Rachunek był prosty. I zrównoważony. Jedenastu radnych z koalicji, jedenastu z opozycji i jeden radny, który wywodzi się z koalicji, ale przeszedł do opozycji. Z tym, że nie wiadomo czy jego mandat już wygasł, czy jeszcze nie. Sprawa utknęła w sądzie.
Obrady zwołano w gimnazjum. Pierwsza jedenastka zajęła swoje miejsca. Druga jedenastka, z jednym graczem rezerwowym, również. Dwadzieścia metrów dalej. W ratuszu. Akcja toczy się więc tyleż wartko, co równolegle. Czekają. Napięcie narasta.
Pół godziny później wszystko ulega samoistnemu rozwiązaniu. Sesja rady dzielnicy się nie odbędzie – informuje przewodnicząca. Czemu? – pytają zdezorientowani goście. Jak to czemu? – dziwi się przewodnicząca. Przecież opozycja nie przyszła. Nie ma kworum.
Goście przechodzą do ratusza. Opozycja siedzi i czeka na koalicję. Czytelnik już to wie – daremno.
Rozwiązanie powyższego zadania z treścią nie jest zapewne nawet w połowie tak skomplikowane, jak wytłumaczenie, które twórcy serialu BBC zaserwują widzom, gdy uznają już za stosowne wskrzesić Sherlocka. Z drugiej strony nie jest aż tak banalne, jak test Einsteina. Były radny koalicji, aktualny nie-wiadomo-czy-radny opozycji, został jakiś czas temu skazany za pedofilię (sic!). I nie może się zbliżać do placówek edukacyjnych, bo go zwyczajnie zamkną. W ten sposób koalicja, która ma w radzie mniejszość, ma też przewodniczącą. Bo nie ma jej jak odwołać. Proste.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rada dzielnicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rada dzielnicy. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 marca 2012
środa, 22 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Rada radzi: akt drugi
Starszawa kobieta w beżowym płaszczu siedziała na samym skraju umiejscowionej w korytarzu niewielkiej kanapy. Była widocznie zdenerwowana. Czekała aż znajdujący się za ścianą radni przejdą w końcu do wolnych wniosków i będzie mogła wejść do nich i wyłuszczyć im swoją sprawę. A właściwie nawet nie im. Do nich, a dokładniej do tej młodej dziewczyny, już napisała. Wszystko wytłumaczyła. Że mieszka na Włodarzewskiej, że pod nią wprowadzili się jacyś Arabowie, że mięso smażą i w całym bloku śmierdzi. Ale ewidentnie ją zignorowano. Potraktowano niepoważnie. Nie, do radnych nie miała już zaufania. Przyszła tutaj, ponieważ jej powiedziano, że na dzisiejszym spotkaniu komisji zastanie naczelnika straży miejskiej. To jemu chciał się wyżalić.
- Może pani wejść – powiedziała dziewczyna otwierając drzwi.
Miała na sobie czarną bluzkę z głębokim dekoltem i ażurowymi rękawami. Kobieta wzdrygnęła się na ten widok. Kto to słyszał, żeby tak się nosić. Wstała i ze skromnie spuszczonym wzrokiem weszła do sali.
- Powiem pani tak – naczelnik straży miejskiej kończył właśnie tłumaczyć coś przewodniczącej komisji. – Z twardymi kupami damy sobie radę, ze sraczką będzie trudniej, a o szczynach w ogóle możemy zapomnieć.
Kobieta popatrzyła na niego lekko zmieszana i zajęła wskazane jej miejsce.
- Słuchamy panią – zachęciła ją przewodnicząca.
- Mieszkam na Włodarzewskiej od czternastu lat – zaczęła. – I do tej pory było, no, znośnie. Aż do sierpnia. Wtedy do mieszkania poniżej wprowadzili się Palestyńczycy. I rozpoczął się koszmar. Bo oni smażą mięso! W przyprawach! – dramatycznie zawiesiła głos.
- Słuchamy dalej – wydusiła z siebie przewodnicząca dzielnie walcząca o zachowanie kamiennej twarzy.
- To – kobieta potoczyła wzrokiem po zebranych – powoduje straszne powietrze!
- Morowe – rzucił jakiś chłopak siedzący nieco z boku i wpatrujący się intensywnie w hipnotyzująco nieprzyzwoitą bluzkę najmłodszej radnej.
- Wszystko – kobieta nie dała się zbić z tropu – jest przesiąknięte tym zapachem! Właścicieli nie ma, wyjechali za granicę. Pełnomocnicy nie interesują się powierzonym im mieszkaniem. Czy nie byłoby jakiejś możliwości, żeby eksmitować tych najemników? – zwróciła się do mężczyzny po swojej lewej. Tego samego, który dwa miesiące wcześniej zwymyślał ją od głupich bab i rasistek i pytał retorycznie pod jej nieobecność, jak czują się Palestyńczycy, kiedy ona gotuje bigos.
- Proszę pani – do rozmowy w końcu włączył się naczelnik straży miejskiej. – Czy ma pani wiedzę na temat tego, czy oni gotują tylko dla siebie, czy również dla innych?
- Dla innych też! – podchwyciła kobieta. – Bo wie pan, oni są z jakiejś organizacji!
- Hamas! – wyrwało się chłopakowi, który natychmiast zakrył usta dłońmi i odwrócił się do okna próbując uspokoić rozszalałą wyobraźnię.
Kobieta popatrzyła na niego lekko zdegustowana. Zaczynała mieć niejasne wrażenie, że się z niej tutaj kpi.
- Powiedziałam to nawet kiedyś w administracji, ale wtedy te inne osoby nagle przestały przychodzić. Oni – wyszeptała konspiracyjnie – mają informatora.
- Proszę pani – naczelnik westchnął ciężko. – Powiem pani tak. Wszystko co dotyczy zapachów, hałasu i, dodałbym, gwałtów jest trudno mierzalne. To bardzo osobista kwestia. Chyba niewiele możemy tu zrobić. Zresztą, myśli pani, że pani ma problem? Słyszałem o gorszych przypadkach. O śmieciach niewynoszonych z mieszkań i sięgających lamperii. Aż sufity zaczynają gnić! W betonowych blokach! Ponoć na Grochowie jest taki przypadek.
- Może pani wejść – powiedziała dziewczyna otwierając drzwi.
Miała na sobie czarną bluzkę z głębokim dekoltem i ażurowymi rękawami. Kobieta wzdrygnęła się na ten widok. Kto to słyszał, żeby tak się nosić. Wstała i ze skromnie spuszczonym wzrokiem weszła do sali.
- Powiem pani tak – naczelnik straży miejskiej kończył właśnie tłumaczyć coś przewodniczącej komisji. – Z twardymi kupami damy sobie radę, ze sraczką będzie trudniej, a o szczynach w ogóle możemy zapomnieć.
Kobieta popatrzyła na niego lekko zmieszana i zajęła wskazane jej miejsce.
- Słuchamy panią – zachęciła ją przewodnicząca.
- Mieszkam na Włodarzewskiej od czternastu lat – zaczęła. – I do tej pory było, no, znośnie. Aż do sierpnia. Wtedy do mieszkania poniżej wprowadzili się Palestyńczycy. I rozpoczął się koszmar. Bo oni smażą mięso! W przyprawach! – dramatycznie zawiesiła głos.
- Słuchamy dalej – wydusiła z siebie przewodnicząca dzielnie walcząca o zachowanie kamiennej twarzy.
- To – kobieta potoczyła wzrokiem po zebranych – powoduje straszne powietrze!
- Morowe – rzucił jakiś chłopak siedzący nieco z boku i wpatrujący się intensywnie w hipnotyzująco nieprzyzwoitą bluzkę najmłodszej radnej.
- Wszystko – kobieta nie dała się zbić z tropu – jest przesiąknięte tym zapachem! Właścicieli nie ma, wyjechali za granicę. Pełnomocnicy nie interesują się powierzonym im mieszkaniem. Czy nie byłoby jakiejś możliwości, żeby eksmitować tych najemników? – zwróciła się do mężczyzny po swojej lewej. Tego samego, który dwa miesiące wcześniej zwymyślał ją od głupich bab i rasistek i pytał retorycznie pod jej nieobecność, jak czują się Palestyńczycy, kiedy ona gotuje bigos.
- Proszę pani – do rozmowy w końcu włączył się naczelnik straży miejskiej. – Czy ma pani wiedzę na temat tego, czy oni gotują tylko dla siebie, czy również dla innych?
- Dla innych też! – podchwyciła kobieta. – Bo wie pan, oni są z jakiejś organizacji!
- Hamas! – wyrwało się chłopakowi, który natychmiast zakrył usta dłońmi i odwrócił się do okna próbując uspokoić rozszalałą wyobraźnię.
Kobieta popatrzyła na niego lekko zdegustowana. Zaczynała mieć niejasne wrażenie, że się z niej tutaj kpi.
- Powiedziałam to nawet kiedyś w administracji, ale wtedy te inne osoby nagle przestały przychodzić. Oni – wyszeptała konspiracyjnie – mają informatora.
- Proszę pani – naczelnik westchnął ciężko. – Powiem pani tak. Wszystko co dotyczy zapachów, hałasu i, dodałbym, gwałtów jest trudno mierzalne. To bardzo osobista kwestia. Chyba niewiele możemy tu zrobić. Zresztą, myśli pani, że pani ma problem? Słyszałem o gorszych przypadkach. O śmieciach niewynoszonych z mieszkań i sięgających lamperii. Aż sufity zaczynają gnić! W betonowych blokach! Ponoć na Grochowie jest taki przypadek.
środa, 11 stycznia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Rada radzi
- Dobrze – wzdycha przewodnicząca komisji rady dzielnicy, starsza kobieta dzielnie próbująca opanować żywioł – to umawiamy się, że najbliższa komisja wyjściowa, połączona ze zdrowiem i kulturą odbędzie się w TPD na Baśniowej, szóstego lutego.
- To tam na Częstochowskiej? – pyta mężczyzna po jej lewej, jeden z dwóch w komisji, w której panuje nietypowy parytet dwa do trzech. Komisja nie jest duża.
- Nie – przewodnicząca jest rozbita już na samym początku posiedzenia. – Mówię przecież, że na Baśniowej!
- TPD? – odzywa się młoda dziewczyna odrywając się na chwilę od rozmowy z inną radną, której pokazywała nową teczkę na dokumenty. – To chyba jest na Częstochowskiej?
- Na Baśniowej! – nie poddaje się przewodnicząca. – Jest na Baśniowej!
- Eee… - powątpiewa ta, która oglądała teczkę. – Chyba nie na Baśniowej, tylko na Białobrzeskiej.
- Na Białobrzeskiej! – przewodnicząca widocznie blednie. – Masz rację! Oficjalny adres jest inny, tylko wchodzi się od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej – upiera się mężczyzna po jej lewej.
- Białobrzeska 19? – zastanawia się dziewczyna.
- Nie – ta obok niej kręci głową. – To chyba jakiś parzysty numer był.
- To kiedy to spotkanie? – włącza się w końcu drugi mężczyzna, zajmując miejsce przy okrągłym stole.
- Szóstego lutego – powtarza przewodnicząca.
- To może damy radę do tego czasu ustalić miejsce spotkania? – dziwi się.
- Miejsce jest ustalone – warczy przewodnicząca. – Widzimy się w TPD na Baśniowej, tfu na Białobrzeskiej z wejściem od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej! – wcina się pierwszy mężczyzna.
- A następna komisja wyjściowa? – zastanawia się ten, który dopiero co przyszedł.
- Za tydzień – mówi przewodnicząca.
- Czyli? - dziewczyna i jej koleżanka pytają unisono. Pytanie okazuje się mniej absurdalne niż można by przypuszczać.
- We wrześniu – odpowiada przewodnicząca.
- Za tydzień, czyli we wrześniu – upewnia się pierwszy mężczyzna. – Jeszcze trochę tu posiedzimy i opanujemy kalendarz alternatywny.
- Czy to jest przynajmniej tydzień, w którym mamy komisję? – pyta koleżanka dziewczyny z teczką.
- No właśnie mówię, że nie – przewodnicząca odkrywa przed zebranymi swój tok myślowy. – Jest tydzień po naszej komisji we wrześniu. To jakiś problem?
- Jesień – wzdycha tamta. – Grzyby.
- Czy możemy już wreszcie przejść do porządku obrad? – irytuje się przewodnicząca. – Mamy coś na dziś?
- Ja mam – dziewczyna od teczki podnosi rękę. – Przyszła do mnie na dyżur pewna kobieta ze skargą, że w bloku, w którym mieszka, jacyś cudzoziemcy smażą coś na grillu.
- Cudzoziemcy? – interesuje się koleżanka. – Wietnamczycy?
- Raczej nie – dziewczyna kręci głową. – Ponoć budują meczet, to chyba jacyś muzułmanie. Arabowie.
- Grilla robią? – nie może uwierzyć spóźniony mężczyzna. – Ale tradycyjnego czy elektrycznego? Bo jeśli elektrycznego, to nic im nie można zrobić.
- Elektrycznego – dziewczyna kiwa smutno głową. – Ona twierdzi, że jej śmierdzi. Domaga się spotkania z naczelnikiem straży miejskiej.
- A jak ona bigos gotuje, to jej nie śmierdzi? – irytuje się pierwszy mężczyzna. – To jakaś głupia baba… – facet orientuje się w składzie komisji. – Rasistka jakaś! Z naczelnikiem straży miejskiej! – prycha.
- To co możemy zrobić? – pyta bezradnie dziewczyna.
- Sprawdzić czy nie smażą wieprzowiny – rzuca przewodnicząca.
- To tam na Częstochowskiej? – pyta mężczyzna po jej lewej, jeden z dwóch w komisji, w której panuje nietypowy parytet dwa do trzech. Komisja nie jest duża.
- Nie – przewodnicząca jest rozbita już na samym początku posiedzenia. – Mówię przecież, że na Baśniowej!
- TPD? – odzywa się młoda dziewczyna odrywając się na chwilę od rozmowy z inną radną, której pokazywała nową teczkę na dokumenty. – To chyba jest na Częstochowskiej?
- Na Baśniowej! – nie poddaje się przewodnicząca. – Jest na Baśniowej!
- Eee… - powątpiewa ta, która oglądała teczkę. – Chyba nie na Baśniowej, tylko na Białobrzeskiej.
- Na Białobrzeskiej! – przewodnicząca widocznie blednie. – Masz rację! Oficjalny adres jest inny, tylko wchodzi się od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej – upiera się mężczyzna po jej lewej.
- Białobrzeska 19? – zastanawia się dziewczyna.
- Nie – ta obok niej kręci głową. – To chyba jakiś parzysty numer był.
- To kiedy to spotkanie? – włącza się w końcu drugi mężczyzna, zajmując miejsce przy okrągłym stole.
- Szóstego lutego – powtarza przewodnicząca.
- To może damy radę do tego czasu ustalić miejsce spotkania? – dziwi się.
- Miejsce jest ustalone – warczy przewodnicząca. – Widzimy się w TPD na Baśniowej, tfu na Białobrzeskiej z wejściem od Baśniowej.
- Od Częstochowskiej! – wcina się pierwszy mężczyzna.
- A następna komisja wyjściowa? – zastanawia się ten, który dopiero co przyszedł.
- Za tydzień – mówi przewodnicząca.
- Czyli? - dziewczyna i jej koleżanka pytają unisono. Pytanie okazuje się mniej absurdalne niż można by przypuszczać.
- We wrześniu – odpowiada przewodnicząca.
- Za tydzień, czyli we wrześniu – upewnia się pierwszy mężczyzna. – Jeszcze trochę tu posiedzimy i opanujemy kalendarz alternatywny.
- Czy to jest przynajmniej tydzień, w którym mamy komisję? – pyta koleżanka dziewczyny z teczką.
- No właśnie mówię, że nie – przewodnicząca odkrywa przed zebranymi swój tok myślowy. – Jest tydzień po naszej komisji we wrześniu. To jakiś problem?
- Jesień – wzdycha tamta. – Grzyby.
- Czy możemy już wreszcie przejść do porządku obrad? – irytuje się przewodnicząca. – Mamy coś na dziś?
- Ja mam – dziewczyna od teczki podnosi rękę. – Przyszła do mnie na dyżur pewna kobieta ze skargą, że w bloku, w którym mieszka, jacyś cudzoziemcy smażą coś na grillu.
- Cudzoziemcy? – interesuje się koleżanka. – Wietnamczycy?
- Raczej nie – dziewczyna kręci głową. – Ponoć budują meczet, to chyba jacyś muzułmanie. Arabowie.
- Grilla robią? – nie może uwierzyć spóźniony mężczyzna. – Ale tradycyjnego czy elektrycznego? Bo jeśli elektrycznego, to nic im nie można zrobić.
- Elektrycznego – dziewczyna kiwa smutno głową. – Ona twierdzi, że jej śmierdzi. Domaga się spotkania z naczelnikiem straży miejskiej.
- A jak ona bigos gotuje, to jej nie śmierdzi? – irytuje się pierwszy mężczyzna. – To jakaś głupia baba… – facet orientuje się w składzie komisji. – Rasistka jakaś! Z naczelnikiem straży miejskiej! – prycha.
- To co możemy zrobić? – pyta bezradnie dziewczyna.
- Sprawdzić czy nie smażą wieprzowiny – rzuca przewodnicząca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
