Whitney Houston umarła tej nocy (polskiego czasu) w hotelu w Los Angeles. Miała 48 lat. Sekcja zwłok oczywiście dopiero będzie, ale i tak wszyscy podejrzewają, że się zaćpała. Ćpać zaczęła dawno, podobno dlatego, że mąż ją bił i gwałcił. A potem, mimo że od męża w końcu udało jej się odciąć, to z narkotykami walczyła długo. O co to chodzi z tymi bitymi laskami? Brak pewności siebie? Ale taki kompletny? Że on mnie tłucze, ale go nie zostawię, bo przecież nie poradzę sobie sama? (mimo że mam genialny głos i kontrakt z wytwórnią?) Czy może, może i mnie leje, gwałci, chla i uzależnił mnie od heroiny, ale to świetny gość i go kocham? Nie mogę tego pojąć. Laski, ogarnijcie się. Rihanna podobno ma na wystąpić dzisiaj na Grammy z Chrisem Brownem. Tak, to ten, który ją zlał w noc przed Grammy 3 lata temu. Jest taka teoria, że to pijarowe zagranie, żeby stopniowo przygotować fanów, zanim zostanie ogłoszone, że oni się znowu spotykają. Mam nadzieję, że to jednak tylko plotka.
A swoją drogą, wracając do śmierci Whitney, nie chciałabym być właśnie w skórze reżysera tegorocznej gali nagród Grammy. Ciekawe, czy biedak już wymyślił nowy scenariusz :)
niedziela, 12 lutego 2012
sobota, 11 lutego 2012
Antonimo Gallus: Antonimo Gallus
Antonimo Gallus to imię, którym naznaczył mnie Naczelny. Chciałem pisać, lecz nie miałem pseudo. Pseudo jest ważne - o ile nie najważniejsze, w branży. Wymyślam wiele ksywek ludziom naokoło otaczającym mnie, co więcej, zdarzało mi się nazywać również rzeczy, strony internetowe i takie takie.
Co innego jednak nazwać siebie, tutaj jest zawsze niezwykle ciężko sobie dogodzić. Zapytany przez naczelnego, jak bym chciał się nazywać, poczułem się jakbym miał stworzyć siebie od nowa… nowe ja. Jakie ono ma być, skoro jeszcze go nie ma? Chciałem żeby było głupawe, trochę śmieszne, owiane tandetną tajemniczością. Miało również wpisywać się w resztę Catrinas Bandy. Ale wymyślając swój nowy image jakoś nie udało mi się wpasować w hiszpańskie nazewnictwo.
- Gal Antonim - Napisałem do Naczelnego bez przekonania.
- Yo, będziesz Antonimo Gallus - odpowiedział Naczelny.
Tak też zostałem Antonimo Gallusem. Jestem wdzięczny Naczelnemu, że nie nazwał mnie Antonio Gallus. Niby to tylko literka M, ale robi dość znaczną różnicę. Antonio Gallus już był. Był włoskim pilotem wojskowym oraz akrobatą. W wieku 42 lat zginął śmiercią tragiczną podczas wykonywania akrobacji zwanej Arizona. Wtedy to jego samolot G - 91 n.12 zderzył się z G - 91 n.2 kapitana F.Broyedaniego. Broyedani wylądował, mimo znacznego uszkodzenia samolotu. Co innego Gallus. Gallus odbył 246 lotów akrobatycznych, ten był jego ostatnim. Wylatał 4100 godzin i ani godziny dłużej. 3 marca 1983 roku, został pośmiertnie odznaczony Medalem Waleczności Wojskowej. Umarł w wieku 42 lat, ja nie zamierzam umierać wcale. Dzięki, Julio, o włos mnie nie zabiłeś!
Co innego jednak nazwać siebie, tutaj jest zawsze niezwykle ciężko sobie dogodzić. Zapytany przez naczelnego, jak bym chciał się nazywać, poczułem się jakbym miał stworzyć siebie od nowa… nowe ja. Jakie ono ma być, skoro jeszcze go nie ma? Chciałem żeby było głupawe, trochę śmieszne, owiane tandetną tajemniczością. Miało również wpisywać się w resztę Catrinas Bandy. Ale wymyślając swój nowy image jakoś nie udało mi się wpasować w hiszpańskie nazewnictwo.
- Gal Antonim - Napisałem do Naczelnego bez przekonania.
- Yo, będziesz Antonimo Gallus - odpowiedział Naczelny.
Tak też zostałem Antonimo Gallusem. Jestem wdzięczny Naczelnemu, że nie nazwał mnie Antonio Gallus. Niby to tylko literka M, ale robi dość znaczną różnicę. Antonio Gallus już był. Był włoskim pilotem wojskowym oraz akrobatą. W wieku 42 lat zginął śmiercią tragiczną podczas wykonywania akrobacji zwanej Arizona. Wtedy to jego samolot G - 91 n.12 zderzył się z G - 91 n.2 kapitana F.Broyedaniego. Broyedani wylądował, mimo znacznego uszkodzenia samolotu. Co innego Gallus. Gallus odbył 246 lotów akrobatycznych, ten był jego ostatnim. Wylatał 4100 godzin i ani godziny dłużej. 3 marca 1983 roku, został pośmiertnie odznaczony Medalem Waleczności Wojskowej. Umarł w wieku 42 lat, ja nie zamierzam umierać wcale. Dzięki, Julio, o włos mnie nie zabiłeś!
piątek, 10 lutego 2012
Julio del Torro: Germański, kurwa, oprawca!
Odkąd wszedłem w posiadanie Świni, jestem lepszą jednostką, ale mam dziwne sny. Śni mi się głównie zniszczenie, pożoga, nienawiść – ogólnie mówiąc: zło.
Dzisiaj to był mój budynek u progu rozbiórki, sąsiedzi galopujący w tę i we w tę z dorobkiem swojego życia i ja opróżniający piwnicę z dziwnych artefaktów, świadomy, że jeśli nie zdążę, zaanektują to niesprecyzowani obcy. Ale to jeszcze nic.
Przedwczoraj śniłem o wojnie. Byłem akurat u babci w okolicach warszawskiego Dworca Zachodniego, gdy rozpoczął się nalot. Jakoś od razu wiedzieliśmy, o co chodzi: Niemcy. Babcia mówi:
- Wnusiu, należy wypierdalać z budynku, bo nie ma nic gorszego niż zginąć pod gruzami.
Cóż, uznałem argumentację za słuszną, chociaż nieco mnie zdziwiło, że starowinka przeklina. Wybiegliśmy przed blok i czekaliśmy na dalsze koleje losu, obserwując przelatujące myśliwce. A po nich helikoptery. A po nich jakiegoś takiego małego latającego, uzbrojonego komara z esesmanem za sterami, który leciał prosto na mnie (babcia, zaznajomiona z tajnikami kamuflażu, zaszyła się pod ziemią, ale słyszałem jej krzyk, że uciekaj, wnusiu, uciekaj). No więc zacząłem uciekać wśród świstu serii z karabinków komara. Jakimś cudem znalazłem się nagle na dachu niskiego budynku vis a vis bloku babci. Pomyślałem, że jestem bezpieczny.
Myliłem się. Tuż przede mną zmaterializował się wrogi żołnierz niemiecki z lufą pistoletu wymierzoną w moją pierś. I wystrzelił, skurwysyn.
Wiedziałem, że rana jest śmiertelna, ale jeszcze stałem na nogach.
- Pociągnę cię za sobą, niemiecka świnio (to z pewnością oniryczna aluzja do mojej Świni)! - wrzasnąłem i wystrzeliłem do wroga. Dostał w brzuch. Upadaliśmy razem.
Gdy tak umierałem w kałuży krwi na dachu budynku w wojennej Warszawie, leżąc obok własnoręcznie wykończonego niemieckiego wojaka, myślałem sobie – po chuj wyłaziłeś z tego budynku?! Śmigłowce, bombowce i inne helikoptery przestały już przelatywać, blok stoi jak stał, żadnych gruzów. Siedziałbyś sobie w cieple, przy telewizorze, popijając kompot babci. Wybiegać ci się zachciało i teraz masz za swoje – nie żyjesz.
I umarłem.
I się obudziłem.
Nie należy aprobować wszystkich szalonych pomysłów babć tylko dlatego, że są babciami, że są stare i że winniśmy im szacunek.
Dzisiaj to był mój budynek u progu rozbiórki, sąsiedzi galopujący w tę i we w tę z dorobkiem swojego życia i ja opróżniający piwnicę z dziwnych artefaktów, świadomy, że jeśli nie zdążę, zaanektują to niesprecyzowani obcy. Ale to jeszcze nic.
Przedwczoraj śniłem o wojnie. Byłem akurat u babci w okolicach warszawskiego Dworca Zachodniego, gdy rozpoczął się nalot. Jakoś od razu wiedzieliśmy, o co chodzi: Niemcy. Babcia mówi:
- Wnusiu, należy wypierdalać z budynku, bo nie ma nic gorszego niż zginąć pod gruzami.
Cóż, uznałem argumentację za słuszną, chociaż nieco mnie zdziwiło, że starowinka przeklina. Wybiegliśmy przed blok i czekaliśmy na dalsze koleje losu, obserwując przelatujące myśliwce. A po nich helikoptery. A po nich jakiegoś takiego małego latającego, uzbrojonego komara z esesmanem za sterami, który leciał prosto na mnie (babcia, zaznajomiona z tajnikami kamuflażu, zaszyła się pod ziemią, ale słyszałem jej krzyk, że uciekaj, wnusiu, uciekaj). No więc zacząłem uciekać wśród świstu serii z karabinków komara. Jakimś cudem znalazłem się nagle na dachu niskiego budynku vis a vis bloku babci. Pomyślałem, że jestem bezpieczny.
Myliłem się. Tuż przede mną zmaterializował się wrogi żołnierz niemiecki z lufą pistoletu wymierzoną w moją pierś. I wystrzelił, skurwysyn.
Wiedziałem, że rana jest śmiertelna, ale jeszcze stałem na nogach.
- Pociągnę cię za sobą, niemiecka świnio (to z pewnością oniryczna aluzja do mojej Świni)! - wrzasnąłem i wystrzeliłem do wroga. Dostał w brzuch. Upadaliśmy razem.
Gdy tak umierałem w kałuży krwi na dachu budynku w wojennej Warszawie, leżąc obok własnoręcznie wykończonego niemieckiego wojaka, myślałem sobie – po chuj wyłaziłeś z tego budynku?! Śmigłowce, bombowce i inne helikoptery przestały już przelatywać, blok stoi jak stał, żadnych gruzów. Siedziałbyś sobie w cieple, przy telewizorze, popijając kompot babci. Wybiegać ci się zachciało i teraz masz za swoje – nie żyjesz.
I umarłem.
I się obudziłem.
Nie należy aprobować wszystkich szalonych pomysłów babć tylko dlatego, że są babciami, że są stare i że winniśmy im szacunek.
środa, 8 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Katusze melepety
Dzień później również zrobiłem 180 km, żeby wziąć udział w imprezie, na której zasnąłem o dziesiątej. Zwaliłbym to na cukrzycę, na somatyczne wyczerpanie będące wyrazem tego biernego oporu, jaki mój organizm stosuje wobec współczesnej kultury konsumpcjonizmu, na brak należytego posiłku przed planowanym pijaństwem, ale tak naprawdę chodzi tu właśnie o pijaństwo sensu stricto. Zapijaczona melepeta.
Niemniej dzień wcześniej mogłem dodać do tego cztery godziny spędzone za kółkiem mocno nieszczelnego pojazdu, skutkujące nie tylko zwykłym zmęczeniem, ale też problemem z zatokami. Głowa mi pękała jeszcze zanim doszedłem do stadium kaca. Dlatego na urodzinach dziadka złożyłem się jak scyzoryk na pierwszym lepszym fotelu i oddałem marzeniom o ciszy wieńczącej dogorywający właśnie rodzinny zlot.
I wtedy oni sięgnęli po śpiewnik.
Nie byle jaki śpiewnik. Śpiewnik wydany przez Dowództwo 2 Korpusu Zmechanizowanego: Wydział Społeczno-Wychowawczy. Śpiewnik patriotyczno-żołniersko-partyzancki-biesadno-ludowy-harcersko-turystyczny (sic!), którego mottem, jak na śpiewnik żołniersko-partyzancki przystało, jest: „Upływa szybko życie…”. Śpiewnik opracowany przez dwóch podpułkowników (wreszcie wiem, czym się zajmuje wojsko). Pozbierali oni chyba wszystkie piosenki jakie udało im się znaleźć i wrzucili je do wspólnego worka stosując tylko jedną, jedyną zasadę – kolejności alfabetycznej. W ten sposób sprawili, że obok „Międzynarodówki” (to pieśń patriotyczna czy turystyczna?) jest tam „Międzynarodówka pijaka”; obok „Piechoty” („Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój”), „Pasła gąski pod jaworem”; obok „O mój rozmarynie”, „O mnie się nie martw”.
Cierpiąc skulony na fotelu odczuwałem mieszankę szczerej nienawiści i nie mniej szczerego podziwu. Jak ktoś mógł trzymać podobny śpiewnik tyle lat? Przecież to był jak nic późny Gomułka, ewentualnie wczesny Gierek – myślałem. W stanie wojennym nikt się w takie rzeczy nie mógł bawić. Tu pewnie miałem rację. Śpiewnik wydano po stanie wojennym. W 2005 roku.
Niemniej dzień wcześniej mogłem dodać do tego cztery godziny spędzone za kółkiem mocno nieszczelnego pojazdu, skutkujące nie tylko zwykłym zmęczeniem, ale też problemem z zatokami. Głowa mi pękała jeszcze zanim doszedłem do stadium kaca. Dlatego na urodzinach dziadka złożyłem się jak scyzoryk na pierwszym lepszym fotelu i oddałem marzeniom o ciszy wieńczącej dogorywający właśnie rodzinny zlot.
I wtedy oni sięgnęli po śpiewnik.
Nie byle jaki śpiewnik. Śpiewnik wydany przez Dowództwo 2 Korpusu Zmechanizowanego: Wydział Społeczno-Wychowawczy. Śpiewnik patriotyczno-żołniersko-partyzancki-biesadno-ludowy-harcersko-turystyczny (sic!), którego mottem, jak na śpiewnik żołniersko-partyzancki przystało, jest: „Upływa szybko życie…”. Śpiewnik opracowany przez dwóch podpułkowników (wreszcie wiem, czym się zajmuje wojsko). Pozbierali oni chyba wszystkie piosenki jakie udało im się znaleźć i wrzucili je do wspólnego worka stosując tylko jedną, jedyną zasadę – kolejności alfabetycznej. W ten sposób sprawili, że obok „Międzynarodówki” (to pieśń patriotyczna czy turystyczna?) jest tam „Międzynarodówka pijaka”; obok „Piechoty” („Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój”), „Pasła gąski pod jaworem”; obok „O mój rozmarynie”, „O mnie się nie martw”.
Cierpiąc skulony na fotelu odczuwałem mieszankę szczerej nienawiści i nie mniej szczerego podziwu. Jak ktoś mógł trzymać podobny śpiewnik tyle lat? Przecież to był jak nic późny Gomułka, ewentualnie wczesny Gierek – myślałem. W stanie wojennym nikt się w takie rzeczy nie mógł bawić. Tu pewnie miałem rację. Śpiewnik wydano po stanie wojennym. W 2005 roku.
niedziela, 5 lutego 2012
Catalina Jimenez: real love story
Zastanawialiście się kiedyś co dzieje się po zakończeniu filmu? To znaczy, jak już laska znajdzie swojego księcia na białym koniu i jak po tych wszystkich perypetiach, kłótniach, niedomówieniach, wreszcie wyznają sobie miłość i nie ma już przeszkód żeby byli ze sobą do końca świata?
Może być np tak:
Jeden ze smutniejszych filmów jakie widziałam. Rewelacyjna Williams (tak to ta z "Jeziora marzeń", ale też ta od Marilyn!) i oczywiście świetny Gosling. Naprawdę warto.
Może być np tak:
Jeden ze smutniejszych filmów jakie widziałam. Rewelacyjna Williams (tak to ta z "Jeziora marzeń", ale też ta od Marilyn!) i oczywiście świetny Gosling. Naprawdę warto.
środa, 1 lutego 2012
Fidel C. de Izquierdas: Fack you Abraham!
Szedłem akurat ulicą rozmawiając ze znajomymi o wkładaniu sobie do odbytu różnych przedmiotów. On opowiadał, że do szpitala zgłosił się kiedyś facet z całym wibratorem w tyłku. Ona stwierdziła, że to podobno bardzo częste. Nie zdążyłem poprosić o rozwinięcie tematu, bo oto przed nami wyrósł tłum demonstrantów. Stali przed ambasadą amerykańską protestując przeciwko naciskom wywieranym przez ambasadora Fensteina na polski rząd w sprawie ACTA. Jeden z uczestników trzymał dumnie i wysoko transparent z napisem: „Fack you Abraham!”.
Mężczyzna zaintrygował nas na tyle, że zaczęliśmy rozważać możliwe wytłumaczenia napisu. Po pierwsze: literówka. To błąd, czy celowa prowokacja? Bo może on wie coś, czego my nie wiemy? Na przykład, że Obama albo Bush popisali się kiedyś taką samą ortografią jak Komorowski?
Po drugie: Abraham. Czy chodziło o Abrahama Lincolna i dlaczego akurat o niego? Czy chodziło o Abrahama Izraelitę? A jeśli tak, to jakie miało być dokładnie przesłanie hasła? Że Żydzi rządzą tak w Hollywood jak w Waszyngtonie i ci drudzy zmuszają świat do podporządkowania się interesom tych pierwszych?
- Przepraszam – ciekawość znajomego wzięła górę. – Ta literówka to celowa?
- Jaka literówka? – pytaniem na pytanie odpowiedział mężczyzna z transparentem.
- Czemu Abraham? – wtrąciłem się zamykając pierwszy temat.
- Bo to przecież był ich pierwszy prezydent!
- Rozumiem – odparłem. – A Waszyngton nie istniał. Stolicę nazwali po jakimś pastuchu.
- To pierwszy był Waszyngton? – zdziwił się.
- Tak – kiwnąłem głową na wypadek, gdybym wyraził się nieprecyzyjnie. – Lincoln rządził w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku.
- To wtedy, kiedy zabili Kinga?
- Mniej więcej – przyznałem. – Sto lat wcześniej.
- No dobra – facet postanowił otworzyć przed nami serce. – Tak naprawdę, to po prostu nie lubię Żydów. Ale nie jestem antysemitą! – zastrzegł się.
Mężczyzna zaintrygował nas na tyle, że zaczęliśmy rozważać możliwe wytłumaczenia napisu. Po pierwsze: literówka. To błąd, czy celowa prowokacja? Bo może on wie coś, czego my nie wiemy? Na przykład, że Obama albo Bush popisali się kiedyś taką samą ortografią jak Komorowski?
Po drugie: Abraham. Czy chodziło o Abrahama Lincolna i dlaczego akurat o niego? Czy chodziło o Abrahama Izraelitę? A jeśli tak, to jakie miało być dokładnie przesłanie hasła? Że Żydzi rządzą tak w Hollywood jak w Waszyngtonie i ci drudzy zmuszają świat do podporządkowania się interesom tych pierwszych?
- Przepraszam – ciekawość znajomego wzięła górę. – Ta literówka to celowa?
- Jaka literówka? – pytaniem na pytanie odpowiedział mężczyzna z transparentem.
- Czemu Abraham? – wtrąciłem się zamykając pierwszy temat.
- Bo to przecież był ich pierwszy prezydent!
- Rozumiem – odparłem. – A Waszyngton nie istniał. Stolicę nazwali po jakimś pastuchu.
- To pierwszy był Waszyngton? – zdziwił się.
- Tak – kiwnąłem głową na wypadek, gdybym wyraził się nieprecyzyjnie. – Lincoln rządził w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku.
- To wtedy, kiedy zabili Kinga?
- Mniej więcej – przyznałem. – Sto lat wcześniej.
- No dobra – facet postanowił otworzyć przed nami serce. – Tak naprawdę, to po prostu nie lubię Żydów. Ale nie jestem antysemitą! – zastrzegł się.
wtorek, 31 stycznia 2012
Paco Haya Rodriquez: Mydłem w twarz, czyli jak zamydlić wam oczy?
Od dawna poszukuję dobrego tematu na blog. Jednak gdy jakiś fajny się pojawi, “jakiś fajny”, czyli coś godnego opisania lub skomentowania, natychmiast umiera. Chciałem skrobnąć o finansach w polityce, jednak wielmożnie nam panujący podpisali ACTA i wszystko się zesrało. Temat, jak wspomniałem, umarł... zdechł i pogrzebał się sam. Nie dlatego, że naruszał coś tam i w związku z ACTA mogliby mi skoczyć na pukiel lub do gardła, nie, nie... zupełnie z innej przyczyny. A mianowicie – ręce mi opadły i pomysł wyparował. Udał się w długo oczekiwany niebyt, w który wraz z nim udało się kilka kolejnych niezłych tematów.
Miało być o USA. To znaczy niezupełnie, ale pośrednio, lecz dogłębnie. Chciałem wam wspomnieć o traktowaniu zwykłego obywatela bardzo dziwnego wschodnioeuropejskiego kraju, jakim jest Polska. No cóż, o tym nie napiszę, bo jeszcze są gotowi aresztować mnie na lotnisku za sam wygląd... chociaż, gdy złapię kilka słonecznych promieni i przyodzieję odpowiedni strój, mogę być pomylony z Arabem... No mogę. Trochę ich rozumiem! Nie napiszę zatem o moich odczuciach i frustracjach. Tak czy inaczej chwalić kraj którym nasiąkam, a takim jest Ameryka, będę nadal.
Wtedy wpadłem na pomysł iście nie na miejscu. Zupełnie nieadekwatny do pory roku. Napiszę o rowerach – pomyślałem. Jednak po głębszym zastanowieniu nie wiedziałem, co napisać. Bo kogo to obchodzi, że faktycznie jeżdżę zimą na rowerze, mam kominiarkę, okulary ochronne i śmieszne niebieskie podkolanówki... No raczej nietrafiony temat.
No i nadal się nad tym zastanawiam. Wiem natomiast, że przy okazji kolejnych moich wpisów, przedstawię wam moje tęgie kroki w akwarystyce. Ciekawe, czy rzucę ją w cholerę przed następnym wtorkiem? Hmmm.
Jednocześnie uczulam Was, iż nadchodzi wielkimi krokami – większymi niż wiosna – nowa, odświeżona CATRINA! Już za momencik! Totalnie za free, za gratis, za darmo... jako bonus do waszego codziennego życia!
Miało być o USA. To znaczy niezupełnie, ale pośrednio, lecz dogłębnie. Chciałem wam wspomnieć o traktowaniu zwykłego obywatela bardzo dziwnego wschodnioeuropejskiego kraju, jakim jest Polska. No cóż, o tym nie napiszę, bo jeszcze są gotowi aresztować mnie na lotnisku za sam wygląd... chociaż, gdy złapię kilka słonecznych promieni i przyodzieję odpowiedni strój, mogę być pomylony z Arabem... No mogę. Trochę ich rozumiem! Nie napiszę zatem o moich odczuciach i frustracjach. Tak czy inaczej chwalić kraj którym nasiąkam, a takim jest Ameryka, będę nadal.
Wtedy wpadłem na pomysł iście nie na miejscu. Zupełnie nieadekwatny do pory roku. Napiszę o rowerach – pomyślałem. Jednak po głębszym zastanowieniu nie wiedziałem, co napisać. Bo kogo to obchodzi, że faktycznie jeżdżę zimą na rowerze, mam kominiarkę, okulary ochronne i śmieszne niebieskie podkolanówki... No raczej nietrafiony temat.
No i nadal się nad tym zastanawiam. Wiem natomiast, że przy okazji kolejnych moich wpisów, przedstawię wam moje tęgie kroki w akwarystyce. Ciekawe, czy rzucę ją w cholerę przed następnym wtorkiem? Hmmm.
Jednocześnie uczulam Was, iż nadchodzi wielkimi krokami – większymi niż wiosna – nowa, odświeżona CATRINA! Już za momencik! Totalnie za free, za gratis, za darmo... jako bonus do waszego codziennego życia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

