Kilka miesięcy temu, w ramach procedury rekrutacyjnej do pewnej firmy, musiałem wypełnić internetowy, mniej więcej dwugodzinny test kompetencji i osobowości. Nie był prosty. Moje przekonanie o własnej inteligencji brutalnie podważano w jego trakcie z każdym nowym zadaniem. Wiedziałem, że się nie dostanę, więc zapomniałem o sprawie.
Ostatnio ściągnąłem wyniki. Były cztery domeny. Trzy – inteligencja, kreatywność i biometria – obejmowały takie rzeczy, jak: zdolności numeryczne, zdolności przestrzenne, interpretacja danych, uwaga i skrupulatność, myślenie logiczne, potencjał werbalny itp. Ujęto je i osobno, i zbiorczo w kategorii „kompetencje (średnio)”. I w tej właśnie kategorii dostałem 92 percentyle, czyli, jak mi to ładnie wytłumaczono w raporcie, byłem lepszy niż 92% ludzi biorących udział w badaniu. Ujdzie w tłoku.
Ale skoro tak – tknęło mnie – to dlaczego nie zostałem nawet zaproszony do drugiego etapu? Spojrzałem na ostatnią domenę, tę dotyczącą osobowości. Były tam m.in. „ekstrawertyzm” i „stabilność emocjonalna”.
Ekstrawertyzm:
Zmienna mierzy poziom ekstrawersji definiujący jakość i liczbę interakcji społecznych, poziom aktywności, energii oraz zdolności do doświadczania pozytywnych emocji. Obejmuje cechy takie, jak: towarzyskość, serdeczność, asertywność, aktywność, poszukiwanie doznań oraz emocjonalność pozytywna.
Stabilność emocjonalna:
Zmienna mierzy stopień przystosowania emocjonalnego jako zaprzeczenie emocjonalnego niezrównoważenia. Jest to odwrotność osobowości neurotycznej.
W pierwszym przypadku dostałem 4, w drugim 6 percentyli. Widocznie nie mieli posady dla rozchybotanego emocjonalnie mizantropa.
środa, 25 kwietnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
Paco Haya Rodriguez: Archipelag Panau
Dziwnym trafem w tym tygodniu też będzie o grach. A w zasadzie o jednej. Ostatnio był warhammer a dziś zapraszam tych dla których film NIEZNISZCZALNI to podstawa kinematografii!
Ja jak najbardziej jestem fanem filmów, w których jeden przypakowany koleszka (główny bohater) chowając się za latarnią unika ostrzału z helikoptera i/lub szwadronu śmierci strzelającego w niego z siłą armaty. Po czym wyskakuje i wali do nich jak do kaczek a KAŻDA jego kula trafia! Mimo że wali do nich z ośmiostrzałowego pistoletu, morduje połowe okupantów, przejmuje armaty czy inne działa, strąca helikoptery i ma tylko jedno draśnięcie na ręku! BOMBA! Uwielbiam to! Pamiętacie Commando, Rambo, Szklane pułapki, Transporter czy wspomnianych Niezniszczalnych? Tak właśnie w tych filmach wygląda rzeczywistość.
To właśnie w nawiązaniu do nich, chcę żebyście zagrali w starą grę, jaką jest (premiera 03/2010) JUST CAUSE 2
Jeżeli twoim celem jest szerzenie chaosu (za który dostajesz dodatkowe punkty) eskplozje i strzelanie do wszystkiego, to jest to pozycja dla ciebie!!
ZOBACZCIE!
http://www.youtube.com/watch?v=5kjs-SC70Wg
http://www.youtube.com/watch?v=_xwuTbyD930&feature=relmfu
Ja jak najbardziej jestem fanem filmów, w których jeden przypakowany koleszka (główny bohater) chowając się za latarnią unika ostrzału z helikoptera i/lub szwadronu śmierci strzelającego w niego z siłą armaty. Po czym wyskakuje i wali do nich jak do kaczek a KAŻDA jego kula trafia! Mimo że wali do nich z ośmiostrzałowego pistoletu, morduje połowe okupantów, przejmuje armaty czy inne działa, strąca helikoptery i ma tylko jedno draśnięcie na ręku! BOMBA! Uwielbiam to! Pamiętacie Commando, Rambo, Szklane pułapki, Transporter czy wspomnianych Niezniszczalnych? Tak właśnie w tych filmach wygląda rzeczywistość.
To właśnie w nawiązaniu do nich, chcę żebyście zagrali w starą grę, jaką jest (premiera 03/2010) JUST CAUSE 2
Jeżeli twoim celem jest szerzenie chaosu (za który dostajesz dodatkowe punkty) eskplozje i strzelanie do wszystkiego, to jest to pozycja dla ciebie!!
ZOBACZCIE!
http://www.youtube.com/watch?v=5kjs-SC70Wg
http://www.youtube.com/watch?v=_xwuTbyD930&feature=relmfu
sobota, 21 kwietnia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Algorytm Edmondsa-Karpa
Dawno, dawno temu w zamierzchłych czasach szkoły średniej, zdarzało mi się umierać ze śmiechu czytając podręcznik do biologii. Gdy przygotowywałem się do sprawdzianu i mój umysł był już tak skatowany nieznanymi mi pojęciami, że przestawałem rozumieć mowę potoczną, czytałem na głos opis przebiegu mejozy i żonglując metafazą, anafazą, zygotenem i wrzecionem kariokinetycznym doprowadzałem się do niekontrolowanych spazmów. Zresztą wiem, że niektórzy rodzice mieli zwyczaj odczytywać fragmenty naszych podręczników na swoich imprezach w celu rozbawienia gości. Więc nie tylko ja tak miałem.
Ostatnio wróciło to do mnie, kiedy rozmawiałem z przedstawicielką Politechniki Warszawskiej (swoją drogą wiecie, że dziewczyny dzielą się na ładne, brzydkie i te z Politechniki?), która powiedziała mi, że nie może czegoś tam zrobić, bo uczy się o całkach powierzchniowych i algorytmie Edmondsa-Karpa. Sprawdziłem co to takiego przeczuwając powrót do lat młodości.
Za Wikipedią:
„Algorytm Edmondsa-Karpa jest jedną z realizacji metody Forda-Fulkersona rozwiązywania problemu maksymalnego przepływu w sieci przepływowej. Jego złożoność czasowa wynosi O(VE2), jest zatem wolniejszy od innych znanych algorytmów przepływowych działających w czasie O(V3), takich jak algorytm relabel-to-front, czy algorytm trzech Hindusów. W praktyce jednak złożoność pesymistyczna rzadko jest osiągana, co w połączeniu z prostotą czyni algorytm Edmondsa-Karpa bardzo użytecznym, szczególnie dla grafów rzadkich.”
Ostatnio wróciło to do mnie, kiedy rozmawiałem z przedstawicielką Politechniki Warszawskiej (swoją drogą wiecie, że dziewczyny dzielą się na ładne, brzydkie i te z Politechniki?), która powiedziała mi, że nie może czegoś tam zrobić, bo uczy się o całkach powierzchniowych i algorytmie Edmondsa-Karpa. Sprawdziłem co to takiego przeczuwając powrót do lat młodości.
Za Wikipedią:
„Algorytm Edmondsa-Karpa jest jedną z realizacji metody Forda-Fulkersona rozwiązywania problemu maksymalnego przepływu w sieci przepływowej. Jego złożoność czasowa wynosi O(VE2), jest zatem wolniejszy od innych znanych algorytmów przepływowych działających w czasie O(V3), takich jak algorytm relabel-to-front, czy algorytm trzech Hindusów. W praktyce jednak złożoność pesymistyczna rzadko jest osiągana, co w połączeniu z prostotą czyni algorytm Edmondsa-Karpa bardzo użytecznym, szczególnie dla grafów rzadkich.”
piątek, 20 kwietnia 2012
Julio del Torro: Pabba grande
Stałem na przystanku, gdy podszedł do mnie Włoch. Powiedział: "Victoria!".
Pierdolony, pomyślałem. Typowy Włoch. Do pierwszego meczu ponad miesiąc, w grupie mają Hiszpanów i Chorwatów, a ten mi już obwieszcza triumf na Euro.
"We will see" – odparłem sceptycznie.
Włoch nie zrozumiał.
- "Victoria. Hotel. Bus? Łan-sewen-fajw?"
A, spoko. – "Tak" – mówię Włochowi po angielsku – "łan-sewen-fajwem dojedziesz do Victorii".
Włoch mi pofenkjował, ale nie odszedł.
- "Polakko?" - zapytał.
- "Si".
- "A, gudda". - Znaczy się, że rewela.
- "Pabba" – ciągnął Włoch. - "Mi amici. Polakko".
- "Sorry?".
- "Mi amici Polakko pabba grande". - powiedział.
Że co? Jego polski przyjaciel ma wielki pub?
- "Pub?" - pytam. - "Your friend has a big pub here?"
- "Jes. Pabba."
- "Where?"
- "Roma" - odpowiedział.
- "Friend Polakko in Rome?"
- "Pabba!"
Okej, kurwa, nie kumam.
- "Pub?" - raz jeszcze pytam.
- "Pabba! Grande! Norazingero!"
Co, kurwa? Norazingero?
- "Nie rozumiem" – mówię po angielsku, a ten patrzy na mnie jak na kretyna.
- "Pabba grande norazingero!"
Norazingero, norazingero.... A! No Ratzinger, o! Kumam! Nasz papież, nie Ratinger, był grande Polakko! Kumam, Włochu, czekaj!
Ale w tym czasie przyjechał łan-sewen-fajw, Włoch machnął ręką i wsiadł.
I tyle.
Ale wiem jak to się skończy. Facet wróci do Italii i powie znajomym: „Ci Polacy to idioci, nie wiedzą nawet kim był Jan Paweł II. I jeszcze im EURO przyznali”.
Pierdolony, pomyślałem. Typowy Włoch. Do pierwszego meczu ponad miesiąc, w grupie mają Hiszpanów i Chorwatów, a ten mi już obwieszcza triumf na Euro.
"We will see" – odparłem sceptycznie.
Włoch nie zrozumiał.
- "Victoria. Hotel. Bus? Łan-sewen-fajw?"
A, spoko. – "Tak" – mówię Włochowi po angielsku – "łan-sewen-fajwem dojedziesz do Victorii".
Włoch mi pofenkjował, ale nie odszedł.
- "Polakko?" - zapytał.
- "Si".
- "A, gudda". - Znaczy się, że rewela.
- "Pabba" – ciągnął Włoch. - "Mi amici. Polakko".
- "Sorry?".
- "Mi amici Polakko pabba grande". - powiedział.
Że co? Jego polski przyjaciel ma wielki pub?
- "Pub?" - pytam. - "Your friend has a big pub here?"
- "Jes. Pabba."
- "Where?"
- "Roma" - odpowiedział.
- "Friend Polakko in Rome?"
- "Pabba!"
Okej, kurwa, nie kumam.
- "Pub?" - raz jeszcze pytam.
- "Pabba! Grande! Norazingero!"
Co, kurwa? Norazingero?
- "Nie rozumiem" – mówię po angielsku, a ten patrzy na mnie jak na kretyna.
- "Pabba grande norazingero!"
Norazingero, norazingero.... A! No Ratzinger, o! Kumam! Nasz papież, nie Ratinger, był grande Polakko! Kumam, Włochu, czekaj!
Ale w tym czasie przyjechał łan-sewen-fajw, Włoch machnął ręką i wsiadł.
I tyle.
Ale wiem jak to się skończy. Facet wróci do Italii i powie znajomym: „Ci Polacy to idioci, nie wiedzą nawet kim był Jan Paweł II. I jeszcze im EURO przyznali”.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Przelana krew
- Ej, ile to jeszcze musi być zabandażowane? Strasznie mnie to wkurwia. Nie mogę porządnie złapać G barowego, bo mam rękę zablokowaną w łokciu.
- Nie wiem stary, wydaje mi się, że powinno zdążyć zakrzepnąć. Minęło półtorej godziny.
- A co, jak nie zakrzepło? Przecież sam sobie tego z powrotem nie zawiążę.
- Chuj tam, będziesz się martwić, jak się okaże, że krew ci ciągle leci.
- To co? Zdejmować?
- Jasne.
- Kurwa mać!
- Nie po podłodze!
- Bandażuj to, kurwa, szybko!
- Jak niby? Jestem tylko wytworem twojej wyobraźni!
Wczoraj, ryzykując żółtaczkę, postanowiłem zrobić dobry uczynek jednocześnie inkasując osiem czekolad i batonika. Zostałem poproszony o oddanie krwi. Właściwie – powiedziałem sobie – co za problem? W jakiś czas po powrocie ze szpitala ubytek krwi w mózgu objawił się siedzącym obok nieznajomym.
Otarłem się o śmierć.
Pamiętajcie: dobre uczynki zawsze się mszczą.
- Nie wiem stary, wydaje mi się, że powinno zdążyć zakrzepnąć. Minęło półtorej godziny.
- A co, jak nie zakrzepło? Przecież sam sobie tego z powrotem nie zawiążę.
- Chuj tam, będziesz się martwić, jak się okaże, że krew ci ciągle leci.
- To co? Zdejmować?
- Jasne.
- Kurwa mać!
- Nie po podłodze!
- Bandażuj to, kurwa, szybko!
- Jak niby? Jestem tylko wytworem twojej wyobraźni!
Wczoraj, ryzykując żółtaczkę, postanowiłem zrobić dobry uczynek jednocześnie inkasując osiem czekolad i batonika. Zostałem poproszony o oddanie krwi. Właściwie – powiedziałem sobie – co za problem? W jakiś czas po powrocie ze szpitala ubytek krwi w mózgu objawił się siedzącym obok nieznajomym.
Otarłem się o śmierć.
Pamiętajcie: dobre uczynki zawsze się mszczą.
środa, 18 kwietnia 2012
Fidel C. de Izquierdas: Efekt pośladków
Ludzie nie lubią osób doskonałych. A dokładniej lubią, ale nie tak bardzo, jak osoby niedoskonałe. Ludzie – po raz kolejny potwierdzając tezę, że nie mogą być wynikiem inteligentnego projektu, a co najwyżej pijackiej zabawy Kosmicznej Kapibary i hołdując swojemu upodobaniu do absurdu – najbardziej lubią osoby prawie doskonałe.
Świadczy o tym zjawisko nazwane w psychologii „efektem upadku na pośladki”, czyli po angielsku „pratfall effect”. Swoją drogą, wracając na chwilę do rozmyślań nad językiem jako odzwierciedleniem potrzeb narodowych (zob. tekst z marca pt. „Plugawy naród”), jakim trzeba być narodem, żeby wytworzyć zapotrzebowanie na słowo oznaczające upadek na pośladki? I kto zajmuje się wymyślaniem nazw dla tych wszystkich zjawisk w psychologii?
Pratfall effect to coś, co w gruncie rzeczy jest dobrze znane wszystkim facetom. I nie mówię o dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Jest to bowiem tendencja do żywienia większego afektu do osób, które będąc niemal doskonałe odznaczają się jednak jakąś drobną – koniecznie drobną – wadą. Na przykład znany autorytet będzie powszechnie odebrany jako bardziej życzliwy, jeśli w trakcie rozmowy na żywo w telewizji przez przypadek obleje się kawą, niż jeśli robiąc wszystko bezbłędnie prezentować się będzie jako Pieprzony Pan Ideał. W przypadku osób przeciętnych jest dokładnie odwrotnie. Jeśli gość gada od rzeczy i do tego wygląda jakby wzorce mody czerpał z wydziału historycznego lub Politechniki, to lepiej, żeby żadną kawą się nie oblewał. Bo tylko potwierdzi, że jest cieciem.
Dokładnie tak samo działa to w przypadku kobiecej urody. Dlatego twierdzę, że dla facetów to nic nowego. Kobieta doskonała jest – co każdy wie – niedoskonała. Potrzebna jest jej jakaś niewielka skaza (pieprzyk, diastema, trzecia pierś wyrastająca z pleców), która nada jej sympatyczny rys i sprawi, że będzie postrzegana jako osoba żywa, a nie ożywiona – jak plastikowa lalka. I znowu – to działa w przypadku kobiet pięknych. W przypadku takich sobie – nie.
Pielęgnujcie swoje drobne niedoskonałości.
Świadczy o tym zjawisko nazwane w psychologii „efektem upadku na pośladki”, czyli po angielsku „pratfall effect”. Swoją drogą, wracając na chwilę do rozmyślań nad językiem jako odzwierciedleniem potrzeb narodowych (zob. tekst z marca pt. „Plugawy naród”), jakim trzeba być narodem, żeby wytworzyć zapotrzebowanie na słowo oznaczające upadek na pośladki? I kto zajmuje się wymyślaniem nazw dla tych wszystkich zjawisk w psychologii?
Pratfall effect to coś, co w gruncie rzeczy jest dobrze znane wszystkim facetom. I nie mówię o dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Jest to bowiem tendencja do żywienia większego afektu do osób, które będąc niemal doskonałe odznaczają się jednak jakąś drobną – koniecznie drobną – wadą. Na przykład znany autorytet będzie powszechnie odebrany jako bardziej życzliwy, jeśli w trakcie rozmowy na żywo w telewizji przez przypadek obleje się kawą, niż jeśli robiąc wszystko bezbłędnie prezentować się będzie jako Pieprzony Pan Ideał. W przypadku osób przeciętnych jest dokładnie odwrotnie. Jeśli gość gada od rzeczy i do tego wygląda jakby wzorce mody czerpał z wydziału historycznego lub Politechniki, to lepiej, żeby żadną kawą się nie oblewał. Bo tylko potwierdzi, że jest cieciem.
Dokładnie tak samo działa to w przypadku kobiecej urody. Dlatego twierdzę, że dla facetów to nic nowego. Kobieta doskonała jest – co każdy wie – niedoskonała. Potrzebna jest jej jakaś niewielka skaza (pieprzyk, diastema, trzecia pierś wyrastająca z pleców), która nada jej sympatyczny rys i sprawi, że będzie postrzegana jako osoba żywa, a nie ożywiona – jak plastikowa lalka. I znowu – to działa w przypadku kobiet pięknych. W przypadku takich sobie – nie.
Pielęgnujcie swoje drobne niedoskonałości.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Paco Haya Rodriquez: Na polanie w pewnym Imperium
Obudziliście się – o dziwo – na tej samej polanie, na której kładliście się spać. Słońce leniwie ogrzewa źdźbła mokrej od rosy trawy. Wstaje poranek. W żyłach nadal płynie wam wczorajszy, a może dzisiejszy alkohol. Widać impreza była niczego sobie. Rozglądacie się wokoło. Poza tym, że wzrok trochę zawodzi, myląc górę z dołem i prawo z lewo, to okolica wygląda mniej więcej tak samo jak ostatnio. Niby wszystko ok, ale... (tu MG wykonuje test na INT z modyfikatorem – 15... kości ociężale toczą się po posadzce. Udało się!) ... Niby wszystko ok, ale... spostrzegacie, że nie ma wśród was krasnoluda – Tunbaha Mściwego!
W waszych mętnych mózgach dochodzi do kilku procesów chemicznych, które powinny wywołać z otchłani czaszki jakieś wspomnienia, lecz myślenie sprawia wam okropny ból.
Co robicie?
- Staram się nie myśleć, bo to wywołuje okropny ból głowy. Siadam i rozglądam się za leczniczą resztką pobiesiadnych procentów – odparł Gorthard, wojownik rasy ludzkiej.
- Kładę się na trawę i leżę, myśląc (choć boli mnie głowa) że to sen, i że zaraz się obudzę – oznajmił Darghart. Darghart przypominał ropuchę zmieszaną z rekinem i niedźwiedziedziem polarnym. Niby to zwykły człowiek, ale dziwnej urody.
Gorthard, znajdujesz dwie flaszki, wypełnione resztkami przezroczystego płynu
- Wącham – odparł
Gdy zapach dociera do twych nozdży wydaje się być lekarstwem na całe zło tego świata. A w tym przypadku złem jest twój kac. Jednak gdy mózg przetworzył dane, zemdliło cię przepotężnie i puściłeś eleganckiego, soczystego, z resztkami wczorajszej kolacji pawia! Był tak obfity, że jego część osiadła na plecach leżącego Dargharta.
- Czy mogłbyś rzygać gdzie indziej? - spytał Darghart
W tym momencie dostrzegł kątem oka część bełta na swych plecach...
Resztę możecie sobie wyobrazić i dopowiedzieć. Tak bowiem spędzaliśmy wolny czas z ziomami w liceum. Nie, nie... nie rzygając sobie na plecy, lecz grając w Warhammera, tego prawdziwego, fabularnego. Świece, kostki, karty postaci i wielogodzinne sesje, podczas których przeżyliśmy niesamowite przygody, wypiliśmy ocean browarów, spaliliśmy wagon towarowy papierosów. Teraz zdrowie już nie te, wyobraźnia płata figle, ale warto było.
Właśnie zbieramy ekipę, aby znów odlecieć w inny świat, tak na chwilę żeby oderwać się od rzeczywistości. Mam nadzieję, że się uda. A tym czasem dzięki Mioll, Domel, Eryka, Saulot i reszta których imon nie pamiętam!
Gramy?!
W waszych mętnych mózgach dochodzi do kilku procesów chemicznych, które powinny wywołać z otchłani czaszki jakieś wspomnienia, lecz myślenie sprawia wam okropny ból.
Co robicie?
- Staram się nie myśleć, bo to wywołuje okropny ból głowy. Siadam i rozglądam się za leczniczą resztką pobiesiadnych procentów – odparł Gorthard, wojownik rasy ludzkiej.
- Kładę się na trawę i leżę, myśląc (choć boli mnie głowa) że to sen, i że zaraz się obudzę – oznajmił Darghart. Darghart przypominał ropuchę zmieszaną z rekinem i niedźwiedziedziem polarnym. Niby to zwykły człowiek, ale dziwnej urody.
Gorthard, znajdujesz dwie flaszki, wypełnione resztkami przezroczystego płynu
- Wącham – odparł
Gdy zapach dociera do twych nozdży wydaje się być lekarstwem na całe zło tego świata. A w tym przypadku złem jest twój kac. Jednak gdy mózg przetworzył dane, zemdliło cię przepotężnie i puściłeś eleganckiego, soczystego, z resztkami wczorajszej kolacji pawia! Był tak obfity, że jego część osiadła na plecach leżącego Dargharta.
- Czy mogłbyś rzygać gdzie indziej? - spytał Darghart
W tym momencie dostrzegł kątem oka część bełta na swych plecach...
Resztę możecie sobie wyobrazić i dopowiedzieć. Tak bowiem spędzaliśmy wolny czas z ziomami w liceum. Nie, nie... nie rzygając sobie na plecy, lecz grając w Warhammera, tego prawdziwego, fabularnego. Świece, kostki, karty postaci i wielogodzinne sesje, podczas których przeżyliśmy niesamowite przygody, wypiliśmy ocean browarów, spaliliśmy wagon towarowy papierosów. Teraz zdrowie już nie te, wyobraźnia płata figle, ale warto było.
Właśnie zbieramy ekipę, aby znów odlecieć w inny świat, tak na chwilę żeby oderwać się od rzeczywistości. Mam nadzieję, że się uda. A tym czasem dzięki Mioll, Domel, Eryka, Saulot i reszta których imon nie pamiętam!
Gramy?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
