niedziela, 11 marca 2012

piątek, 9 marca 2012

Antonimo Gallus: Martin Eden, który się nie poddał

Między smutnymi bezlistnymi drzewami - co nie szumią, błąka się starszy Pan.
Przykuł mój wzrok, gdy bacznie przyglądał się dupce starej oliwkowej Carismy. Myślałem, że zaglądał przez tylną szybę do środka - Co by tu zapierdolić, myśląc.

On jednak zakpił z moich myśli i powolnym majestatycznym krokiem zszedł z chodnika. Szedł drogą wolności przez błoto i źdźbła trawy. Robił kilka kroków i przystawał. Patrzył na gołębie. Starszy pan na gołębie patrzył. Na sobie miał gruby granatowy płaszcz, wyglądał jak stary bosman. Żeglarz życia. Siwy, gęsty, gruby włos wystawał mu spod głęboko nasadzonej czapy. Na skórzanym rzemieniu błyszczała gustowna skórzana torba. Taki był...

Miał w sobie dostojeństwo Araratu. 36 widoków na górę Fudżi, prostotę Hokusaiego...
Widział krzywe lotu ptaków. Zarysy kształtów Mitsubishi poprawiał w głowie - niczym Stary Szogun designu.
Tańczył bez muzyki, lecz z wilkami.
Idę o zakład, że cytowałby Maxa Webera i Spinozę z równą lekkością.

Dokąd idziesz wędrowcze? Kim jesteś Wilku Stepowy?

Zapragnąłem zbiec na dół i poczęstować go ostatnim papierosem.
Może on wie, o chuj chodzi w niedokończonym "Zamku" Kafki?

On... Martin Eden, który się nie poddał.

czwartek, 8 marca 2012

Rodolfo Bardonado: Wójtówka - wódka od wójta

Rzadko zdarza mi się rozmawiać dłużej z przedstawicielami władzy, nawet samorządowej. Tym bardziej przy wódce. Ostatnio się udało. W niewielkiej górskiej miejscowości miałem przyjemność biesiadować w miniony weekend. Oglądaliśmy sobie skoki narciarskie, popijaliśmy wiśniówkę i rozmawialiśmy. Niespodziewanie do naszego grona dołączyła wójtowa, a później wójt wracający ze spotkania z radą sołecką. Niestety flaszka się skończyła, a wszyscy byli już wypici. Co robić? Wójt zaoferował pomoc. Pojechał do sklepu i nabył dwie półlitrówki przedniej orzechówki. Później z euforią rozprawialiśmy wszyscy o planach, pomysłach i innych tego typu sprawach dotyczących rozwoju gminy. Potem przeszliśmy płynnie do ziołolecznictwa i zielarstwa, by na koniec przejść na temat nalewek. Wieczór upłynął przy trzaskającym w kominku drewnie, w miłej atmosferze, a rano można było spokojnie iść na narty.

Dodam, że wójt jest bezpartyjny, pochodzi z miejscowości, w której pracuje, ma spore doświadczenie samorządowe a w klapie marynarki nosi znaczek FC Barcelony. Jak dla mnie całkiem nieźle.

środa, 7 marca 2012

Fidel C. de Izquierdas: Mniejsza o większość

Rachunek był prosty. I zrównoważony. Jedenastu radnych z koalicji, jedenastu z opozycji i jeden radny, który wywodzi się z koalicji, ale przeszedł do opozycji. Z tym, że nie wiadomo czy jego mandat już wygasł, czy jeszcze nie. Sprawa utknęła w sądzie.

Obrady zwołano w gimnazjum. Pierwsza jedenastka zajęła swoje miejsca. Druga jedenastka, z jednym graczem rezerwowym, również. Dwadzieścia metrów dalej. W ratuszu. Akcja toczy się więc tyleż wartko, co równolegle. Czekają. Napięcie narasta.

Pół godziny później wszystko ulega samoistnemu rozwiązaniu. Sesja rady dzielnicy się nie odbędzie – informuje przewodnicząca. Czemu? – pytają zdezorientowani goście. Jak to czemu? – dziwi się przewodnicząca. Przecież opozycja nie przyszła. Nie ma kworum.

Goście przechodzą do ratusza. Opozycja siedzi i czeka na koalicję. Czytelnik już to wie – daremno.

Rozwiązanie powyższego zadania z treścią nie jest zapewne nawet w połowie tak skomplikowane, jak wytłumaczenie, które twórcy serialu BBC zaserwują widzom, gdy uznają już za stosowne wskrzesić Sherlocka. Z drugiej strony nie jest aż tak banalne, jak test Einsteina. Były radny koalicji, aktualny nie-wiadomo-czy-radny opozycji, został jakiś czas temu skazany za pedofilię (sic!). I nie może się zbliżać do placówek edukacyjnych, bo go zwyczajnie zamkną. W ten sposób koalicja, która ma w radzie mniejszość, ma też przewodniczącą. Bo nie ma jej jak odwołać. Proste.

wtorek, 6 marca 2012

Paco Haya Rodriquez: Dziewczyny szanujcie się!

Uwielbiam żreć. Żarcie to jeden z niewielu tak oczywistych celów w życiu. Żryć trzeba. Każdy musi, więcej lub mniej, ale musi. Przede wszystkim piszę do dziewczyn! Pamiętajcie: facet nie pies, na kości nie leci! Nasza szkapa to tylko książka. Każda szanująca się niewiasta musi mieć cycki i bioderka!

Paco Haya Rodriquez: Ukiszony motherfucker, czyli słowo o słoiku
Parę dni temu zmagałem się jak czołg z okopami, ze zwykłym słoikiem ogórów! Tak, ze zwykłym słoikiem! Nie było w historii świata słoika, który opierał mi się dłużej niż 27 sekund! Każdy się poddawał, aż tu nagle ten jeden... jedyny! Stukałem o blat, o podłogę, zalałem łazęgę wrzątkiem, a ten dalej nic. No co za skur...syn! Obiecałem sobie, że nie będzie wróg pluł nam w twarz i poza jedzeniem – otwarcie tego właśnie szklanego potwora – stało się moim nowym celem w życiu. Chwilę później przegrał prawie tak samo jak Rosjanie pod Racławicami! Z dumą spojrzałem mu w wieko! Wsadziłem mu rękę w gardziel prawie po łokieć. I wyjąłem tego jednego, upragnionego... Rok temu zakisiłem ogóra, a teraz właśnie się nim zajadam. Pycha!

Zapychając pysk ogórami, przepowiadam wam przeto, że idzie wiosna! Będzie można zbędne kalorie spalić w terenie! A do tego polecam wam rower! W środku maja wybieram się w Beskidy, skatować siebie, nadmiar tłuszczu a przede wszystkim rower! Niech nam będzie dane! Miesiąc później udam się na miesięczny urlop od życia, ale do niego jeszcze całe 102 dni. Poczekam. Perspektywa plaż, palm, białego piasku i ciepłego oceanu... jest czekania warta.

poniedziałek, 5 marca 2012

Bustos Domecq: Golasy

Stali pod McDonladem na Marszałkowskiej, przy tych małych drzwiczkach przed które nigdy nie można się przecisnąć i przez które wchodzą tylko bezdomni żeby się ogrzać lub kupić obrzydliwą kawę za zardzewiałe miedziaki. Na zewnątrz było zimno; mimo ciepłego, słonecznego dnia wieczorem pizgało czystym złem, prawie jak w Suwałkach. Obaj byli starzy, obaj wyglądali żałośnie choć dziarsko, każdy na swój sposób. Pierwszy musiał dopiero co wyjść - stał w końcu plecami do drzwi w samym progu, jakby chciał zaanektować na własność całą najpodlejszą wołowinę w Warszawie. Był przygarbiony, ale nie tak modnie, jak te banany z olbrzymimi słuchawkami przy malutkich odtwarzaczach - w łopatkach, tylko po staroświecku: w połowie pleców. Do tego stopnia, że żeby spojrzeć w oczy swojemu wyprostowanemu i wyższemu rozmówcy musiał odchylać się do tyłu w samych kolanach. Drugi - jako się rzekło - stał na ziemi nieco pewniej, choć równie niepotrzebnie. Tęgawy choć nie gruby, wyższy choć nie wysoki, młodszy - lecz niemłody. Przystanąłem na chwilę, mimo wiatru i wszechogarniającej chujowizny, żeby posłuchać o czym mówią.

Musieli rozmawiać już chwilę, może nawet dłuższą, trafiłem w każdym razie w środek dyskusji. Ten wyższy mówił:

- ... a tam panie, a sweter? Niech pan spojrzy na ten sweter. Każdy wie, że pod płaszczem - tu zdjął płaszcz, z tych beżowych z futerkiem, wytarty i sponiewierany - musi być sweter. Nie, żeby mi było ciepło, ale sweter musi być. O proszę: dobra wełna, trochę łatana, za to prawdziwa wełna. Niech pan dotknie. A wewnątrz jeszcze lepszy, sam pan oceni - zdjął sweter i podał towarzyszowi.

Ten docenił zalety materiały, choćby i starego, zmechaconego, przez mole pożartego - ale przecież naturalnego i godnego lepszych zastosowań.

- Sweter, panie kochany, pan mówisz: sweter. A cóż ja? Jakie ja, panie, mam kalesony, niech pan powie! - podniósł pokracznie nogę, co z tym całym garbem w połowie pleców było mniej zabawne, niż zwyczajnie niebezpieczne. - Proszę: cienkie jak gazeta! Bielizna nie lepsza, poprzecierana, wyświecona, aż wstyd.

Trwało to chwilę. Ściągali jedna po drugiej warstwa po warstwie, ubranie się pruło, kruszyło, rozpadało w rękach. Strzępy lądowały na chodniku i rozwiewane były przez nieludzko zimny wiatr. Kiedy w końcu zostali nago, w samych czapkach z misiowymi podszewkami, z tymi swoimi brzydkimi, starczymi ciałami umęczonymi jeszcze bardziej niż ich odzienie wierzchnie nie zostało im już nic... Spojrzeli na siebie trochę głupio a trochę z rezygnacją i poszli, każdy w swoją stronę.

Chciałbym napisać, że do domu, choć jest to wątpliwe.

piątek, 2 marca 2012

Julio del Torro: Dziennik wojenny, wpis 568

Dziadzieję. Podoba mi się kawałek Born to die Lany del Rey. Jednocześnie infantylnieję. Czytam 550-stronicowe wydanie Essential, zawierające pierwsze przygody Punishera w komiksach takich jak Amazing Spider-Man, Captain America czy Daredevil. Próbowałem zwalczyć jedno i drugie słuchając Machinehead i czytając Fenomenologię ducha Hegla, ale nie wyszło. Potrzebowałem pomocy. Dlatego stoję przed lustrem.

Mówię do gościa z lustra, zrób coś. On mówi, że nic tu nie wskóra, ale ma kumpla. Kogo?, pytam. Jego, odpowiada.

W lustrze pojawia się całkiem spory facet w płaszczu przeciwdeszczowym. Zacięta twarz, typ skurwysyna z kwadratową szczęką i oczami pełnymi szaleństwa.

- A ktoś ty, kurwa? - pytam udając mocniejszego niż w rzeczywistości jestem.
- Ja? Chcesz chyba wiedzieć kim byłem... - odpowiada. - A byłem kapitanem amerykańskiej piechoty morskiej czterokrotnie odznaczonym Purpurowym Sercem. Po Wietnamie prowadziłem misje szkoleniowe dla komandosów, ale wtedy... Pytasz kim jestem, przyjacielu? Nazywam się Frank Castle. Ale ludzie znają mnie...
...w tym momencie Frank zrzuca z siebie płaszcz, pod którym skrywał granatowo-szary kostium z wielkim białym emblematem czaszki na piersiach. Wiem, jak dokończy zdanie...
- ...znają mnie jako Punishera.
Zanim udaje mi się cokolwiek powiedzieć dostrzegam błysk. To 14-strzałowy Browning Llama 9mm.
Z takiej odległości nie mam szans.