10 kwietnia uczciliśmy wizytą na Kreuzberg (dzielnica Berlina nazwa ozn. góra krzyżowa), więc było całkiem tematycznie. Okazało się, że Berlin pięknym miastem jest. Miastem z mnóstwem parków, w których ludzie grillują (i nikomu nie przeszkadza, że śmierdzi), leżą na trawie (o zgrozo!), piją piwo (tak, i nikt nie dał nam za to mandatu, poważnie), albo pływają kajakami po licznych kanałach. Sielanka, radość, spokój, zielone drzewa i miliony knajpek, a każda inna i każda z klimatem. Ludzie mili, fajnie ubrani i bardzo przystojni (męska część w każdym razie). Idealna niedziela. A wy tam sobie krzyczcie, że to wszystko spisek, ja do was wcale nie chcę wracać.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Catalina Jimenez: krzyż
Dyskurs katastrofy smoleńskiej w mediach, w niektórych kręgach na ulicy i w radiu Maryja, o ile jeszcze ono się tak nazywa, niestety nie podchodzi redakcji Catrinas. Właściwie to po prostu wszyscy nim rzygamy. Jak, mam nadzieję, większość naszego społeczeństwa (ta mniejszość jest po prostu bardziej głośna) przynajmniej w Warszawie. I naszym wieku. Tak sobie wmawiam, żeby nie zwariować. Niestety ta głośna część stała się w okolicach rocznicy jeszcze bardziej głośna. Razem z Bustosem nie dalibyśmy rady tego słuchać. Nie mamy telewizora, radia właściwie można by nie włączać, internet i tak nam się skończył (bo to taki mobilny z limitem i jak Bustos ściąga pornosy, które nazywa nie wiedzieć czemu muzyką, to się internet kończy przed upływem miesiąca), ale demonstracje jakieś były zaplanowane. To oznaczało, że może dojść do bezpośredniego spotkania z jakimś idiotą, który nie wierzy w to, że samoloty czasem spadają, bo się zepsują. Szczególnie stare samoloty. Jakaż była więc nasza radość, gdy okazało się, że czas rocznicy spędzimy m. in. Pulgito i jego Aniołkiem za zachodnią granicą.
piątek, 8 kwietnia 2011
Julio del Torro: Wokół rocznicy, wokół bioder
Lubię te biodra obwiązane materiałem. Materiał otula je niedbale. Jest luźny. Niby otula, niby opada. Pod nim rysuje się już podbrzusze, rysują się pośladki. Lubię ten zabieg: niby wiadomo, że jeszcze wszystko zakrywa, ale rzeczą nieuniknioną jest, że w końcu opadnie.
Oczywiście pod materiałem nie ma nic. Oczywiście od pasa w górę dziewczyna jest naga. Oczywiście.
Oczywiście nie ma rąk.
Dokładnie 191 lat temu, 8 kwietnia 1820 roku, grecki wieśniak Yorgos Kentrotas, w ruinach starożytnego miasta Adamas, głównego portu doryckiej wyspy Melos, odnalazł posąg Afrodyty, znany całemu światu jako Wenus z Milo. Wypijcie w ten piątkowy wieczór za pamięć Yorgosa. A gdy sobotni kac minie, obejrzyjcie Marzycieli Bertolucciego. Jest tam taka scena...
środa, 6 kwietnia 2011
Fidel Capucha de Izquierdas: Krótkie fiuty
Kiedyś byłem właścicielem i menedżerem salonu samochodowego w West Barnstable w stanie Massachusetts, zwanego Saab Cape Cod. Salon i ja zbankrutowaliśmy trzydzieści trzy lata temu. Wtedy saab, jak i teraz, był szwedzkim samochodem, i teraz wierzę, że moje niepowodzenie jako dilera tak dawno temu wyjaśnia coś, co w innym razie pozostałoby głęboką tajemnicą: dlaczego Szwedzi nigdy nie przyznali mi literackiej Nagrody Nobla. Stare norweskie przysłowie mówi: „Szwedzi mają krótkie fiuty, ale długą pamięć.”
Kurt Vonnegut, Człowiek bez ojczyzny
wtorek, 5 kwietnia 2011
Paco Haya Rodriquez: Stary człowiek i już nie może
Biegam po podwórku cały dzień, dre ryja ile wlezie. Biegam, latam, skaczę. Fontanna, piaskownica, zjeżdżalnia, huśtawki!
- Paco, el hogar – słyszę jak mama woła mnie do domu.
- Mamá, ni un minuto – odpowiadam
Przecież nie mogę przerwać zabawy w tym momencie!!! Właśnie znęcamy się nad zwierzętami, jednocześnie ubijając mrówki. A w planach na dzisiaj jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Gdy mama wzywa juz 3 raz, a w jej glosie slychać ból i cierpienie mojego tyłka, postanawiam wracać. Żegnam się z Alejandro, moim kumplem i zmierzam powolnym krokiem do drzwi. Jestem zmęczony, brudny i obolały ale wiem, że jutro dokończymy zabawę i napewno prędzej czy później rozniesiemy nasze podwórko!
Tak też się stało. Byliśmy mali... czy głupi? Tego bym nie powiedział. Byliśmy młodsi. Zabawy podwórkowe były celem samym w sobie.
Minęło te dwadzieścia lat a w naszych, ponad trzydziestoletnich, głowach nadal siano zostało i mamy chęć na zabawę ... no może trochę inną, ale wciąż ruch wskazany. Koniec lutego zwiastuje wiosnę, więc rower czas odkurzyć i wziąć się za siebie. No właśnie - i tu zaczynają się schody. Przejechałem 15 kilometrów i moje kości, stawy i mięsnie odmówiły posłuszeństwa! Zakwasy trzymały mnie kolejne dwa dni.
Co się stało pytam samego siebie?!... Do czego to doszło żeby nie móc się ruszać po zagraniu krótkiego meczu w gałę czy w siatkę?! Ludzie!!! Co się z nami dzieje?
Od dwóch miesięcy staram się jeżdzić regularnie rowerem, jutro biegnę na basen a w środę może jakaś piłka. Siedzenie przed kompem, spacer do parku na wódę czy tenis na nintendo wii nie bardzo przypomina mi tą dawną zabawę i oddychanie pełną piersią. Mimo, że szlugi porzuciłem dobre 3 lata temu wcale nie czuję się lepiej. Napewno ma to związek z tym przepysznym amerykańskim daniem narodowym jakim jest hamburger.. No ale o tym pisałem wcześniej
Czy jestem stary i już nie mogę? Otóż Szanowni Państwo – gówno prawda! Jestem młody, a już nie mogę. I to nie tylko ja. Patrzę tak na was jadąc rowerem i wiecie co?
Jesteście dokładnie tak samo sztywni jak ja! Z małymi wyjątkami potwierdzającymi regułę.
Trzeba coś zmienić. Może podejście, może obowiązki a może środowisko. Hmm
Nie umiem tańczyć ale umiem się gibać w rytm muzyki. Jednak i tak tego nie zrobię gdyż obawiam się złamań, naciągnięć i/lub zakwasów.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Bustos Domecq: Flupy z polonistyki
bruLion jest zjawiskiem ze wszech miar ciekawym, choć dzisiaj trochę jakby zapomnianym. Słyszy się czasem, jak jakaś studentka polonistyki napomknie w metrze jakiemuś swojemu chłopakowi z polibudy o takim piśmie, co to "wychodziło w latach 80." i co to ona teraz musi opisać na jakieś zajęcia i nic nie kuma, albo o "pokoleniu bruLionu", choć nikt już nie pamięta, co to znaczy, i że ona to już nie wie, czy jest pokoleniem bruLionu, JPII, mp3, czy generacją nic. Ach! Piękna, niemądra studentko, wpadnij do mnie, to ci opowiem o bruLionie ile wiem przy black label. A potem wróci Catalina, i umrzesz.
O bruLionie pisano różnie. Albo tak:
"Przerażający bełkot francuskiego szaleńca, w którym nekrofilia, gwałt połączony z morderstwem księdza, profanacja ołtarza i hostii, odrażające okrucieństwo i fascynacja fekaliami łącza się w monstrualnych opisach, z których nie sposób zacytować choćby niewielkiego fragmentu.(...) To wszystko i wiele innych atrakcji czeka na czytelnika "niezależnego" kwartalnika "bruLion". Pisma, którego 9 już numer pracowicie wypełnia kilku raczej nieznanych, ale zapewne bardzo odważnych młodzieńców. Poprzednio już zwrócili na siebie uwagę arogancją i programowym nihilizmem, teraz jednak przekroczyli granice, w których mogą być tolerowane nieodpowiedzialne wybryki."
albo tak:
"najbardziej miarodajne i reprezentacyjne zarazem czasopismo literackie dnia dzisiejszego.(...) Zakłada (ono) szkicowość, niedookreśloność, niegotowość, brulionowość właśnie. Realizuje gombrowiczowski program niedojrzałości. Niedojrzałości siebie w niedojrzałym, niegotowym do życia świecie. Ferdydurkizm na całego. Szamotanina, kawaleryjskość jako reguła stylu i myślenia. Awanturnicza prześmiewczość i skandal jako racja bytu. Brawo, czegoś takiego dawno, a może nigdy na taką skalę nie było.(...) Ten felieton nie jest płatną reklamą periodyku. To krzyk zachwyconej duszy"
Piszę o tym, bo sam o bruLionie wiem za mało, bo sam niekiedy przypomnę sobie o takich brakach, i - próbując je nadrobić - wpada mi do głowy coś, co już na ten temat wiem. I tak jakiś czas temu przypomniał mi się wierszyk-sztandar, który jakiś czas uchodził za manifest stylistyczny czy formalny bruLionu. Wierszyk przytaczałem dawno temu w innym miejscu, ale wart jest wspomnienia i tu; a imię jego: Flupy z pizdy.
- mam flupy - usłyszałem
od dziewczyny i myślę: co ?
- co? - pytam
- no, leci mi z pizdy
Jakimi dziwnymi ścieżkami chadza historia sztuki, że i grupa Tot-art i późniejsze środowisko bruLionu prócz wyjątkowych indywidualności twórczych wydało szereg religijnych fanatyków i sekciarzy...
I teraz dwa pytania: może my tu w CATRINAS powinniśmy sobie zafundować taki sztandar, którym będziemy wymachiwali przed oczami wszystkim zgorszonym rozsiewając flupy, czy na co tam innego wpadniemy?
I dwa: a może od razu założymy sektę?
I na marginesie: a może jeszcze jedna kolejka?
O bruLionie pisano różnie. Albo tak:
"Przerażający bełkot francuskiego szaleńca, w którym nekrofilia, gwałt połączony z morderstwem księdza, profanacja ołtarza i hostii, odrażające okrucieństwo i fascynacja fekaliami łącza się w monstrualnych opisach, z których nie sposób zacytować choćby niewielkiego fragmentu.(...) To wszystko i wiele innych atrakcji czeka na czytelnika "niezależnego" kwartalnika "bruLion". Pisma, którego 9 już numer pracowicie wypełnia kilku raczej nieznanych, ale zapewne bardzo odważnych młodzieńców. Poprzednio już zwrócili na siebie uwagę arogancją i programowym nihilizmem, teraz jednak przekroczyli granice, w których mogą być tolerowane nieodpowiedzialne wybryki."
albo tak:
"najbardziej miarodajne i reprezentacyjne zarazem czasopismo literackie dnia dzisiejszego.(...) Zakłada (ono) szkicowość, niedookreśloność, niegotowość, brulionowość właśnie. Realizuje gombrowiczowski program niedojrzałości. Niedojrzałości siebie w niedojrzałym, niegotowym do życia świecie. Ferdydurkizm na całego. Szamotanina, kawaleryjskość jako reguła stylu i myślenia. Awanturnicza prześmiewczość i skandal jako racja bytu. Brawo, czegoś takiego dawno, a może nigdy na taką skalę nie było.(...) Ten felieton nie jest płatną reklamą periodyku. To krzyk zachwyconej duszy"
Piszę o tym, bo sam o bruLionie wiem za mało, bo sam niekiedy przypomnę sobie o takich brakach, i - próbując je nadrobić - wpada mi do głowy coś, co już na ten temat wiem. I tak jakiś czas temu przypomniał mi się wierszyk-sztandar, który jakiś czas uchodził za manifest stylistyczny czy formalny bruLionu. Wierszyk przytaczałem dawno temu w innym miejscu, ale wart jest wspomnienia i tu; a imię jego: Flupy z pizdy.
- mam flupy - usłyszałem
od dziewczyny i myślę: co ?
- co? - pytam
- no, leci mi z pizdy
Jakimi dziwnymi ścieżkami chadza historia sztuki, że i grupa Tot-art i późniejsze środowisko bruLionu prócz wyjątkowych indywidualności twórczych wydało szereg religijnych fanatyków i sekciarzy...
I teraz dwa pytania: może my tu w CATRINAS powinniśmy sobie zafundować taki sztandar, którym będziemy wymachiwali przed oczami wszystkim zgorszonym rozsiewając flupy, czy na co tam innego wpadniemy?
I dwa: a może od razu założymy sektę?
I na marginesie: a może jeszcze jedna kolejka?
niedziela, 3 kwietnia 2011
Catalina Jimenez: mleczna krowa
... widziałem siebie, jak wiążę się z tą kobietą, jak sobie układam życie, opuszczam SS i wszystkie potworności, których tkwiłem już od tylu lat, moje własne dziwactwa opadają ze mnie jak skóra z węża, gdy linieje, moje demony rozpływają się niczym letni obłok, a ja wchodzę w rzekę przeciętności. Jednak myśli te cale mnie nie uspokajały, przeciwnie, budziły mój bunt: Co?! Zabić marzenia w zamian za możliwość wkładania penisa w jej obrośniętą jasnym włosem pochwę, całowania rosnącego brzucha, w którym nosiłaby śliczne i zdrowe dzieci? Nawiedzały mnie obrazu ciężarnych kobiet, siedzących na walizkach w błocie Kaschau albo Munkacsa, myślałem o ich sromach, wtulonych dyskretnie między uda, pod okrągłymi brzuchami, o tych sromach i brzuchach, które niosły do gazu, niczym medal za odwagę. Dzieci zawsze są w brzuchach kobiet to jest najstraszniejsze. Skąd ten wstrętny przywilej? Dlaczego relacje między kobietą i mężczyzną muszą się zawsze sprowadzać do jednego, do zapłodnienia? Worek na ziarno, inkubator, mleczna krowa, oto kobieta namaszczona sakramentem ślubu. I choć moje obyczaje pozostawiają wiele do życzenia, są przynajmniej wolne od tego zepsucia.
Jonathan Littell, Łaskawe
Jonathan Littell, Łaskawe
piątek, 1 kwietnia 2011
Julio del Torro: Nagie dziewczęta i nostalgia
Zawsze wyobrażałem sobie okop. Trwa wojna. W moich wyobrażeniach wojna nie była sprecyzowana, ale coś w rodzaju bitwy pod Verdun. Chodzi o odległość czasu. Bardzo precyzyjny był za to żołnierz. Nie będę go opisywać. Ważne, że młodziutki i przerażony. Na tyle młody, że nie zna kobiety. Na tyle przerażony, że potrzebuje talizmanów. Jego talizmanem, wymiętym i już poblakłym, jest zdjęcie nagiej dziewczyny. Dziewczyny pięknej i anonimowej. Dziewczyna leży na sofie i uśmiecha się do żołnierza. Uśmiecha się ustami, puklami włosów, piersiami, biodrami... Wszystkim się uśmiecha. Posiadania tego zdjęcia zazdrościli mu najpierw koledzy ze szkoły, później z pułku. Dziewczyna była pierwszą nagą kobietą jaką widział w swoim życiu. Pierwszą i ostatnią. Dla niektórych kolegów również. To przecież tylko zdjęcie, ale chłopiec czuł coś więcej niż pożądanie. Czuł więź emocjonalną. Może nadał jej imię? Może pisał do niej listy z frontu, nie umieszczając na kopercie danych adresata? Za chwilę wybiegnie z okopu. Jeszcze raz na nią spogląda, a ona się uśmiecha.
Dzisiaj nagą kobietę można zobaczyć wszędzie. Chcący, czy niechcący. W reklamie, na bilboardzie, w co drugim filmie. W Catrinas. No chuj, czasy się zmieniły. Jasne, że mi to nie przeszkadza, przecież też dlatego robię tę gazetę. Tylko... Dla tego żołnierza kobieca nagość była czymś mitycznym i mistycznym. Czymś dla nas niewyobrażalnym. Czymś, czego bardzo chciałbym zaznać, chociaż wiem, że nie mam na to szansy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
