sobota, 24 grudnia 2011

Alejandro Veraç: W Wigilię Bożego Narodzenia

Tak całkowicie przypadkowo i bez żadnej konkretnej okazji, w imieniu swoim i całej redakcji, życzę milionom czytelników Catrinasbloga rubasznego karpia i innych smakowitych kąsków przy wigilijnym stole, a w Nowym Roku pełnej zamrażarki zimnej wódeczki, niedzielnych poranków bez kaca, spektakularnych podbojów miłosnych, sukcesów seksualnych zwieńczonych udanym szczytowaniem i wielu niezapomnianych przeżyć przy lekturze naszych postów.

piątek, 23 grudnia 2011

Julio del Torro: Tajemnica Złotego Pociągu

Sprzeczaliśmy się z Bustosem w kwestii... Nieważne, chodziło o literaturę, sytuacja miała miejsce przed knajpą, na papierosie, po paru piwach, więc dysputa była zażarta. W pewnym momencie padło hasło „kryminał”, akurat, gdy przechodził obok nas facet zbierający po knajpach szkło.
- Kryminał? – powiedział patrząc na mnie. - A zna pan takie nazwisko, Aghata Christie?
Nie, kurwa, pierwsze słyszę...
- Coś tam słyszałem – odpowiedziałem.
- A wie pan, kim by jej mąż?
I tu mnie zagiął. Bustosa zresztą też. Nie mieliśmy pojęcia.
- Był archeologiem – wyjaśnił nam. - A ja też studiowałem archeologię. Znam Syrię, znam Bliski Wschód. Studiowałem pod tym i pod tamtym (tu padały nazwiska, być może znane, które też nic nam nie mówiły). A pewnego razu jechałem pociągiem... Tak zwanym Złotym Pociągiem z Londynu do Stambułu. Przez Bułgarię jechaliśmy. I wiecie, panowie, co się stało?

A teraz pokrótce, jaka była nasz recepcja. Otóż staliśmy na fajku, gadaliśmy o literaturze, aż tu nagle przypałętał się żul erudyta, co to zna Chrisie, no ja pierdolę. Po chwili jednak okazuje się, że żul nie jest imbecylem, że coś tam wie, coś tam przeżył, robi się coraz ciekawiej... Aż tu nagle magiczny Złoty Pociąg w kontekście Aghaty Christie i jej „Morderstwa w Orient Expressie” i pytanie „czy wiemy, co się stało?”, czyli, że zaraz poleje się krew, znajdą zasztyletowane ciało, albo chociaż w oddali zawyje pies Baskervillów (w końcu nie tylko Christie pisała kryminały). Tak więc nasza reakcja sprowadzała się do: „No gadaj, facet, co tam się stało?!”.

- I wiecie, panowie, co się stało? W Sofii uwaliliśmy się jak świnie!
Co powiedziawszy, nasz Hercules Poirot odszedł.

czwartek, 22 grudnia 2011

Rodolfo Bardonado: Świąteczna zawierucha

Tytuł nie ma co prawda żadnego przełożenia na krótką i zabawną (przynajmniej dla mnie) treść. Choć oczywiście z powodu zbliżających się Świąt jestem zabiegany. Ilość przedwigilijnych Wigilii, na których popija się trunki jest w tym tygodniu przeogromna, a jeszcze trzeba pracować. W ramach obowiązków służbowych czytałem ostatnio Przegląd Sportowy. Nasz sędzia piłkarski - niejaki pan Borski trafił do europejskiej superligi arbitrów, co oznacza, że będzie mógł prowadzić na przykład mecze Ligi Mistrzów. Przy tej okazji gazeta przypomniała, że dotychczas tylko czterech polskich sędziów dostąpiło tego zaszczytu. Byli to (cytuję za Przeglądem) Zbigniew Przesmycki, Ryszard Wójcik a także Jacek G. i Grzegorz G. Takie fifty-fifty...

środa, 21 grudnia 2011

Fidel C. de Izquierdas: Okultyzm dla średniozaawansowanych

Na okultyzm dla średniozaawansowanych zapisałem się przez internet. Nie byłem na wprowadzającym kursie przygotowawczym, ale organizatorzy napisali, że jeśli ktoś czuje się na siłach, może przystąpić od razu do części zasadniczej. Zerknąłem na sylabus. Nie wyglądał groźnie. Uznałem, że dam radę. Nabyłem zalecaną literaturę składającą się z „Szatańskich wersetów”, legendarnej, wielotomowej historii młodocianego czarnoksiężnika oraz wydanej przez wydawnictwo Medium w serii „Alchemia zdrowia” książki Caroline Myss pt. „Anatomia zdrowia. Siedem poziomów siły i uzdrawiania”. Oczywiście nie po to, żeby uzdrawiać, ale żeby wiedzieć, przeciwko czemu będziemy walczyć. Zdobyłem też rekwizyty, choć to wymagało trochę więcej zachodu. Zestaw do spuszczania krwi z noworodków, czyli nóż i specjalnie profilowaną wanienkę, udało mi się dostać w sklepie żydowskim w Al. Jerozolimskich, koło palmy. Amulety – gwiazdę chaosu z onyksem i koło zaklęć magicznych – znalazłem w sieci.

Pierwsze zajęcia trochę mnie rozczarowały. Klęczeliśmy w Podziemiu, w sali numer 4, tworząc z naszych ciał Złowrogi Półksiężyc. Kapłan, w czarnych jak piekło szatach liturgicznych, rozpoczął od powolnej inkantacji przeplatanej odczytami z tomu pierwszego świętej księgi.
- Dominus et Domina Dursley, qui vivebant in aedibus Gestationis Ligustrorum numero quattuor signatis... – mruczał.

Potem wprowadzono psa. Psa? – pomyślałem zawiedziony wyciągając nóż. To już we współczesnych galeriach sztuki znajdzie się bardziej interesujące instalacje. W CSW zamknięto ostatnio w szklanej sferze Żyda i Araba, żeby zobaczyć co się stanie. Nic się nie stało. Jeden położył się z jednej strony, drugi z drugiej. Nawet nie zetknęli się nogami. Symboliczna nuda. Ostatecznie pogodziłem się z myślą, że wypatroszymy kundla. W końcu to dopiero pierwsze zajęcia – uznałem. Nie za dużo na raz. Ale nawet tego nie było! Pies, jak się okazało, nie był częścią kursu. Należał do któregoś z uczestników z sali obok i zaplątał się u nas przez przypadek. Zakończyliśmy zbiorową modlitwą w intencji suszy. Wszystko razem – strata pieniędzy.

wtorek, 20 grudnia 2011

Paco Haya Rodriquez: Kryzysowa narzeczona

Kryzys dopada wszystko i wszystkich. Ja akurat daleki jestem od popadania w depresję i inne kryzysy, jednak ostatnio kilka już zaistniało. Kryzys Eurolandu, Grecja, Egipt, Hiszpania...
Na podstawie obrazów, jakie zaobserwowałem wczoraj, przewiduję kolejne i to szybciej niż się spodziewałem. Czy zauważyliście, że cena wachy przeszła samą siebie? Diesel droższy od zwykłej 95-tki?! Ten kraj schodzi na psy. Diesel kosztuje średnio 5,69... a maksymalnie 5,74, przy czym najtańsza 95-tka 5,53. Ludzie, co za paranoja, się pytam?! Z czego dobre 40% tej ceny to jakieś chore podatki! Ręce same się w dupę chowają. Z pracą coraz trudniej, a zarobki w dół, nie w górę.

Zresztą z pracą w tym kraju zawsze było tak samo. Trudno bez znajomości znaleźć coś fajnego i jeszcze dobrze zarabiać. No chyba, że jest się długonogą, śliczną i cycatą blondynką – względnie brunetką – ze znajomością kilku języków, przynajmniej z dwoma fakultetami... no albo chociaż z pojemnymi ustami i twardymi kolanami...

A wracając do kryzysu. Ten dopada nawet kawały o znajdowaniu pracy...
Pewna aktorka opowiada koleżance o niedawnym obiedzie ze znanym reżyserem:
- Pokazał mi scenariusz. Wiesz, główna rola jakby dla mnie stworzona.
Potem poszliśmy do niego, żeby omówić zamysł filmu. I w trakcie rozmowy ten bydlak mi mówi, że widzi mnie w roli pokojówki, która na ekranie nie wypowiada ani jednego słowa!
- No i co? - pyta koleżanka.
- No wiesz, roześmiałam mu się prosto w jajca!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Bustos Domecq: Zabić kota (i dwa psy)

Ostatnio nie mogę się uwolnić od tekstu piosenki, której słuchałem pewnie gdzieś w liceum. Leci to tak:

Kota schwytaliśmy w kącie śmietnika
Łeb mu wcisnąłem w mokrą grudę żwiru
Dziesięcioletni mój przyjaciel Świrus
Wstrzymując oddech - użył scyzoryka.

Zwierzak się szarpał, krew wsiąkała w żwir,
Fruwała w kłakach wystraszona sierść.
Rozwarła się pod ostrzem kocia pierś
W łysiny płuc i śliski kiszek wir.

Wiotczał pod dłonią protest żywych sił
Łomotał w sercu zachwycony lęk,
Aż o żywotach kota dziewięciu przesąd pękł
W cynobry nerwów i błękity żył.

Takie wspomnienie nić pamięci mota.
Świrus chirurgiem został, znanym w kraju
I wie, gdzie życia kończy się istota;
Ja pisze wiersze o śmierci Rodzaju...

Wiele zawdzięcza ludzkość męce kota.


Nie jest to wbrew pozorom wolne tłumaczenie z Cannibali, jest to wiersz Jacka Kaczmarskiego. Autobiograficzny czy zmyślony, z pewnością mocny siłą obrazowania. A przypomniał mi o nim inny artysta, o którym ostatnio przypomnieli sobie internauci z kwejka, gdzie kilka dni temu pojawiło się takie oto cuś:


http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2011/12/6705791ee2ab83dd72cd4f54189ef2af.jpg?1323963928



Ilość bzdur przy okazji tej "petycji" jest niepojęta. Otóż nikt nie stwierdził i nie udowodnił, że pies zdechł (lista osób pewnych że nie zdechł jest dość wątpliwa i oczywista, bo to sam Vargas i właścicielka galerii, ale zarzuty trzeba udowodnić). Po drugie na Biennale Vargas został zaproszony z inną pracą. Po trzecie nikt nikogo nie zagłodził a i trudno stwierdzić, czy ktokolwiek kogokolwiek głodził. Po czwarte jeśli pies zdechł, to jak każdy inny wycieńczony przybłęda: gdzieś pod płotem, a nie - jak sugeruje rezolutny internauta - "na oczach >>znawców<<". Po piąte w końcu, jeśli się nad tym chwilę zastanowimy, tak z zachowywaniem zdrowego rozsądku, a nie rozemocjonowani na widok chorego zwierzęcia jak 14-latka po pierwszej miesiączce to przecież jedyny realny scenariusz jest taki, że owszem - wzięli brzydkiego, chorego psa z ulicy, przywiązali go do ściany galerii, która jest otwarta w określonym czasie, a nie 24h/dobę, po czym po zamknięciu psa poili i karmili, pewnie nawet jakiś galeryjny cieć go głaskał i z nim gadał, bo niby czemu nie.

To wszystko świadczy dla mnie o tym, jak potrzebna była praca Vargasa - wszystkie te petycje i zarzuty biorą się przecież z niepojętego dla ludzi estetycznie zestawienia biednego, chorego psa ze słowem "sztuka". Oczywiście żaden z tych święcie oburzonych nie weźmie do domu pchlarza z rynsztoka, bo mu zakłaczy nowy dywan z Ikei, za to może się zalogować do neta i bez najmniejszej znajomości całej sprawy obsobaczyć gościa za sadyzm i niezdrowe fascynacje, przy okazji tworząc kolejną wersję definicji Sztuki która przecież jest jedyna i wiadomo jaka.

I symptomatyczne jest to, że najbardziej stanowcze opinie o sztuce mają ludzie, którzy o sztuce gówno wiedzą.

niedziela, 18 grudnia 2011

Catalina Jimenez: święta idą

Mimo że śnieg tej zimy pada tylko w googlach ("let it snow" trzeba wpisać), święta się zbliżają. Nigdy mnie to jakoś za bardzo nie jarało, właściwie nawet w ogóle. Jako niewierząca kompletnie w nic nie bardzo mnie to jakoś duchowo obchodzi. Nie przeżywam. Natomiast, skoro i tak wyjeżdżam w każdą Wielkanoc, to Boże Narodzenie spędzam z rodziną, jak każdy. Nawet to lubię, jest czas pogadać, napić się, obejrzeć jakąś ckliwą, romantyczną, świąteczną komedię, na chwilę się zatrzymać. Całkiem miło. W tym roku Wigilię spędzamy jednak u Bustosa. W związku z tym kilka dni temu byłam świadkiem takiej rozmowy telefonicznej Bustosa z jego mamą. Świadkiem był również Adam, który akurat odbierał od nas fotel i na tę okoliczność upiliśmy się we trójkę:
Mama Bustosa: Zróbcie sushi na Wigilię, ok?
Bustos: Hm... Sushi?? dla tych stu osób to nas chyba nie stać... poza tym ciężko to na stole postawić, z tym wasabi i sosem sojowym? Bez sensu oraz nie ma mowy. Ale możemy zrobić na obiad, obiad jemy w Wigilię zawsze w mniejszym gronie niż kolację, a nie zawsze to musi być śledź z ziemniakami.
Mama Bustosa: Ale babcia tego nie zje, to będzie głodna.
Bustos: No to będzie.
Mama Bustosa: Synek!
Bustos: No to nie wiem.
Wyjście nieoczekiwanie znalazł Adam: Powiedzcie babci, że to taka tradycyjna potrawa z Kresów.
I tak w tym roku jedynym moim kulinarnym wkładem w Wigilię będzie sushi. Kuchnia fusion.