Jakiś czas temu Rodolfo przyobiecał na blogu, że napiszemy jak Catrinas Banda chilloutowała w Barcelonie. Dni mijały. Cisza. Nic. Nawet najmniejszego postu. Czas to zmienić! A było to tak…
Siedziałem z miłością mojego życia w całkiem przyjemnej restauracyjce w Barcelonecie, na urokliwym placyku przy kościele de Sant Miquel del Port, we wczesne upalne popołudnie. Pełen relaks. Dostroiliśmy się już do katalońskiego luzu, celebrowaliśmy sjestę. Razem z nami Rodolfo ze swoją drugą połówką. Było dobrze. Było miło. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak dopełnić ten obraz klasyką, a zarazem kwintesencją hiszpańskiej kuchni. Paella de mariscos. Ryż, dojrzała papryka, soczyste pomidory, pachnący czosnek, szafran i cała galaktyka świeżutkich potworów morskich. Wszak byliśmy w jednej z najsławniejszych dzielnic rybackich Europy! Przed szamką należało jednak zadbać o zakurzone ulicznym pyłem gardziołka. Lodowata sangria z furą cytrusów w środku była spełnieniem naszych marzeń.
Czas sączył się leniwie. W knajpce umiarkowany tłok. Siedzieliśmy w ogródku i kontemplowaliśmy otaczającą nas architekturę. Karta przygotowana specjalnie dla turystów zachęcała kolorowymi zdjęciami każdego ze specjałów. Od razu naszą uwagę przykuły zestawy dla dwóch osób, czyli wielgachna patelnia paelli z dzbankiem sangrii. Mijały minuty. Wiedzieliśmy, że kelnerzy w Hiszpanii to raczej przeważnie Hiszpanie, dlatego byliśmy dość wyrozumiali i cierpliwi. W końcu pojawił się, na pierwszy rzut oka, prawie ogarnięty czterdziestokilkuletni jegomość. Po chwili byliśmy pewni, stuprocentowy Katalończyk.
- Do you speak English?
- ...Eeehhh ...Uhmmm.
- Ok. We want to take two paellas and two sangrias. Do you understand?
- ...Eeehhh ...Paellas? ...Eeehhh. ...Uhmmm.
Mijały kolejne minuty. Wrócił nasz ulubieniec. Z jednym dzbankiem. Zanim cokolwiek powiedzieliśmy ulotnił się do kuchni. Czekaliśmy dalej, popijając przyniesione winko. Podglądaliśmy innych. Co rusz na jakimś stoliku pojawiały się nowe potrawy. Kelnerzy sprawnie roznosili jedzenie i napoje. Zabawiali klientów rozmową. Częstowali czekadełkami. Patrzyliśmy jak laska ze stolika obok karmiła bitą śmietaną ze swojego deseru psa jednego z dwóch kolesi siedzących kilka stołów dalej. Przysłuchiwaliśmy się jak właściciel psa opieprzał ją za to karmienie. A tymczasem naszego wybrańca nadal nigdzie nie było, rozpłynął się. Gdzieś mi chyba mignął na uliczce za knajpą z papierosem w ręku, rozmawiał ze starszym gościem, który sprawiał wrażenie właściciela lokalu. Dzbanek wysechł już dawno. Dobijała godzina. Nagle, niespodziewanie cud! Na stole wylądowała pachnąca morzem śródziemnym patelnia... jedna. Tym razem zareagowaliśmy błyskawicznie.
- Excuse me! We ordered two paellas and two sangrias! – podstępnie ukąsiliśmy dziewczynę, która przyniosła danie.
- ...Eeehhh ...Wait a minute, please.
Nasza słowiańska natura powolutku, acz nieuchronnie zaczynała się przebijać przez dopiero co z trudem wykształcone hiszpańskie rozleniwienie. Byliśmy przecież na wakacjach. Peace and love, man! Postanowiliśmy więc utrzymać ją w ryzach. Rodolfo i jego luba wspaniałomyślnie zdecydowali się zaczekać na resztę zamówienia. My pałaszujemy. Czas mija. My kończymy. Czas mija. Atmosfera jednak gęstnieje. I stało się! Piekielnie głodna dziewczyna Rodolfo dostaje szału. On sam, niedopity – bo jak można zaprawić się szklaneczką sangrii – po szybkim i sprawnym śledztwie namierza kelnera posługującego się mową Albionu. Wyłuszczamy mu sytuację. Obiecuje pomóc. Znika na parę chwil. Znamy to. Czas płynie. Wraca z tym parchatym hiszpańskim wypierdkiem, od którego już trochę zalatuje trupem.
- He told me – wskazuje na zezwłok – that you ordered one double paella for four persons with sangria. Isn’t it your mistake? Are you sure that you understand our card? – zaczyna z pobłażaniem w głosie, pokazując jednocześnie palcem na zdjęcie paelli z podpisem “paella for two”.
- How could we say „two paellas and two sangria” incorrectly? – odpowiadamy pytaniem ze spojrzeniem pełnym współczucia i zrozumienia dla truchła stojącego przy nowo zapoznanym poliglocie.
- Ok. Easy. Stay calm. Our fault. I can order for you one more paella, but you have to wait at least 30 minutes. Uhmmm... I will give you sangria for free – niepewnie oświadcza widząc nasze radosne i pogodne twarze, wszak w zasadzie prawie wszyscy byliśmy po najwspanialszym posiłku naszego życia.
Rodolfo poczerwieniał. Jego miła zbladła. Moja ukochana zastygła w osłupieniu. Ja przełknąłem ostatnią mackę ośmiornicy. Przelała się czara goryczy. Z iście szlachecką fantazją wstaliśmy, grzecznie się żegnając i nieśpiesznie wyruszyliśmy w poszukiwaniu nowych przygód oraz knajpy, która nas nakarmi… wszystkich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 października 2011
sobota, 15 października 2011
Alejandro Veraç: Prawie robi różnicę
Najpierw barman dość wartkim strumieniem napełnił kufel szaro-srebrzystą pianą, tak mniej więcej do trzech czwartych wysokości. Odstawił go na podstawkę nalewaka. W ciągu następnych dwóch minut piana przeistoczyła się w hebanowy napój. Potem podniósł szklanicę, po czym już spokojnie i nieśpiesznie dopełnił ją małym strumieniem trunku. Gdy skończył, pianka miała jakieś dwa centymetry i radośnie wystawała ponad kufel. Dodam jeszcze, że Guinness był świeżutki, w idealnej dla niego temperaturze, a gdy kończyłem pintę, to resztki piany pozostały na dnie i ściankach kufla. I tak zawsze. W każdej knajpie. Nawet najpodlejszej. I z każdym gatunkiem piwa. Zawsze w odpowiedniej dla niego szklance, temperaturze, zawsze nalewane w sposób gwarantujący wydobycie z niego tego co najlepsze.
A u nas, że się tak wyrażę, tradycja i konserwatyzm ponad wszystko. Amatorów bursztynowego trunku w większości knajp – poza nielicznymi wyjątkami, których mogę wymienić może z sześć – traktuje się z takim swoistym polskim szacuneczkiem. Pij, płać i spierdalaj! Browar najczęściej dostaję w szkle ze wzorkiem z zacieków na ściankach albo w jeszcze mokrym i gorącym po kąpieli w zmywarce. Przeważnie jest lekko chłodnawy, ma około pięciu stopni mniej niż temperatura powietrza w lokalu. Kwintesencji piwa, czyli pianki, nie uświadczam, bo dostaję je jakiś czas po nalaniu, a przecież jest tak liche, że nawet podrasowanie go dwutlenkiem węgla nic nie pomaga. Od razu, kurwa, czuć czysty smak naturalnej fermentacji. Szczególnie następnego dnia rano, po paru wieczornych kuflach. Pierdolę, mam dość, muszę się napić...
A u nas, że się tak wyrażę, tradycja i konserwatyzm ponad wszystko. Amatorów bursztynowego trunku w większości knajp – poza nielicznymi wyjątkami, których mogę wymienić może z sześć – traktuje się z takim swoistym polskim szacuneczkiem. Pij, płać i spierdalaj! Browar najczęściej dostaję w szkle ze wzorkiem z zacieków na ściankach albo w jeszcze mokrym i gorącym po kąpieli w zmywarce. Przeważnie jest lekko chłodnawy, ma około pięciu stopni mniej niż temperatura powietrza w lokalu. Kwintesencji piwa, czyli pianki, nie uświadczam, bo dostaję je jakiś czas po nalaniu, a przecież jest tak liche, że nawet podrasowanie go dwutlenkiem węgla nic nie pomaga. Od razu, kurwa, czuć czysty smak naturalnej fermentacji. Szczególnie następnego dnia rano, po paru wieczornych kuflach. Pierdolę, mam dość, muszę się napić...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
