Świat się zmienia. Truizm. Banalne pierdy. Ale się zmienia. Może nie w Anglii, gdzie ludzie odkąd telewizja sięga pamięcią rozładowywali stres lejąc się wzajemnie po mordach, tłukąc policję i uprawiając radosne, spontaniczne plądrowanie sąsiadów z dzielnicy. Wytłumaczenia teraźniejszych zamieszek odwołujące się do ekonomicznych niedostatków i społecznych frustracji są pewnie niepozbawione krztyny prawdy, ale pomijają jeden niezmiernie ważny element. Nudę. Oni po prostu zabijają nudę. Innych może też, przy okazji, ale przede wszystkim nudę. Bo czy rzucanie płytą chodnikową w mundurowych nie może wywołać przyjemnego dreszczyku ekscytacji?
Tymczasem w Polsce agresja pomału wygasa. Przynajmniej u jednego człowieka.
- Codziennie patrzę w lustro i powtarzam sobie: nic nie powiem – przyznał mi się właściciel Antykwariatu. – Ale to się nie da. Weźmy choćby tego ostatniego gościa.
Zaczęło się od tego, że siedząc przy stoliku niedaleko baru nagle usłyszałem jego głos. Odpowiadał klientowi.
- Kiedyś za coś takiego bym pana wyrzucił – oznajmił flegmatycznie, jak człowiek zmęczony bezustanną walką z samym sobą o utrzymanie nerwów na wodzy. Zastrzygłem uszami. Klient coś tam odburknął. – Nie no, ja pana zabiję. Po co pan to mówi? Herbatę? Tu się nie przychodzi na herbatę!
- Jednak bym poprosił – uparł się facet.
- Odradzam. Ale skoro pan tak bardzo chce. Piwa i tak już panu nie sprzedam.
- Wie pan, co on powiedział? – zagadnął mnie Antykwariusz z godzinę później, kiedy zamawiałem ciemnego Budweisera. – Że świat się zmienia. Że kiedyś przychodził tu na herbatę. Po co to mówić takie rzeczy? Co on! Jak on! Przecież państwo tu nie przychodzicie po to, żebym was emablował swoją osobą, prawda? Zostawiam was w spokoju i tylko obserwuję z boku. Więc po co on to do mnie mówił!
Uwielbiam go. Sam dostałem od niego opierdol nie raz. Ale i tak uwielbiam obserwować jego scysje z innymi. Stanowią o klimacie miejsca tak samo jak erotyczne foty, którymi obwieszone są ściany.
- Co polecam? – powtarza często pytanie gości z szorstką szczerością w głosie. Wreszcie koniec z obłudną, obślizgłą kapitalistyczną przymilnością. – Jak to, co polecam? Które piwo uważam za dobre? Wszystkie z karty. Po to ją stworzyłem. Może pan wybrać takie, na jakie ma pan ochotę. I tak, wszystkie są dobre. Bo jakby nie były, to bym ich nie sprzedawał. Czy to nie oczywiste?
- Soku do piwa? Dla ukochanej? Nie ma. Jak ukochana nie lubi piwa, to niech nie pije.
Tym razem zostałem do późna. Bywały takie czasy, że Antykwariat zamykany był o jedenastej. Pomimo tłumu ludzi. Koniec, wypad, idę do domu. Nie tym razem. Tym razem siedzieliśmy tam do trzeciej. Gdzieś w międzyczasie wdałem się z właścicielem w krótką i raczej jednostronną rozmowę na temat kondycji intelektualnej polskiego społeczeństwa. Niedługo później, ku swojemu bezgranicznemu zdziwieniu, Antykwariusz wyszedł na salę z tacą, na której miał pięć pysznych, malutkich drinków. Dla siebie i wszystkich pozostałych w lokalu. Kawa, adwokat i jakieś dwa inne składniki. Na ciepło, oczywiście.
- To ode mnie – powiedział. – Lubię was, więc postanowiłem was poczęstować.
Szczęka mi opadła. Świat się zmienia.
środa, 10 sierpnia 2011
wtorek, 9 sierpnia 2011
Paco Haya Rodriquez: Dziś wiem, że życie cudem jest!
Wakacje. Czas wolny, słońce, dobry nastrój... Wszystko to udziela się każdemu. Jesteśmy uśmiechnięci, problemy schodzą na drugi na plan. Jakoś tak inaczej, tak lepiej.
Nie dalej jak dzisiaj rano, gdy z Julio del Torro udaliśmy się do jadłodajni na pyszne kanapki, siedząc przy stole usłyszeliśmy przepiękny utwór muzyczny. Było to wspomnienie dawnych chwil. Proszę państwa z uśmiechem na twarzy wysłuchaliśmy do końca. “Zamigotał świat” Varius Manx wywołał w nas jakiś dziki młodzieńczy szał. Nastroiło nas to zajebiście wakacyjnie, dlatego po dotarciu do jakiegkolwiek komputera z internetem youtube zawojował głośniki. Nastąpiła playlista z samymi hitami takimi jak De Su - “Życie cudem jest”, Sixteen - “Obudź we mnie Wenus” czy Kasia Kowalska – “Jak rzecz”.
Nie wiem jak ten dzień się skończy, wiem natomiast, że jutro odwiedze Katowice tracąc słuch na Metal Hammer Fest, stąd pewnie dzisiejsze rozluźnienie.
Varius Manx:
http://www.youtube.com/watch?v=7Fa7RNiwFDQ&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=AAXweRAUfPs&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=_2-_AwdeCww
De Su:
http://www.youtube.com/watch?v=3LHBg5rgiI4
Sixteen
http://www.youtube.com/watch?v=E1Tw0hueR6k&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=33O9YHy-8kE&feature=related
Gabryś Fleszar
http://www.youtube.com/watch?v=itMrhTp52BY&feature=related
Artur Gadowski
http://www.youtube.com/watch?v=zWIsG7TznwI&feature=related
Kasia Kowalska
http://www.youtube.com/watch?v=dU6WKCRZbRU
i na koniec pozdrowienia znad morza [dzięki za kartkę!]
Nie dalej jak dzisiaj rano, gdy z Julio del Torro udaliśmy się do jadłodajni na pyszne kanapki, siedząc przy stole usłyszeliśmy przepiękny utwór muzyczny. Było to wspomnienie dawnych chwil. Proszę państwa z uśmiechem na twarzy wysłuchaliśmy do końca. “Zamigotał świat” Varius Manx wywołał w nas jakiś dziki młodzieńczy szał. Nastroiło nas to zajebiście wakacyjnie, dlatego po dotarciu do jakiegkolwiek komputera z internetem youtube zawojował głośniki. Nastąpiła playlista z samymi hitami takimi jak De Su - “Życie cudem jest”, Sixteen - “Obudź we mnie Wenus” czy Kasia Kowalska – “Jak rzecz”.
Nie wiem jak ten dzień się skończy, wiem natomiast, że jutro odwiedze Katowice tracąc słuch na Metal Hammer Fest, stąd pewnie dzisiejsze rozluźnienie.
Varius Manx:
http://www.youtube.com/watch?v=7Fa7RNiwFDQ&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=AAXweRAUfPs&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=_2-_AwdeCww
De Su:
http://www.youtube.com/watch?v=3LHBg5rgiI4
Sixteen
http://www.youtube.com/watch?v=E1Tw0hueR6k&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=33O9YHy-8kE&feature=related
Gabryś Fleszar
http://www.youtube.com/watch?v=itMrhTp52BY&feature=related
Artur Gadowski
http://www.youtube.com/watch?v=zWIsG7TznwI&feature=related
Kasia Kowalska
http://www.youtube.com/watch?v=dU6WKCRZbRU
i na koniec pozdrowienia znad morza [dzięki za kartkę!]
niedziela, 7 sierpnia 2011
Catalina Jimenez: jak zginęła królowa Tajlandii
"Na początku dwudziestego wieku królowa Tajlandii płynęła statkiem po rzece wraz z wielką świtą dwórek, lokai, pokojówek, łaziebnych i kontrolerów pożywienia, gdy nagle fala uderzyła w rufę i monarchini wpadła do turkusowych wód Nippon Kai, w której, mimo błagań o ratunek, utonęła, bo nikt nie pośpieszył jej z pomocą. Wyjaśnienie tego faktu, niezrozumiałego dla zewnętrznego świata, dla Tajów było absolutnie oczywiste: tradycja wymagała - i tak jest po dziś dzień - żeby nikt, żaden mężczyzna, ani żadna kobieta, nie dotykał królowej.
Jeśli religia jest opium dla ludu, to tradycja bywa jeszcze groźniejszym środkiem uśmierzającym, po prostu dlatego, że rzadko dostrzega się tę jej złowrogość. Jeśli uznamy religię za opaskę uciskową, pulsującą żyłę i igłę, to tradycja jest znacznie bardziej swojską miksturą: herbatą z dodatkiem zmielonego maku, słodkim kakao z domieszką kokainy, czymś co mogłaby przyrządzić poczciwa babcia. Dla Samada, podobnie jak dla Tajlandczyków, tradycja była tożsama z kulturą, a kultura wiodła do korzeni i były to dobre, nieskalane zasady. Nie oznaczało to, że potrafił żyć zgodnie z nimi, stosować się do nich czy dorastać według ich wymogów, ale korzenie pozostawały korzeniami, a wiadomo, że korzenie są czymś dobrym. Na nic się nie zdało uświadamianie, że zielsko też ma korzenie albo że próchnica zaczyna się w dziąsłach, właśnie od korzeni."
Zadie Smith "Białe zęby".
Jeśli religia jest opium dla ludu, to tradycja bywa jeszcze groźniejszym środkiem uśmierzającym, po prostu dlatego, że rzadko dostrzega się tę jej złowrogość. Jeśli uznamy religię za opaskę uciskową, pulsującą żyłę i igłę, to tradycja jest znacznie bardziej swojską miksturą: herbatą z dodatkiem zmielonego maku, słodkim kakao z domieszką kokainy, czymś co mogłaby przyrządzić poczciwa babcia. Dla Samada, podobnie jak dla Tajlandczyków, tradycja była tożsama z kulturą, a kultura wiodła do korzeni i były to dobre, nieskalane zasady. Nie oznaczało to, że potrafił żyć zgodnie z nimi, stosować się do nich czy dorastać według ich wymogów, ale korzenie pozostawały korzeniami, a wiadomo, że korzenie są czymś dobrym. Na nic się nie zdało uświadamianie, że zielsko też ma korzenie albo że próchnica zaczyna się w dziąsłach, właśnie od korzeni."
Zadie Smith "Białe zęby".
piątek, 5 sierpnia 2011
Julio del Torro: Sen nocy letniej
Od kilku dni (konkretnie od niedzieli) moja fantazja jest niebywale pobudzona. Wzburzona wręcz. W każdym razie nocami objawia się owe wzburzenie niezwykle jaskrawymi i pełnymi pokrętnych znaczeń snami, tak wyraźnymi, że znakomicie je pamiętam nie tylko nad ranem ale i po kilku dniach.
Zeszłej nocy między innymi przeżyłem tsunami, które nawiedziło zwykłą polską plażę. Następnie stałem się mordercą czyhającym na klatce warszawskiego mrówkowca na trzech innych morderców. Miałem ich rzecz jasna wykończyć, jednak okazali się przedstawicielami mitycznej nacji Ogonów obdarzonymi paranormalnymi siłami, a przy tym najpewniej nieśmiertelnymi, gdyż kule zamiast ich zabić potęgowały tylko ich moce. W każdym razie skończyłem rzucając się samobójczo z siódmego piętra, a w tle obok muzyczki z horrorów rozbrzmiewało przerażające zdanie: „Boisz się naszych ogonów!”.
Tej nocy było nieco mniej katastrofalnie. Najpierw w warszawskich Alejach Jerozolimskich zobaczyłem umierającą afrykańską rodzinę żywcem wyjętą z reportaży Gazety Wyborczej o głodzie i suszy. W kieszeni miałem dwie dychy. Niby dużo jak na rzucenie do kapelusza, ale z drugiej strony – pomyślałem we śnie – kurwa, co to dla mnie, a ile oni sobie za to kupię wody! Gdy podszedłem bliżej okazało się, że to co brałem za krańcowe wycieńczenie, było tylko drzemką na słońcu, a rodzina uchodźców płynnie mówiącymi po polsku sprzedawcami luksusowych jagodzianek... W które to jagodzianki zainwestowałem swoje dwie dychy. Jagodzianki nie zdążyłem jeszcze wprowadzić do paszczy, gdy za moimi plecami rozległy się wystrzały ludzkich pisków. Otóż w międzyczasie Aleje na wysokości między Placem Starynkiewicza a Placem Zawiszy przemieniły się w kanał rzeczny, którym to właśnie przepływała ogromna atrapa Titanica. Zapytałem więc grzecznie ojca, który nagle pojawił się obok mnie, że tatusiu, kurwa, co tu robi Titanic? Na co tata odpowiedział, że płynie do nas (w rzeczywistości mieszkam przy Zawiszy). - Jak to do nas? – dalej dopytywałem. – No do nas – odparł tata – rodzina z Płocka (w rzeczywistości w Płocku żadnej rodziny nie mam i nie miałem). – Ale dlaczego płyną atrapą Titanica? – No wiesz synku, oni po prostu nie mają klasy. Wiesz, Płock. Prostactwo.
No. Takie to mam właśnie ostatnio sny.
PS Płocczan wszystkich pozdrawiam i przepraszam za moją oskarżycielską podświadomość.
Zeszłej nocy między innymi przeżyłem tsunami, które nawiedziło zwykłą polską plażę. Następnie stałem się mordercą czyhającym na klatce warszawskiego mrówkowca na trzech innych morderców. Miałem ich rzecz jasna wykończyć, jednak okazali się przedstawicielami mitycznej nacji Ogonów obdarzonymi paranormalnymi siłami, a przy tym najpewniej nieśmiertelnymi, gdyż kule zamiast ich zabić potęgowały tylko ich moce. W każdym razie skończyłem rzucając się samobójczo z siódmego piętra, a w tle obok muzyczki z horrorów rozbrzmiewało przerażające zdanie: „Boisz się naszych ogonów!”.
Tej nocy było nieco mniej katastrofalnie. Najpierw w warszawskich Alejach Jerozolimskich zobaczyłem umierającą afrykańską rodzinę żywcem wyjętą z reportaży Gazety Wyborczej o głodzie i suszy. W kieszeni miałem dwie dychy. Niby dużo jak na rzucenie do kapelusza, ale z drugiej strony – pomyślałem we śnie – kurwa, co to dla mnie, a ile oni sobie za to kupię wody! Gdy podszedłem bliżej okazało się, że to co brałem za krańcowe wycieńczenie, było tylko drzemką na słońcu, a rodzina uchodźców płynnie mówiącymi po polsku sprzedawcami luksusowych jagodzianek... W które to jagodzianki zainwestowałem swoje dwie dychy. Jagodzianki nie zdążyłem jeszcze wprowadzić do paszczy, gdy za moimi plecami rozległy się wystrzały ludzkich pisków. Otóż w międzyczasie Aleje na wysokości między Placem Starynkiewicza a Placem Zawiszy przemieniły się w kanał rzeczny, którym to właśnie przepływała ogromna atrapa Titanica. Zapytałem więc grzecznie ojca, który nagle pojawił się obok mnie, że tatusiu, kurwa, co tu robi Titanic? Na co tata odpowiedział, że płynie do nas (w rzeczywistości mieszkam przy Zawiszy). - Jak to do nas? – dalej dopytywałem. – No do nas – odparł tata – rodzina z Płocka (w rzeczywistości w Płocku żadnej rodziny nie mam i nie miałem). – Ale dlaczego płyną atrapą Titanica? – No wiesz synku, oni po prostu nie mają klasy. Wiesz, Płock. Prostactwo.
No. Takie to mam właśnie ostatnio sny.
PS Płocczan wszystkich pozdrawiam i przepraszam za moją oskarżycielską podświadomość.
czwartek, 4 sierpnia 2011
Rodolfo Bardonado: Gdzieś między Cieszynem a Zakopanem
Od kilku dni nieprzerwanie przemierzam Polskę w ślad za barwnym peletonem Tour de Pologne. Teraz jestem gdzieś w drodze do Zakopca. Podróż to świetny sposób na przyjrzenie się z bliska choćby polskim hotelom. Śpię w całkiem dobrych, niby wszystko na tip-top, ale zawsze jest jakieś ale...
W hotelu w Ossie kilka dni temu po skończonej robocie skoczyliśmy na piwko. Kumpel się szarpnął i powiedział "Ja stawiam". I postawił. Rachunek za trzy Żywce 36 złotych. Kolega dał pięć dyszek, a sprytny barman, któremu bym przypierdolił (gdybym sam płacił) powiedział, że wyda ale bez czterech złotych bo nie ma drobnych. Dorzucił jeszcze, że przecież warto wesprzeć biednego studenta. Nie dość że cham to jeszcze piwa nalał pod kreską. Skoro już piwko stało się jeszcze bardziej nieprzyzwoicie drogie kumpel poprosił o dolanie. Barman dolał tak, że piwo się rozlało. "Nalałem od serca" - powiedział wycierając szklankę brudną ścierką. Piwo wyjątkowo mi się odbijało.
W hotelu w Ossie kilka dni temu po skończonej robocie skoczyliśmy na piwko. Kumpel się szarpnął i powiedział "Ja stawiam". I postawił. Rachunek za trzy Żywce 36 złotych. Kolega dał pięć dyszek, a sprytny barman, któremu bym przypierdolił (gdybym sam płacił) powiedział, że wyda ale bez czterech złotych bo nie ma drobnych. Dorzucił jeszcze, że przecież warto wesprzeć biednego studenta. Nie dość że cham to jeszcze piwa nalał pod kreską. Skoro już piwko stało się jeszcze bardziej nieprzyzwoicie drogie kumpel poprosił o dolanie. Barman dolał tak, że piwo się rozlało. "Nalałem od serca" - powiedział wycierając szklankę brudną ścierką. Piwo wyjątkowo mi się odbijało.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Paco Haya Rodriquez: Gdzie mieszka owca?
Każdy ma to, na co sobie zasłużył. Ja akurat mam całkiem nieźle. Mieszkanie w bloku ma plusy i minusy to wiadome. Darcie ryja do trzeciej nad ranem może być niewygodne dla sąsiadów. Ja jednak trafiłem w całkiem dobry rój. Żyjemy sobie w zgodzie z otoczeniem, wspólnie pijemy, wspólnie balujemy, wspólnie gadamy... wspólnie tworzymy zespół Justyna & spółka.
Zawsze znajdzie się czarna owca. Tym razem mieszka pod siódemką. A skoro o siódemce mowa to przypominam, iż CATRINAS #7 od 25/07/2011 jest dostępny na naszej stronie http://catrinas.pl/index.php?dzial=download
A u Ciebie gdzie mieszka czarna owca?
Zawsze znajdzie się czarna owca. Tym razem mieszka pod siódemką. A skoro o siódemce mowa to przypominam, iż CATRINAS #7 od 25/07/2011 jest dostępny na naszej stronie http://catrinas.pl/index.php?dzial=download
A u Ciebie gdzie mieszka czarna owca?
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)

