśmy z Total Bestia Brutal. I czy się to podoba, czy nie, to trzeba zaakceptować pewne niecodzienne sformułowania, przestrzegać specyficznego kodeksu zachowań.
Ale to nadal taki w sumie niegroźny nałóg. Sądzę, że każdemu zestresowanemu codziennym życiem inteligentowi niezbędny jest jakiś katalizator, chwila beztroskiego odreagowania. Skaczę, śpiewam, tańczę i wiwatuję w jednobarwnym tłumie. Wszystkich łączy ta sama, bliżej niesprecyzowana idea, bo nie chodzi wcale o to by wygrać mecz, wynik jest na dalszym planie. Najważniejsza jest wspólnota myśli, uczuć i emocji, ta chwila zapomnienia, w której jesteśmy wszyscy razem.
Wpis ten dedykuję mojej ukochanej M., która, mimo iż całym sercem nienawidzi polskiej kopanej, wyciągnęła mnie na Ł3 oraz oświeconej części Catrinas Banda: Juliowi, Rodolfo i Jordiemu! Legia albo śmierć, Legia albo śmierć, podnieś głowę i zaciśnij pięść!
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Bustos Domecq: Dziwny jest ten świat
Do pracy dojeżdżam metrem. Z kilku powodów: przede wszystkim poruszanie się po centrum Warszawy w godzinach porannego szczytu katorgą samo w sobie, a jeśli do tego poruszacie się zielonym Matizem, to katorga łączy się z hańbą. I zostajecie skatowani, pohańbieni, i pewnie jeszcze trochę obici przez wybitnych rajdowców warszawskich (za nie wrzucanie kierunkowskazu przy zjeździe z ronda powinno się wykłuwać oczy). Wszystkiego tego mogę uniknąć wskakując do metra - jeździ często, spod samego domu do samego celu, może usiąść nie ma jak, może czasem przyjdzie stać obok przeuroczej z pewnością babci, która akurat dzisiaj na śniadanie musiała pożreć skrzynkę cebuli, ale za to sobie poczytam we względnym spokoju. Parę stacji, a człowiek jest kilka stron do przodu. Ktoś powie, że w samochodzie mógłbym sobie odpalić audiobooka, ale ten ktoś nie wie, że mój Matiz z elektroniki ma tylko światła, a i to spory sukces.
Niemniej przejażdżki metrem mają jeszcze inną zaletę (która czasem, jak w przypadku babci po cebuli, jest wadą): pozwalają bliżej obcować ze stołecznym społeczeństwem. I tak wysiadając na stacji Metro Świętokrzyska od tygodnia mniej więcej obserwuję, jak technologia wkrada się w nasze życie ukradkiem, jak ułatwia nam życie nie zawsze na styl życia wpływając. Bo zwykło się uważać, że rozwój technologii zmienia wszystko, że digitalizując każdy aspekt naszego życia stajemy się mniej lub bardziej ludzcy, mniej lub bardziej sprawni intelektualnie, mniej lub bardziej towarzyscy - tak czy inaczej: inni.
A tu proszę, siedzi grajek uliczny. Siedzi tak, jak siedział Maleńczuk w Krakowie i jak siadał Gienek Loska we Wrocławiu czy w Warszawie, kiedy się zmęczył (bo ten gra stojąc). Siedzi i gra. Gra jak to uliczny grajek: średnio i w dodatku marne kawałki. Dzisiaj szło Lady Pank - niby klasyk, ale jaki rock takie klasyki... Wygląda też zupełnie jak uliczny grajek: wyciągnięty T-shirt, który pamięta pewnie niejeden Jarocin i niejednego Komandosa, długie, wciśnięte za ucho, lekko nieświeże włosy, dżiny, trampy - pełny zestaw. Do tego gitara - Defil z naciągniętym na gryf czymś, co pamięta jeszcze czasy sprzed nylonu - może to być kocie jelito, a może być to absolutnie cokolwiek, w każdym razie i tak zagłusza głos naszego grajka, który ginie w dźwiękach rypania palcami o półgluche pudło rezonansowe - bardzo to perkusja niż gitara.
I tak sobie siedzi jakby siedział tam od dwudziestu lat, gra te kawałki, które grali wszyscy inni z jego gatunku, można by rzecz, że świat stanął w miejscu, że zapomniał o ulicznych grajkach, gdyby nie jeden detal. Stos kartek śpiewnika lub - w przypadku tych lepiej zorganizowanych - pulpitów z tekstami i nutami/chwytami, zastąpił sobie nasz rezolutny grajek wyświetlaczem, LCD na statywie. Niby nic, a jest coś przewrotnego w tym, że punkowa kontestacja może sięgnąć po jakieś krawaciarskie szataństwo i użyć do własnych celów.
Ps.: taki tablet można też wykorzystać do poczytania nowego numeru CATRINAS w przerwach między Lombardem a Oddziałem Zamkniętym. Więc jeśli akurat w tej chwili przypadkowo siedzicie pod Metrem Świętokrzyska i dajecie odpocząć obolałym palcom, wejdźcie na www.catrinas.pl i pobierzcie sobie świeży numer szósty!
Niemniej przejażdżki metrem mają jeszcze inną zaletę (która czasem, jak w przypadku babci po cebuli, jest wadą): pozwalają bliżej obcować ze stołecznym społeczeństwem. I tak wysiadając na stacji Metro Świętokrzyska od tygodnia mniej więcej obserwuję, jak technologia wkrada się w nasze życie ukradkiem, jak ułatwia nam życie nie zawsze na styl życia wpływając. Bo zwykło się uważać, że rozwój technologii zmienia wszystko, że digitalizując każdy aspekt naszego życia stajemy się mniej lub bardziej ludzcy, mniej lub bardziej sprawni intelektualnie, mniej lub bardziej towarzyscy - tak czy inaczej: inni.
A tu proszę, siedzi grajek uliczny. Siedzi tak, jak siedział Maleńczuk w Krakowie i jak siadał Gienek Loska we Wrocławiu czy w Warszawie, kiedy się zmęczył (bo ten gra stojąc). Siedzi i gra. Gra jak to uliczny grajek: średnio i w dodatku marne kawałki. Dzisiaj szło Lady Pank - niby klasyk, ale jaki rock takie klasyki... Wygląda też zupełnie jak uliczny grajek: wyciągnięty T-shirt, który pamięta pewnie niejeden Jarocin i niejednego Komandosa, długie, wciśnięte za ucho, lekko nieświeże włosy, dżiny, trampy - pełny zestaw. Do tego gitara - Defil z naciągniętym na gryf czymś, co pamięta jeszcze czasy sprzed nylonu - może to być kocie jelito, a może być to absolutnie cokolwiek, w każdym razie i tak zagłusza głos naszego grajka, który ginie w dźwiękach rypania palcami o półgluche pudło rezonansowe - bardzo to perkusja niż gitara.
I tak sobie siedzi jakby siedział tam od dwudziestu lat, gra te kawałki, które grali wszyscy inni z jego gatunku, można by rzecz, że świat stanął w miejscu, że zapomniał o ulicznych grajkach, gdyby nie jeden detal. Stos kartek śpiewnika lub - w przypadku tych lepiej zorganizowanych - pulpitów z tekstami i nutami/chwytami, zastąpił sobie nasz rezolutny grajek wyświetlaczem, LCD na statywie. Niby nic, a jest coś przewrotnego w tym, że punkowa kontestacja może sięgnąć po jakieś krawaciarskie szataństwo i użyć do własnych celów.
Ps.: taki tablet można też wykorzystać do poczytania nowego numeru CATRINAS w przerwach między Lombardem a Oddziałem Zamkniętym. Więc jeśli akurat w tej chwili przypadkowo siedzicie pod Metrem Świętokrzyska i dajecie odpocząć obolałym palcom, wejdźcie na www.catrinas.pl i pobierzcie sobie świeży numer szósty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
