Do roboty lubiłem jeździć rowerem. Wszystko co dawało mi jakąś formę niezależności, miało rozłożyste znamię atrakcyjności.
Bo chyba trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej męczącego, niż zostanie przymusowym słuchaczem dwóch głupich cip jadących autobusem. Dodajmy do tego upał, duchotę i wkradającą się bezpardonowo miodową lepkość, która sprawia, że koszula zdaje się być martwym od poparzenia ciepłą wodą, zwisającym naskórkiem. Dodajmy do tego śmierdzącego capa – kretyna, lub też cynika, który nie wiedzieć czemu, stoi z przodu wehikułu chujowości, a pawi ogon smrodu wchodzi współtowarzyszom do nozdrzy z bolesną nieubłagalnością. Dodajmy do togo niemiłosierny ścisk, niestety tym razem nie stoi przed Tobą fenomenalny dupejron, w którego wciskasz się z dziką agresją, tylko kmioty robiące za minimalną, zdziecinniali starcy, upośledzeni umysłowo i Ty, obowiązkowy element układanki. Dodajmy do tego cygankę z rozstrojonym akordeonem i małym żebrzącym pędrakiem, z grzechotką wydającą paskudny dźwięk lichego pieniądza. Dodajmy do tego długość oczekiwań na światłach, korek, przechyły na zakrętach. Cała masa miękkiego, lepkiego gówna wiezionego w nieciekawą przyszłość miesza się, wymienia złowrogimi spojrzeniami i utyskiwaniami. Przy akrobacjach, za które odpowiedzialność ponosi woźnica, brzemię cierpienia rozkłada się równomiernie na podróżnych. Dodajmy do tego stres, nieustanne filowanie każdego, kto stoi na przystanku, każdego wsiadającego, każdego kto może okazać się tym przeklętym ścierwem, które czyha na te pieniądze, które Ty chcesz zaoszczędzić. (Ale nawet gdybyś je miał, to nie odważyłbyś się zapłacić. Bo za takie atrakcje bardziej taktowne wydaje się być „zabić”, nie „płacić”. Chyba, że mamy ochotę na wyrafinowaną dawkę samo-upodlenia.) Dodajmy do tego drugi stres - jeśli cokolwiek na drodze się zesra, to nie zdążysz do roboty, której nie szanujesz, ale na chwilę obecną nie możesz sobie pozwolić, żeby powiedzieć w niej - Spierdalajcie. Kurwa Wypierdalajcie! Jeszcze nie teraz… I tak jedziesz, próbując opanować w sobie Bravika.
Dlatego właśnie zamiast pójść na przystanek autobusowy, poszedłem do znajomego, u którego zostawiłem rower na ostatniej libacji. Z uśmiechem przyglądałem się jak zaspany sunął w moim kierunku niczym strudzony nocną przeprawą żołnierz. Ciężkie kroki, szły w tempo z ciężarem westchnień. Przywitał mnie zadymiony błysk w oczach i uścisk dłoni podany po otwarciu kraty, która odgradzała lokal ziomka od specyficznej kontr świeżości klatuchy, pasującej do niego podówczas bardzo bardzo.
Odebrawszy rower obserwowałem zamykającą się kratę. Nagle zawahałem się i postanowiłem zagaić:
- Nie masz może przypadkiem trzech ziko? – W odpowiedzi błysk źrenic przebił poranną mgłę oczu. Uśmiech odbił się w klatce na wszystkich piętrach.
- Aaa idź! – Po czym wybuchliśmy śmiechem jak jeden mąż, jak jedna armata. Pękła tama porannego spokoju, powagi poranka. Wraz z dzikim strumieniem, wdarłem się w kolejny dzień.
wtorek, 26 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
Antonimo Gallus: Po studencku
Historia nie jest wymyślona. Zdarzyła się przed kilkoma dniami pod wielką różową świnią, moją dawną alma mater - tzw. esgeszek, jak mawiają niektórzy studenci z prowincji (których cofnęliby na rogatkach wwa, gdyby rogatki były).
Przed głównym wejściem do budynku głównego...,(Czyli zaczyna się grubo.)
Idzie sobie studencina chudy mizerny, bezrobotny, z głupawą gębą, wysoki, w okularach. Kiepsko ubrany, lecz wyprostowany. Chód jego dość charakterystyczny, głowa do góry, jakoś dziwnie powłóczy nogami. Do tego jakby jego kręgosłup nie był es kształtny, tylko wzorowany na kiju od miotły. Twarz przystojna gdyby nie to, że nieskomplikowana. Człowiek, w którym jest spore prawdopodobieństwo, że natrafisz na gen porażki. Co on tam robił? Nie szedł na zajęcia. Już skończył studia, pewnie szedł na siłkę... na lewo.
Gdyby szedł tylko on nic ciekawego by się nie wydarzyło. Pojawia się drugi. Dziad, prawie menel. Po czterdziestce. Dobrze wiesz jaki. Idą razem, w tym samym kierunku, tory które wyznaczyli sobie w głowach za sprawą losu skrzyżowały się pod głównym wejściem do głównego gmachu szkoły głównej handlowej.
Stary do młodego nazbyt do sytuacji porywczo.
- Kretynie, jak chodzisz. Niedojdo! - Stary ubzdurał sobie, że młody zaszedł mu drogę. Prawda jest taka, że nie do końca miał rację. A nawet jeśli...
- Ty kawale gówna, kutasie psa, ty ty chuju pierdolony ty - I tak miotał słowem niczym obuchem po mordzie biednego studenciaka.
Studenciak był zupełnie zszokowany. Nie do końca zdawał sobie sprawę co się dzieje. Nie ogarniał. Chciał się bronić ale słów nie odnajdywał.
Tymczasem menel walił niszczycielskie salwy z najcięższych armat jakie zabrał na poranny rejs po wwa. Biedny chłopina co kilka sekund jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa grzęzły mu w gardle. Dławił się złością i własnym poniżeniem. Dookoła było trochę ludzi, a menel jak to menel - darł mordę.
Studencina nie wytrzymał, odwrócił się na pięcie, z podkulonym ogonem wszedł w świński trucht. A morda jego z głupawym wyrazem twarzy anglezowała na jego kościstych barkach. Niczym spłoszona szkapa wpadł do budynku głównego przez główne wejście. Nie wiedzieć czemu zrobił co następuje.
Zaraz za wejściem jest kanciapa ochroniarzy, obok niej stolik z dziennikiem. Tam profesory wpisują kiedy wchodzą. Do tego służy specjalny długopis na sznurku. Nasz mustang wyrwał rzeczony długopis. Uzbrojony po zęby, z ostrym jak brzytwa długopisem w dłoni wybiegł w szale z budynku.
Kątem oka dostrzegł menela, który na nieświadomce spokojnie dryfował w stronę mokotowa.Parch odwrócił się instynktownie i zobaczył studencką jednoosobową... ale szarżę. I wtedy wypowiedział pamiętne słowa.
- Co ty na mnie z długopisem?! - Nim zdążył skończyć sentencje, cios spadł na niego jak grom. Niebieska linia atramentu ustąpiła purpurze. Typ zachwiał się, a w oczach studenciny dostrzegłem wiktorię szaleństwa. Opętańczy trans zemsty. Ekstazę nonkonformistycznego rozszczepienia nabrzmiałego wrzodu wypełnionego breją utyskiwań, oszczerstw, wyzwisk, podlanego brakiem szacunku, doprawionego biedą losu absolwenta. Dziad przyjął na siebie zemstę za zło świata.
Przed głównym wejściem do budynku głównego...,(Czyli zaczyna się grubo.)
Idzie sobie studencina chudy mizerny, bezrobotny, z głupawą gębą, wysoki, w okularach. Kiepsko ubrany, lecz wyprostowany. Chód jego dość charakterystyczny, głowa do góry, jakoś dziwnie powłóczy nogami. Do tego jakby jego kręgosłup nie był es kształtny, tylko wzorowany na kiju od miotły. Twarz przystojna gdyby nie to, że nieskomplikowana. Człowiek, w którym jest spore prawdopodobieństwo, że natrafisz na gen porażki. Co on tam robił? Nie szedł na zajęcia. Już skończył studia, pewnie szedł na siłkę... na lewo.
Gdyby szedł tylko on nic ciekawego by się nie wydarzyło. Pojawia się drugi. Dziad, prawie menel. Po czterdziestce. Dobrze wiesz jaki. Idą razem, w tym samym kierunku, tory które wyznaczyli sobie w głowach za sprawą losu skrzyżowały się pod głównym wejściem do głównego gmachu szkoły głównej handlowej.
Stary do młodego nazbyt do sytuacji porywczo.
- Kretynie, jak chodzisz. Niedojdo! - Stary ubzdurał sobie, że młody zaszedł mu drogę. Prawda jest taka, że nie do końca miał rację. A nawet jeśli...
- Ty kawale gówna, kutasie psa, ty ty chuju pierdolony ty - I tak miotał słowem niczym obuchem po mordzie biednego studenciaka.
Studenciak był zupełnie zszokowany. Nie do końca zdawał sobie sprawę co się dzieje. Nie ogarniał. Chciał się bronić ale słów nie odnajdywał.
Tymczasem menel walił niszczycielskie salwy z najcięższych armat jakie zabrał na poranny rejs po wwa. Biedny chłopina co kilka sekund jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa grzęzły mu w gardle. Dławił się złością i własnym poniżeniem. Dookoła było trochę ludzi, a menel jak to menel - darł mordę.
Studencina nie wytrzymał, odwrócił się na pięcie, z podkulonym ogonem wszedł w świński trucht. A morda jego z głupawym wyrazem twarzy anglezowała na jego kościstych barkach. Niczym spłoszona szkapa wpadł do budynku głównego przez główne wejście. Nie wiedzieć czemu zrobił co następuje.
Zaraz za wejściem jest kanciapa ochroniarzy, obok niej stolik z dziennikiem. Tam profesory wpisują kiedy wchodzą. Do tego służy specjalny długopis na sznurku. Nasz mustang wyrwał rzeczony długopis. Uzbrojony po zęby, z ostrym jak brzytwa długopisem w dłoni wybiegł w szale z budynku.
Kątem oka dostrzegł menela, który na nieświadomce spokojnie dryfował w stronę mokotowa.Parch odwrócił się instynktownie i zobaczył studencką jednoosobową... ale szarżę. I wtedy wypowiedział pamiętne słowa.
- Co ty na mnie z długopisem?! - Nim zdążył skończyć sentencje, cios spadł na niego jak grom. Niebieska linia atramentu ustąpiła purpurze. Typ zachwiał się, a w oczach studenciny dostrzegłem wiktorię szaleństwa. Opętańczy trans zemsty. Ekstazę nonkonformistycznego rozszczepienia nabrzmiałego wrzodu wypełnionego breją utyskiwań, oszczerstw, wyzwisk, podlanego brakiem szacunku, doprawionego biedą losu absolwenta. Dziad przyjął na siebie zemstę za zło świata.
środa, 6 czerwca 2012
Fidel C. de Izquierdas: Wieszać każdy może
Sąsiad łypał na mnie swoim wybałuszonym ze zdziwienia okiem.
- Co pan robi? – spytał.
- Hamak montuję – odparłem opuszczając wiertarkę.
Przez chwilę mierzył mnie srogim, jednookim spojrzeniem.
- A nie może pan u siebie? – wypluł w końcu.
Wzruszyłem ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć, że to się tak skończy – mruknąłem.
- Nie patrzył pan, ile tego wiertła weszło?
- Patrzyłem – odparłem lekko zawstydzony. – Weszło gdzieś z połowę.
Pokręcił okiem w poszukiwaniu omawianego obiektu, ale położyłem wiertarkę na podłodze, tak żeby była poza zasięgiem jego wzroku. Wyrastała z niej niemal sześćdziesięciocentymetrowa, stalowa szpica, która weszła wcale nie do połowy, tylko do samego końca.
- I co teraz? – poddał się w końcu.
- Nic, włożę kołek i wkręcę hak – rżnąłem głupa.
- Co z dziurą, się pytam – warknął.
Rozłożyłem winne całemu zamieszaniu ręce w geście oznaczającym jakąś idiotyczną mieszankę przeprosin, technicznej ignorancji i indyferencji odnośnie jego planów życiowych.
- Nie wiem – burknąłem. – Może niech pan też powiesi sobie hamak?
- Co pan robi? – spytał.
- Hamak montuję – odparłem opuszczając wiertarkę.
Przez chwilę mierzył mnie srogim, jednookim spojrzeniem.
- A nie może pan u siebie? – wypluł w końcu.
Wzruszyłem ramionami.
- Skąd miałem wiedzieć, że to się tak skończy – mruknąłem.
- Nie patrzył pan, ile tego wiertła weszło?
- Patrzyłem – odparłem lekko zawstydzony. – Weszło gdzieś z połowę.
Pokręcił okiem w poszukiwaniu omawianego obiektu, ale położyłem wiertarkę na podłodze, tak żeby była poza zasięgiem jego wzroku. Wyrastała z niej niemal sześćdziesięciocentymetrowa, stalowa szpica, która weszła wcale nie do połowy, tylko do samego końca.
- I co teraz? – poddał się w końcu.
- Nic, włożę kołek i wkręcę hak – rżnąłem głupa.
- Co z dziurą, się pytam – warknął.
Rozłożyłem winne całemu zamieszaniu ręce w geście oznaczającym jakąś idiotyczną mieszankę przeprosin, technicznej ignorancji i indyferencji odnośnie jego planów życiowych.
- Nie wiem – burknąłem. – Może niech pan też powiesi sobie hamak?
piątek, 1 czerwca 2012
Julio del Torro: Dowcip z brodą, chyba że ktoś woli wygolone
Obejrzałem wczoraj przedostatni film Sidneya Lumeta „Uznajcie mnie za winnego”. Taka komedyjka-pitawal. W każdym razie główny bohater sam siebie reprezentuje w sądzie i opowiada ławie przysięgłych historyjkę, która rzekomo zdarzyła się naprawdę. Oto ona:
Pewnego dnia przychodzę do domu, a żona mówi mi: „Hej, daj mi dwadzieścia dolców, to pójdę do rzeźnika i kupię mięso na rumsztyk”. Spojrzałem na nią zdziwiony i zaprowadziłem do kuchni, w której mamy wielkie lustro. Wyjąłem z portfela dwudziestaka i powiedziałem: „Widzisz? To jest moje dwadzieścia dolarów”. Następnie wskazałem na lustro. „A tamta dwudziestka jest twoja”.
Gdy wróciłem do domu następnego dnia, stół kuchenny zastawiony był masą mięsa. Zawołałem żonę i zapytałem, o co chodzi, skąd to wszystko wytrzasnęła. Na to żona wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do lustra. A następnie podwinęła kieckę. „Widzisz cipkę w lustrze? To twoja cipka”. „A to...” - powiedziała, kładąc rękę na łonie - „A to jest cipka rzeźnika”.
Pewnego dnia przychodzę do domu, a żona mówi mi: „Hej, daj mi dwadzieścia dolców, to pójdę do rzeźnika i kupię mięso na rumsztyk”. Spojrzałem na nią zdziwiony i zaprowadziłem do kuchni, w której mamy wielkie lustro. Wyjąłem z portfela dwudziestaka i powiedziałem: „Widzisz? To jest moje dwadzieścia dolarów”. Następnie wskazałem na lustro. „A tamta dwudziestka jest twoja”.
Gdy wróciłem do domu następnego dnia, stół kuchenny zastawiony był masą mięsa. Zawołałem żonę i zapytałem, o co chodzi, skąd to wszystko wytrzasnęła. Na to żona wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do lustra. A następnie podwinęła kieckę. „Widzisz cipkę w lustrze? To twoja cipka”. „A to...” - powiedziała, kładąc rękę na łonie - „A to jest cipka rzeźnika”.
środa, 30 maja 2012
Fidel C. de Izquierdas: Na was też...
Patrzyłem przez okno na dogorywającą burzę, zastanawiając się, czy warto. Potem zerknąłem na leżący na biurku portfel. Uświadomiłem sobie, że jeśli się nie zdecyduję, tego wieczora nie będzie mi dane ani nic zjeść, ani nic wypić. A na obie te rzeczy miałem ochotę.
Na galę do Teatru Capitol dotarłem tuż przed tym, kiedy znowu zaczęło kropić. Zdziwiło mnie, że przy wejściu nikt nie sprawdzał wejściówek. W tym mieście, jeśli dobrze sie postarać, można by chyba imprezować za darmo całą noc. Zgarnąłem słodkawego szampana, wbiłem się w tłum i zająłem obserwacją przewijających się w nim co ładniejszych dziewczyn. Obu. Towarzystwo wiekowo nieco ode mnie odstawało.
Być może stąd repertuar. Autotematyczna i monotonna historia utrzymana w formie, która bardziej nadawałaby się na fajfy – typowo ciechocińskie imprezy organizowane o godzinie, o której tamtejsi kuracjusze jeszcze są na nogach. Tam właśnie podśpiewuje się takie leciwe, quasi-weselne hity. Rączki do góry i klaszczemy, i klaszczemy! I do tego to obmierzłe wyłudzanie braw przy byle okazji. Ile się trzeba namęczyć, żeby zjeść normalną kolację.
Z drugiej strony facet miał świadomość tego, co robi. I raz nawet dał temu wyraz, czym ujął mnie za serce. Śpiewał akurat piosenkę o dziewczynie, w której się zakochał, i która go olała dla jakiegoś koksa. On, w ramach najtańszego z dostępnych wariantów zemsty, postanowił mieć na nią „zakręcone” – czyt. „wyjebane”. Zaśpiewał to, spojrzał na publiczność złożoną z dystrybutorów, dostawców, akcjonariuszy i przedstawicieli serwisów samochodowych – niemal co do jednego zajmujących się handlem oponami – i powiedział: na państwa też mam zakręcone.
Na galę do Teatru Capitol dotarłem tuż przed tym, kiedy znowu zaczęło kropić. Zdziwiło mnie, że przy wejściu nikt nie sprawdzał wejściówek. W tym mieście, jeśli dobrze sie postarać, można by chyba imprezować za darmo całą noc. Zgarnąłem słodkawego szampana, wbiłem się w tłum i zająłem obserwacją przewijających się w nim co ładniejszych dziewczyn. Obu. Towarzystwo wiekowo nieco ode mnie odstawało.
Być może stąd repertuar. Autotematyczna i monotonna historia utrzymana w formie, która bardziej nadawałaby się na fajfy – typowo ciechocińskie imprezy organizowane o godzinie, o której tamtejsi kuracjusze jeszcze są na nogach. Tam właśnie podśpiewuje się takie leciwe, quasi-weselne hity. Rączki do góry i klaszczemy, i klaszczemy! I do tego to obmierzłe wyłudzanie braw przy byle okazji. Ile się trzeba namęczyć, żeby zjeść normalną kolację.
Z drugiej strony facet miał świadomość tego, co robi. I raz nawet dał temu wyraz, czym ujął mnie za serce. Śpiewał akurat piosenkę o dziewczynie, w której się zakochał, i która go olała dla jakiegoś koksa. On, w ramach najtańszego z dostępnych wariantów zemsty, postanowił mieć na nią „zakręcone” – czyt. „wyjebane”. Zaśpiewał to, spojrzał na publiczność złożoną z dystrybutorów, dostawców, akcjonariuszy i przedstawicieli serwisów samochodowych – niemal co do jednego zajmujących się handlem oponami – i powiedział: na państwa też mam zakręcone.
środa, 23 maja 2012
Fidel C. de Izquierdas: Sens życia
Bezbrzeżna, absolutna pustka. Apatyczny bezmysł. Te krótkie, ulotne momenty, w których moja głowa wypełnia się czymś innym niż pobieżną rejestracją faktów, są niemal tak samo deprymujące, jak długie, rozwleczone w czasie chwile pomiędzy nimi. Moje wewnętrzne monologi są naszpikowane myślami równie płytkimi, jak polskie rzeki.
W sali kolumnowej Sejmu RP chaotyczne wędrówki ludów. Samotni strzelcy próbują upolować jakieś wolne krzesła, całe grupy migrują w poszukiwaniu lepszego miejsca na Ziemi. Panuje harmider, a z niego wyraźnie wybija się wszędobylski niemiecki szwargot. Czekam na konferencję dotyczącą „Ekonomicznych perspektyw rozwoju obszaru działalności Unii Łaby i Odry”. Z przewieszonej przez oparcie torby woła mnie bezgłośnie Mario Vargas Llosa żądając, abym kontynuował lekturę jego wspomnień. Za chwilę rozpoczną się cztery morderczo nudne godziny polityczno-ekonomicznego bełkotu. Llosa też był ponoć dziennikarzem.
- Informacja techniczna: język polski na kanale pierwszym, Deutsch am Kanal Zwei, czeski na trzecim.
Wstaję i idę zrobić zdjęcia ludziom, których nie znam, a którzy być może zadecydują o rozwoju wspomnianego regionu. Spotykam znajomego z redakcji. Obaj jesteśmy zdziwieni. Skoro jeden z nas tu jest, to po cholerę też i drugi? On jest bardziej wkurzony. Przyjechał z Poznania. W końcu uzgadniamy, że dzielimy się tematami. Wracam na miejsce i wlepiam tępy wzrok w butelkę niegazowanej wody stojącej na stole koło mikrofonu. „Jak ryba w wodze”. Tak Llosa zatytułował swoje wspomnienia. Ja się czuję, jak ryba w kuwecie.
Facet koło mnie śmierdzi. Typowy smród przepoconego garnituru. Zastanawiam się ile uda mi się wytrzymać na wdechu. Nagle zdaję sobie sprawę, że z głośników napastuje mnie głos tego półmózga, Grabarczyka. Nie wiem, co robić. Panikuję. Sączy te swoje irytująco przeciągnięte, wypluwane przez nos zdania, jakby złożenie każdego z nich stanowiło dla niego prawdziwy wyczyn. Istna tortura. Zakładam słuchawki i przełączam na czeski, żeby go zagłuszyć.
Tymczasem na mównicę wchodzi prezes jakiegoś czeskiego towarzystwa. Wracam na kanał polski. Prezes mówi od dobrych kilku minut, a starszawa tłumaczka trzęsącym się głosem raczy nas jedynie zwykłym: dzień dobry. Może to z litości dla słuchaczy? Potem pałeczkę przejmuje Niemiec. Ściągam słuchawki i zanurzam się w jego twardej mowie. Dociera do mnie tylko coś o „zwei grosse Pluse”. Kręcę głową z niedowierzaniem. Siedem lat nauki i potrafię jedynie zamówić piwo w knajpie.
Palant przede mną też ściąga słuchawki, ale nie przykręca głosu. W związku z tym w główny dźwięk dolatujący do nas z głośników wbija się kontrapunktujące je, irytujące, elektronicznie przetworzone bzyczenie. Mam ochotę zatłuc skurwysyna, ale ograniczam się do westchnięcia. Nigdy nie miałem odwagi działać zgodnie z własnymi odczuciami.
W sali kolumnowej Sejmu RP chaotyczne wędrówki ludów. Samotni strzelcy próbują upolować jakieś wolne krzesła, całe grupy migrują w poszukiwaniu lepszego miejsca na Ziemi. Panuje harmider, a z niego wyraźnie wybija się wszędobylski niemiecki szwargot. Czekam na konferencję dotyczącą „Ekonomicznych perspektyw rozwoju obszaru działalności Unii Łaby i Odry”. Z przewieszonej przez oparcie torby woła mnie bezgłośnie Mario Vargas Llosa żądając, abym kontynuował lekturę jego wspomnień. Za chwilę rozpoczną się cztery morderczo nudne godziny polityczno-ekonomicznego bełkotu. Llosa też był ponoć dziennikarzem.
- Informacja techniczna: język polski na kanale pierwszym, Deutsch am Kanal Zwei, czeski na trzecim.
Wstaję i idę zrobić zdjęcia ludziom, których nie znam, a którzy być może zadecydują o rozwoju wspomnianego regionu. Spotykam znajomego z redakcji. Obaj jesteśmy zdziwieni. Skoro jeden z nas tu jest, to po cholerę też i drugi? On jest bardziej wkurzony. Przyjechał z Poznania. W końcu uzgadniamy, że dzielimy się tematami. Wracam na miejsce i wlepiam tępy wzrok w butelkę niegazowanej wody stojącej na stole koło mikrofonu. „Jak ryba w wodze”. Tak Llosa zatytułował swoje wspomnienia. Ja się czuję, jak ryba w kuwecie.
Facet koło mnie śmierdzi. Typowy smród przepoconego garnituru. Zastanawiam się ile uda mi się wytrzymać na wdechu. Nagle zdaję sobie sprawę, że z głośników napastuje mnie głos tego półmózga, Grabarczyka. Nie wiem, co robić. Panikuję. Sączy te swoje irytująco przeciągnięte, wypluwane przez nos zdania, jakby złożenie każdego z nich stanowiło dla niego prawdziwy wyczyn. Istna tortura. Zakładam słuchawki i przełączam na czeski, żeby go zagłuszyć.
Tymczasem na mównicę wchodzi prezes jakiegoś czeskiego towarzystwa. Wracam na kanał polski. Prezes mówi od dobrych kilku minut, a starszawa tłumaczka trzęsącym się głosem raczy nas jedynie zwykłym: dzień dobry. Może to z litości dla słuchaczy? Potem pałeczkę przejmuje Niemiec. Ściągam słuchawki i zanurzam się w jego twardej mowie. Dociera do mnie tylko coś o „zwei grosse Pluse”. Kręcę głową z niedowierzaniem. Siedem lat nauki i potrafię jedynie zamówić piwo w knajpie.
Palant przede mną też ściąga słuchawki, ale nie przykręca głosu. W związku z tym w główny dźwięk dolatujący do nas z głośników wbija się kontrapunktujące je, irytujące, elektronicznie przetworzone bzyczenie. Mam ochotę zatłuc skurwysyna, ale ograniczam się do westchnięcia. Nigdy nie miałem odwagi działać zgodnie z własnymi odczuciami.
poniedziałek, 21 maja 2012
Antonimo Gallus: Pan kerowca
Generalnie zwykłem mówić cicho. Tylko w sytuacjach skrajnego podniecenia, przyspieszam... a volume podkręca się samoistnie. Ale dzieje się to rzadko. Dobrze, że jeszcze się dzieje. Nieważne. Ważne natomiast jest to, że...
Jechałem sobie w najlepsze na melanżyk autobusem linii 180. Ostatnim. Gdzieś na wysokości placu Trzech Krzyży (gdzie we włoskich restauracjach korpogówno ssie czajanti - chianti - czyli fonetycznie kianti) zadzwonił do mnie telefon. Odbyłem krótką, spokojną rozmowę telefoniczną. Dowiedziałem się, gdzie mam wysiąść, tam ktoś po mnie podjedzie, takie pierdolety. Trwało to może ze 30 sekund max. I co się, kurwa, dzieje?
Dodam jeszcze, że siedziałem za, jak to mówię didżejką, czyli za kierowcą.
Z okienka wychyla się posiwiała morda frajera w okularach z długim nosem i zawadiackim spojrzeniem. Z ust płynie złoto:
- Jak chce pan sobie porozmawiać, to niech pan idzie do tyłu. - Spojrzał na mnie znad okularów nisko opuszczonych na długim nosie, po czym dodał tonem Abrahama.
- Ja tu pracuję.- Po czym nie czekając odpowiedzi, pracować zaczął dalej.
Byłem zmęczony i wkurwiony. Miałem swoje powody. Pomyślałem sobie:
- Zabije cie.
Po czym powiedziałem do niego tylko.
- To bardzo dziwne co pan mówi...
Jechałem sobie w najlepsze na melanżyk autobusem linii 180. Ostatnim. Gdzieś na wysokości placu Trzech Krzyży (gdzie we włoskich restauracjach korpogówno ssie czajanti - chianti - czyli fonetycznie kianti) zadzwonił do mnie telefon. Odbyłem krótką, spokojną rozmowę telefoniczną. Dowiedziałem się, gdzie mam wysiąść, tam ktoś po mnie podjedzie, takie pierdolety. Trwało to może ze 30 sekund max. I co się, kurwa, dzieje?
Dodam jeszcze, że siedziałem za, jak to mówię didżejką, czyli za kierowcą.
Z okienka wychyla się posiwiała morda frajera w okularach z długim nosem i zawadiackim spojrzeniem. Z ust płynie złoto:
- Jak chce pan sobie porozmawiać, to niech pan idzie do tyłu. - Spojrzał na mnie znad okularów nisko opuszczonych na długim nosie, po czym dodał tonem Abrahama.
- Ja tu pracuję.- Po czym nie czekając odpowiedzi, pracować zaczął dalej.
Byłem zmęczony i wkurwiony. Miałem swoje powody. Pomyślałem sobie:
- Zabije cie.
Po czym powiedziałem do niego tylko.
- To bardzo dziwne co pan mówi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
