Jakoś tak wyszło, że te wakacje musiałem przeżyć bez urlopu. Coś się gdzieś po drodze pogmatwało i teraz siedzę jak ten debil w robocie, opuszczony niecnie przez jedyną osobę, która mi tu pomagała (oczywiście jest zastępstwo, ale wymienienie młodej dziewczyny na młodego faceta to zawsze kiepski interes) z nawałem obowiązków, pracy i rosnącą kolejką zaległości. Nie pomaga żaden weekend, bo w weekend trzeba odreagować, a jak odreagowywać, to hucznie. I tak potem w niedzielę budzi się człowiek zmęczony, cały dzień jakiś niewyraźny chodzi, chory jakiś, sponiewierany. A potem jest poniedziałek i wszystko zaczyna się od nowa - nawał obowiązków w pracy, druga tura w domu, nad głową zobowiązania podjęte w przypływie optymizmu i dobrego samopoczucia... Jakbym miał gdzieś wbudowany wyświetlacz, to by pokazywał, że moja bateria się wkurwiła, pojechała na Seszele i że mnie serdecznie pozdrawia spod palmy.
Czasem jednak trafi się jakiś dłuższy weekend, jak ten ostatni, kiedy w poniedziałek czciliśmy Matkę Boską Zielną. Żeby uczcić ją należycie postanowiłem wyjechać do Grodkowa, małej mieściny koło Wrocławia, w której raz do roku spotykają się znajomi z całego kraju w jednym celu: żeby pić. Do Wrocławia dotrzeć wcale nie jest łatwo, pociągi jeżdżą tam bez przekonania, jakby wcale nie chciały dotrzeć do celu, samochodem jest daleko, a jeśli w dodatku samochód pozbawiony jest i radia i towarzystwa, to z dwojga złego lepiej ślamazarny pociąg.
Gorzej jeśli pociąg zamiast planowych 7 godzin jedzie godzin 12 i dojeżdża do Wrocławia o godzinie 00.30, kiedy nie ma żadnej opcji żeby się z niego wydostać. Gorzej, jak trzeba 7 godzin siedzieć na dworcu w oczekiwaniu na pierwszy PKS. Dobrze, że miałem pod ręką Nabokova, bo chyba bym ocipiał do reszty. Potem krótka kimka w PKSie do Grodkowa, dojazd na 8 rano i pierwsze piwo. A potem drugie, trzecie, a potem rytuały na cześć Matki Boskiej Zielnej, obiad, i znów piwko. I tak do 4 nad ranem. Potem znowu krótka kimka, i znowu w drogę - do Warszawy. Tym razem Intercity, żeby już się nie wkurwiać. I to pierwszą klasą, bo w drugiej nie było wolnych miejscówek. 170 zł psu w dupę. W dodatku pierwsza klasa w polskim Intercity polega na tym, że klimatyzacja nasuwa jak oszalała i trzeba w środku lata siedzieć w grubym swetrze, oba kible w wagonie zamknięte są na głucho a razem z tobą jedzie jakiś nowobogacki grubas w koszulce U2 i w skarpetkach do mokasynów.
Nie ma to jak aktywny wypoczynek.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
piątek, 19 sierpnia 2011
Julio del Torro: Pierdolony Spartak
Nikt ze znajomych nie ogarnia mojej wręcz biblijnej, salomonowej, nie szukającej poklasku miłości do Legiuni. Paco wręcz otwarcie z niej drwi, mimo że – głupi pedał – wychował się niby na Grochowie. Wczoraj moja oblubienica grała ze Spartakiem Moskwa w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Europejskiej. Nie spodziewałem się cudu. Raczej gładkiego 0:3. Ale ostateczne 2:2, które w sumie jest porażką, po rozbudzającym ogromne nadzieje przebiegu meczu sprawiło, że ogarnęło mnie połączenie wkurwienia z bezgranicznym smutkiem, którego nie zrozumie nikt, kto nie jest legionistą.
Widząc mój stan, pomóc próbowała mi moja dziewczyna. Powiedziała – spróbuj o tym nie myśleć, chodź, zjemy coś, pokochamy się i ci minie, obiecuję... Więc mówię, no dobra, to zdejmij majtki, na co ona, że najpierw zjedzmy, więc ja, że no dobrze, a gdzie chcesz i co, a dziewczyna: no jak to? Pielmieni w rosyjskiej knajpie.
- No chyba sobie, kurwa, żartujesz?!
- Nie, dlaczego?
- Mam po 2:2 ze Spartakiem iść do rosyjskiej knajpy?!!!
No ale poszedłem, bo zawsze byłem uległy wobec tych paskud. Ostatecznie po ostatnim gwizdku muszę szukać innej Sulamitki. Poszliśmy, ale w odruchu walki o własny honor byłem niemiły dla obsługi. I nie zostawiłem napiwku. Chociaż tyle.
Widząc mój stan, pomóc próbowała mi moja dziewczyna. Powiedziała – spróbuj o tym nie myśleć, chodź, zjemy coś, pokochamy się i ci minie, obiecuję... Więc mówię, no dobra, to zdejmij majtki, na co ona, że najpierw zjedzmy, więc ja, że no dobrze, a gdzie chcesz i co, a dziewczyna: no jak to? Pielmieni w rosyjskiej knajpie.
- No chyba sobie, kurwa, żartujesz?!
- Nie, dlaczego?
- Mam po 2:2 ze Spartakiem iść do rosyjskiej knajpy?!!!
No ale poszedłem, bo zawsze byłem uległy wobec tych paskud. Ostatecznie po ostatnim gwizdku muszę szukać innej Sulamitki. Poszliśmy, ale w odruchu walki o własny honor byłem niemiły dla obsługi. I nie zostawiłem napiwku. Chociaż tyle.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Rodolfo Bardonado: Cewka
Kiedy dwa tygodnie temu siedząc na tylnym siedzeniu samochodu przygotowywałem wpis nie wiedziałem ile czeka mnie atrakcji. Otóż po chwili pojawił się komunikat, że silnik się przegrzał, a z rury wydechowej miast spalin zaczęło tryskać paliwo. Efekt? Zerwany wąż od chłodnicy, zepsuta klimatyzacja i rozwalona cewka zapłonowa (czymkolwiek jest). Powód? Być może absolutny brak oleju, mimo, że dzień wcześniej samochód wyszedł z warsztatu (kontrolka uparcie twierdziła - Olej OK).
Podróż z Cieszyna do Zakopca zajęła mi 7,5 godziny.
Już w sobotę jechałem z Warszawy na Wybrzeże. W Glinojecku (jakieś 100 km od stolicy) pojawiła się dziwna kontrolka o niewłaściwym stanie spalin. Jako, że po kilkunastu minutach odpoczynku zniknęła ruszyliśmy dalej acz bez szarżowania. Niestety w korku w Pruszczu Gdańskim samochód stanął na dobre. I znów to samo co w pierwszym przypadku - laweta i do warsztatu. Niestety jak to w sobotę - godziny pracy krótkie, diagnozy postawić się nie udało i trzeba było czekać na krawężniku na auto zastępcze. Rezultat - podróż nad morze zajęła mi 11,5 godziny. A co się zepsuło? Zapłon i... cewka.
PS. Obie trasy pokonywałem różnymi samochodami i nigdy wcześniej nie jechałem lawetą. W ciągu około 50 godzin udało mi się to dwukrotnie.
Cewka zapłonowa (za wikipedią) - transformator impulsowy w bateryjnym układzie zapłonowym silników spalinowych. Uzwojenie pierwotne transformatora zawiera kilkadziesiąt zwojów, a uzwojenie wtórne kilka tysięcy zwojów. Obwód uzwojenia pierwotnego jest cyklicznie w odpowiednich momentach pracy silnika przerywany przez przerywacz mechaniczny lub elektroniczny. Rozłączenie uzwojenia pierwotnego powoduje skok napięcia na uzwojeniu wtórnym i wygenerowanie pojedynczego impulsu napięciowego, dającego iskrę na świecy zapłonowej.
Podróż z Cieszyna do Zakopca zajęła mi 7,5 godziny.
Już w sobotę jechałem z Warszawy na Wybrzeże. W Glinojecku (jakieś 100 km od stolicy) pojawiła się dziwna kontrolka o niewłaściwym stanie spalin. Jako, że po kilkunastu minutach odpoczynku zniknęła ruszyliśmy dalej acz bez szarżowania. Niestety w korku w Pruszczu Gdańskim samochód stanął na dobre. I znów to samo co w pierwszym przypadku - laweta i do warsztatu. Niestety jak to w sobotę - godziny pracy krótkie, diagnozy postawić się nie udało i trzeba było czekać na krawężniku na auto zastępcze. Rezultat - podróż nad morze zajęła mi 11,5 godziny. A co się zepsuło? Zapłon i... cewka.
PS. Obie trasy pokonywałem różnymi samochodami i nigdy wcześniej nie jechałem lawetą. W ciągu około 50 godzin udało mi się to dwukrotnie.
Cewka zapłonowa (za wikipedią) - transformator impulsowy w bateryjnym układzie zapłonowym silników spalinowych. Uzwojenie pierwotne transformatora zawiera kilkadziesiąt zwojów, a uzwojenie wtórne kilka tysięcy zwojów. Obwód uzwojenia pierwotnego jest cyklicznie w odpowiednich momentach pracy silnika przerywany przez przerywacz mechaniczny lub elektroniczny. Rozłączenie uzwojenia pierwotnego powoduje skok napięcia na uzwojeniu wtórnym i wygenerowanie pojedynczego impulsu napięciowego, dającego iskrę na świecy zapłonowej.
środa, 17 sierpnia 2011
Fidel C. de Izquierdas: Pełna profeska
Jeszcze w czwartek wieczorem tłumaczyłem mojemu bratu, że staję się profesjonalnym, branżowym dziennikarzem, czyli odpowiednikiem średniej klasy piłkarza gdzieś z czwartoligowego grajdołu. I nie miałem na myśli swojej działalności w Catrinas. Mój profesjonalizm – dowodziłem – objawia się tym, że nie mam pojęcia o czym piszę i nie przykładam się do stylu, ponieważ naczelni i tak przenicują cały tekst rozbebeszając moje myśli, obracając je w pył i tworząc ze zdecydowanie moich własnych słów wypowiedzi znanych prezesów. Mój profesjonalizm – perorowałem przy Żywym w kuchni mieszkania na Rynku Nowego Miasta – to także kwestia nastawiania. Ja na przykład przestałem już z drżeniem tyłka prześwietlać firmy, na których konferencje się udaję, nie interesują mnie ani ich osiągnięcia w dziedzinie ekologii, ani nadmiernie opłacane zarządy, ani małe grzeszki podatkowe. Interesuje mnie tylko catering. I materiały prasowe. Pierwsze, ponieważ płaca branżowego dziennikarza z zasady chyba uwzględnia to, że na konferencjach zwyczajowo podaje się przekąski. Pracodawcy najwidoczniej wychodzą więc z założenia, że wyżywienie da się zorganizować bez naruszania płacy, więc w płacy część wyżywieniową wykasowano. Materiały prasowe interesują mnie o tyle, że są w nich gadżety. To taka forma korupcji w mikroskali, albo raczej w skali makro, ale z użyciem mikro łapówek. My wam damy nic nie znaczący prezencik, a wy o nas ładnie napiszecie. Po kilku miesiącach pracy w charakterze dziennikarza branżowego zebrałem już sporą kolekcję pen-drive’ów, dwa kubki-termosy, kolejne dwa portfele i piersiówkę, której nie używam z tych samych powodów, dla których interesuję się cateringiem.
Jako profesjonalny dziennikarz branżowy nie sprawdzam też dwa razy miejsca konferencji. Zapisuję tylko w telefonie czas i miejsce akcji, ale potem też do niego nie zaglądam, ponieważ przez sam akt zapisywania zapamiętuję to już bezbłędnie. Chyba, że akurat wróciłem z sześciotygodniowej przerwy. Jak ostatnio. W piątek rano ze zdziwieniem odkryłem na przykład, że spotkanie, na które mam się udać, nie jest o dwunastej, tylko w pół do jedenastej i nie w Ryni nad Zegrzem, tylko sto osiemdziesiąt kilometrów dalej, w Rynie, pod Giżyckiem. Absolutna profanacja dziennikarstwa, czyli pełna profeska.
Jako profesjonalny dziennikarz branżowy nie sprawdzam też dwa razy miejsca konferencji. Zapisuję tylko w telefonie czas i miejsce akcji, ale potem też do niego nie zaglądam, ponieważ przez sam akt zapisywania zapamiętuję to już bezbłędnie. Chyba, że akurat wróciłem z sześciotygodniowej przerwy. Jak ostatnio. W piątek rano ze zdziwieniem odkryłem na przykład, że spotkanie, na które mam się udać, nie jest o dwunastej, tylko w pół do jedenastej i nie w Ryni nad Zegrzem, tylko sto osiemdziesiąt kilometrów dalej, w Rynie, pod Giżyckiem. Absolutna profanacja dziennikarstwa, czyli pełna profeska.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Paco Haya Rodriquez: 16 sierpnia
Niby zwykła data, a jednak kilku znanych jest mocno związanych z tym dniem. Jak to w życiu bywa, jedni się rodzą, drudzy umierają. Tak właśnie było z Elvisem Presleyem. Dla tych co nie bardzo kojarzą postać, przypomnę, iż był prekursorem i jednocześnie królem rock'n'rolla. Nie dość, że piosenkarz, to też aktor. Wystąpił w kilku gniotach, co w żaden sposób nie przyćmiło jego kariery, a nawet wręcz odwrotnie. Po jego śmierci Jimmy Carter [prezydent USA] pożegnał go takimi oto słowami: “Jego muzyka, jego osobowość zmieniły oblicze amerykańskiej kultury. Elvis Presley był symbolem buntowniczego ducha naszego narodu”.
Elvis zawinął się w zaświaty właśnie 16 sierpnia.
Idąc dalej tym tropem, 16 sierpnia 1920r. pewna kobieta wydała na świat Henry'ego. Henry'ego Charlesa... znanego w dalszym życiu jako Charles Bukowski. Tej postaci, jak i poprzedniej, przedstawiać raczej nie trzeba, ale dla tych co ominęli niechcący... Charles to amerykański poeta, powieściopisarz, nowelista, scenarzysta filmowy i rysownik. Jak na Amerykanina przystało urodził się w Niemczech. Jego twórczość wynikała z jego własnych doświadczeń mocno związanych z procentami, kobietami i klepaniem biedy. Sam był awanturnikiem i buntownikiem, stąd też typowy bohater jego prozy to człowiek z marginesu. Nazwisko dostał po ojcu, który jako Amerykański weteran, był pochodzenia polskiego.
A więc jak widać dzisiejsza data ma coś do zaoferowania. Żeby dopełnić 16 sierpnia warto wspomnieć o jeszcze jednej postaci. Tym razem o kobiecie. Madonna Louise Ciccone z krzykiem ujrzała światło dzienne 16 sierpnia 1958r. Pozwolicie, że tej ikony pop kultury przedstawiał nie będę, a korzystając z okazji składam jej najserdeczniejsze życzenia urodzinowe. A że pięćdziesiątkę ma za sobą, to życzę jej zdrowia i miłej urodzinowej imprezy.
http://www.youtube.com/watch?v=B8djXdJnds8&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=Ah-5BcgCXzs
16 sierpnia:
1954r. urodził się James Cameron, reżyser filmowy wprost z Kanady
1955r. urodził się Ryszard Makowski, satyryk wprost z kabaretu OT.TO
1974r. urodził się polski piłkarz, Tomasz Frankowski
i inni!
A dzisiaj w Warszawie w Parku Sowińskiego zadzieje się Rock in Summer Festival 2011, część 2 zagra: Deftones, Flapjack, Tides from Nebula
Ot niby taka zwykła data.
Elvis zawinął się w zaświaty właśnie 16 sierpnia.
Idąc dalej tym tropem, 16 sierpnia 1920r. pewna kobieta wydała na świat Henry'ego. Henry'ego Charlesa... znanego w dalszym życiu jako Charles Bukowski. Tej postaci, jak i poprzedniej, przedstawiać raczej nie trzeba, ale dla tych co ominęli niechcący... Charles to amerykański poeta, powieściopisarz, nowelista, scenarzysta filmowy i rysownik. Jak na Amerykanina przystało urodził się w Niemczech. Jego twórczość wynikała z jego własnych doświadczeń mocno związanych z procentami, kobietami i klepaniem biedy. Sam był awanturnikiem i buntownikiem, stąd też typowy bohater jego prozy to człowiek z marginesu. Nazwisko dostał po ojcu, który jako Amerykański weteran, był pochodzenia polskiego.
A więc jak widać dzisiejsza data ma coś do zaoferowania. Żeby dopełnić 16 sierpnia warto wspomnieć o jeszcze jednej postaci. Tym razem o kobiecie. Madonna Louise Ciccone z krzykiem ujrzała światło dzienne 16 sierpnia 1958r. Pozwolicie, że tej ikony pop kultury przedstawiał nie będę, a korzystając z okazji składam jej najserdeczniejsze życzenia urodzinowe. A że pięćdziesiątkę ma za sobą, to życzę jej zdrowia i miłej urodzinowej imprezy.
http://www.youtube.com/watch?v=B8djXdJnds8&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=Ah-5BcgCXzs
16 sierpnia:
1954r. urodził się James Cameron, reżyser filmowy wprost z Kanady
1955r. urodził się Ryszard Makowski, satyryk wprost z kabaretu OT.TO
1974r. urodził się polski piłkarz, Tomasz Frankowski
i inni!
A dzisiaj w Warszawie w Parku Sowińskiego zadzieje się Rock in Summer Festival 2011, część 2 zagra: Deftones, Flapjack, Tides from Nebula
Ot niby taka zwykła data.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Catalina Jimenez: make life harder
Taką mam pracę, że nie zawsze dużo się dzieje. A czasem nawet nie dzieje się zupełnie nic. Wtedy, jako że niestety nie można oddalić się do domu, zamiast robić coś ciekawego (mama Bustosa uważa, że mogłabym się wtedy uczyć jakiegoś nowego języka...no jakoś się nie mogę zebrać), siedzę w internecie i czytam blogi. Z wielkiej ilości śmieci i strasznego chłamu czasem znajduję coś ciekawego i wtedy cieszę się jak dziecko, że są jeszcze ludzie, którzy potrafią pisać po polsku. To się strasznie rzadko zdarza, no ale zdarza się na szczęście.
Jest jednak jeden blog, który poraża mnie swoją głupotą, a na który jednak ciągle wracam. To blog Kasi Tusk, naszej premierówny, która kiedyś była w Tańcu z Gwiazdami, ale szybko odpadła. Od tego czasu schudła o połowę i zaczęła kupować cichy. I mniej więcej o tym jest jej blog: Make life easier: lekko o modzie, gotowaniu i zakupach. Co dzień/ dwa pojawia się nowa notka o tym, co Kasia ugotowała (ostatnio pomidory z tatarem z cukinii, a tak na przekąskę), albo co kupiła (dużo pozowanych zdjęć!), albo o tym, co koniecznie musi kupić, ze względu na nadchodzące trendy (Kasia czyta bowiem dużo Vouge'a, o tym też jest notka).
I tak sobie właśnie myślę, gdzie tu to "easier". Bo jakbym miała gotować Bustosowi knedle, kanapki robić z serem ricotta i zasmażanymi pomidorkami cherry a na śniadanie do łóżka podawać zasmażane kurki i świeży sok pomarańczowy i tak na okrągło, to on by po pierwsze nie uwierzył, ale co ważniejsze, ja bym nie miała kiedy książki poczytać! Ale ok, tutaj to ja się nie znam, wszystkie te cannelloni pod beszamelem, czy inne krewetki w vermucie robi u nas Bustos, bo mi i tak by nie wyszło. Poza tym, spędzanie przy gotowaniu więcej niż 30 minut jest dla mnie zwyczajną stratą czasu. Wybór jest jasny: mrożona pizza, ale za to jest czas Balzaca poczytać, czy film obejrzeć. Ale rozumiem, że inne laski gotują. Ok, chwali się. Jednak dokładając do tego jeszcze nieustanną pogoń za nowymi modowymi trendami ("od dawna szukałam bluzki w kolorze camelowym", tudzież "must have - żółta torebka" - przegląd żółtych torebek w sieciówkach) to już chyba nie ma kiedy pracować! Dla mnie ten blog powinien się nazywać Make life harder. Może jestem źle zorganizowana, ale nigdy nie będę stepfordzką żoną w szpilkach nude i w pudrowych szortach z Zary. Ja po prostu nie mam na to czasu!
Jest jednak jeden blog, który poraża mnie swoją głupotą, a na który jednak ciągle wracam. To blog Kasi Tusk, naszej premierówny, która kiedyś była w Tańcu z Gwiazdami, ale szybko odpadła. Od tego czasu schudła o połowę i zaczęła kupować cichy. I mniej więcej o tym jest jej blog: Make life easier: lekko o modzie, gotowaniu i zakupach. Co dzień/ dwa pojawia się nowa notka o tym, co Kasia ugotowała (ostatnio pomidory z tatarem z cukinii, a tak na przekąskę), albo co kupiła (dużo pozowanych zdjęć!), albo o tym, co koniecznie musi kupić, ze względu na nadchodzące trendy (Kasia czyta bowiem dużo Vouge'a, o tym też jest notka).
I tak sobie właśnie myślę, gdzie tu to "easier". Bo jakbym miała gotować Bustosowi knedle, kanapki robić z serem ricotta i zasmażanymi pomidorkami cherry a na śniadanie do łóżka podawać zasmażane kurki i świeży sok pomarańczowy i tak na okrągło, to on by po pierwsze nie uwierzył, ale co ważniejsze, ja bym nie miała kiedy książki poczytać! Ale ok, tutaj to ja się nie znam, wszystkie te cannelloni pod beszamelem, czy inne krewetki w vermucie robi u nas Bustos, bo mi i tak by nie wyszło. Poza tym, spędzanie przy gotowaniu więcej niż 30 minut jest dla mnie zwyczajną stratą czasu. Wybór jest jasny: mrożona pizza, ale za to jest czas Balzaca poczytać, czy film obejrzeć. Ale rozumiem, że inne laski gotują. Ok, chwali się. Jednak dokładając do tego jeszcze nieustanną pogoń za nowymi modowymi trendami ("od dawna szukałam bluzki w kolorze camelowym", tudzież "must have - żółta torebka" - przegląd żółtych torebek w sieciówkach) to już chyba nie ma kiedy pracować! Dla mnie ten blog powinien się nazywać Make life harder. Może jestem źle zorganizowana, ale nigdy nie będę stepfordzką żoną w szpilkach nude i w pudrowych szortach z Zary. Ja po prostu nie mam na to czasu!
piątek, 12 sierpnia 2011
Julio del Torro: Smak mojej parówki
Wczoraj w okolicach drugiej w nocy zdarzyło mi się kupić hot doga w Wild Bean Cafe i powiem wam, że był to naprawdę niezły hot dog, a to za sprawą dobrej jakości parówki. W hot dogu chodzi właśnie o parówkę. Jeśli smakuje jak pies, żadne najzajebistsze dodatki tego nie ukryją. Rejestracja jakości parówki przy pierwszym dziabnięciu była jednak kwestią marginalną. Z pierwszym gryzem przeniosłem się nad morze, gdzie w ciągu ostatnich dwóch tygodni regularnie jadałem hot dogi z dużo słabszą parówką w ramach śniadania na plaży. I powiem wam, że wczoraj dałbym wiele, aby przemienić nocną Warszawę, stację benzynową, stukot butów o bruk i dobrą parówkę w parówkę marną, poranek na plaży i grzęźnięcie bosymi stopami w ciepłym piasku. Szedłbym z dwoma hot dogami do grajdołu za parawanem, a po zjedzeniu mógłbym rozmyślać o tym, czy najpierw wykąpać się w morzu, napić się piwa, zapalić papierosa, poopalać się, zdrzemnąć, poczytać książkę, czy może pozaczepiać dziewczynę, dla której niosłem drugiego hot doga. Ostatecznie kąpiel odłożyłbym na później, najpierw napiłbym się piwa i zapalił, a następnie przykrył biodra dziewczyny ręcznikiem i położył się tak, aby jedną ręką móc trzymać książkę, drugą zaś wsunąć pod dolną część jej stroju kąpielowego. Ten ostateczny cielesno-literacki melanż – czy, jak niekiedy sądzę, mezalians – prawdopodobnie oddający w pełni moje egzystencjalne zapotrzebowania, podczas poranka na plaży – pomimo masy ludzi wokół – nie ma w sobie nic z ekshibicjonizmu, jest raczej naturalną, akceptowalną i radosną igraszką.
I gdy tak prawie że słysząc fale żułem wczoraj tę całkiem smaczną parówkę ze stacji BP, uwierzyłem Proustowi w magdalenkę.
I gdy tak prawie że słysząc fale żułem wczoraj tę całkiem smaczną parówkę ze stacji BP, uwierzyłem Proustowi w magdalenkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
