Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 października 2011

Alejandro Veraç: Prawie robi różnicę

Najpierw barman dość wartkim strumieniem napełnił kufel szaro-srebrzystą pianą, tak mniej więcej do trzech czwartych wysokości. Odstawił go na podstawkę nalewaka. W ciągu następnych dwóch minut piana przeistoczyła się w hebanowy napój. Potem podniósł szklanicę, po czym już spokojnie i nieśpiesznie dopełnił ją małym strumieniem trunku. Gdy skończył, pianka miała jakieś dwa centymetry i radośnie wystawała ponad kufel. Dodam jeszcze, że Guinness był świeżutki, w idealnej dla niego temperaturze, a gdy kończyłem pintę, to resztki piany pozostały na dnie i ściankach kufla. I tak zawsze. W każdej knajpie. Nawet najpodlejszej. I z każdym gatunkiem piwa. Zawsze w odpowiedniej dla niego szklance, temperaturze, zawsze nalewane w sposób gwarantujący wydobycie z niego tego co najlepsze.

A u nas, że się tak wyrażę, tradycja i konserwatyzm ponad wszystko. Amatorów bursztynowego trunku w większości knajp – poza nielicznymi wyjątkami, których mogę wymienić może z sześć – traktuje się z takim swoistym polskim szacuneczkiem. Pij, płać i spierdalaj! Browar najczęściej dostaję w szkle ze wzorkiem z zacieków na ściankach albo w jeszcze mokrym i gorącym po kąpieli w zmywarce. Przeważnie jest lekko chłodnawy, ma około pięciu stopni mniej niż temperatura powietrza w lokalu. Kwintesencji piwa, czyli pianki, nie uświadczam, bo dostaję je jakiś czas po nalaniu, a przecież jest tak liche, że nawet podrasowanie go dwutlenkiem węgla nic nie pomaga. Od razu, kurwa, czuć czysty smak naturalnej fermentacji. Szczególnie następnego dnia rano, po paru wieczornych kuflach. Pierdolę, mam dość, muszę się napić...

piątek, 22 lipca 2011

Julio del Torro: Kąpielówki

Gdy rozpoczynam pisać tego posta, od pierwszego piwa nad morzem dzieli mnie jakieś 18 godzin. Jutro o 7.00 będę opierać się o falochron patrząc w fale i popijając browara. Nieważne jakiego. I nieważne w jakich warunkach atmosferycznych. Niech pada. Niech grzmi. Niech, kurwa, grad mnie zasypie albo inny popiół wulkaniczny. Będę pić, patrzeć i śmiać się. I całować się.
Ta myśl podnosi mnie na duchu od dobrego tygodnia. W związku z czym podjąłem wczoraj męską decyzję. Udałem się do Złotych Tarasów kupić kąpielówki. Powiedziałem sobie: Dasz radę, będziesz twardy, wejdziesz tam i kupisz. Nie przestraszysz się!
Pół godziny po przekroczeniu progów ZT leżałem na swoim łóżku popijając Jima Beama w towarzystwie Fidela. Jebać kąpielówki. Do morskiego picia, patrzenia i śmiania nie są potrzebne. A do całowania już najmniej.
No a Fidel... Zawsze wysyłałem mu kartki znad morza. To znaczy zawsze chciałem, na ogół wysyłałem, ale zdarzyło mi się nie wysłać i po powrocie witało mnie oskarżycielskie „nie wysłałeś” połączone ze sceptycznym uśmiechem smutnego morświna wyrytym na twarzy Fidela. Od pewnego czasu Fidel jest bezdomny i bezrobotny. Więc zapytałem go, czy bezdomność (czyli brak adresu) jest wystarczającym usprawiedliwieniem braku pocztówki. Mój przyjaciel odparł, że otóż, kurwa, nie, że ma stały adres korespondencyjny i po powrocie z rejsu po Adriatyku z przyjemnością przeczytałby sobie pocztóweczkę. Rejs po Adriatyku. Nic dziwnego, że społeczeństwo nie lubi bezdomnych i bezrobotnych.