W moim pueblo nie ma zbyt wiele rozrywki. W zasadzie tylko te podstawowe. Kurwy, wino i pianino, czyli nic specjalnego – nudno. Pewnego wieczoru udałem się na Wzgórze Przeznaczenia na szczycie którego rośnie wielkie na 12 metrów drzewo. Gdy byliśmy młodzi potykaliśmy się o jego ogromne i wystające korzenie. Tak też było tym razem. Zachaczyłem sandałem i jebłem pyskiem w glebę! Lecz ta, zamiast zadać mi obrażenia, zapadła się na kilka centymetrów. Zdzwiony zajrzałem do dziury. A tam szpula z taśmą i jakaś obgryziona kartka. Wyjąłem ten cały skarb i zacząłem czytać. Informacje tam zawarte były mocno niepełne i wyglądały mniej więcej tak:
Było ich czterech, w każdym z nich inna krew, lub jej brak co zostało opisane w Biblii w rodziale o apokalipsie, czy cos podobnego. Wieść o nich obeszła całą Kamczatkę, Filipiny i Azory, łącznie z tymi w każdej wsi.
Zainteresowało mnie to na tyle, że szybko wróciłem do wioski, taśmę delikatnie nawinąłem na dzyndzelki w magnetofonie i nacisnąłem PLAY. Poszło. Przy otaczających mnie dźwiękach czytałem dalej resztki kartki:
W trakcie zimowego spotkania przy zgaszonym ognisku grali rumuńskie szanty, a z mrocznego lasu wyłonił się... Jazzu (nie mylić z Jezu).
Wspaniała muzyka panowie – orzekł na wstępie – niesie się hen hen w lasy i padoły. Byłbym zaszczycony, gdybym mógł rozkazać krtani, aby wibrowała w rytm waszych gibońskich dźwięków. Nic nie odpowiedzieli, jednak po dziś dzień cała piątka tworzy gibbon metal. Tak właśnie nastała era dinozaurów, a poźniej już wiecie, jak losy świata się potoczyły. Darwin całkiem nieżle to opisał. A Einstein dołożył nutkę wanilii.
Hoot Gibbon vel Hootersi vel Gibonsi ściskają zachłannie wasze chętne dziewczyny, żony i kochanki (jednocześnie) a wy nic nie możecie na to poradzić. Temu trzeba się poddać. Stay Hoot!! Touch Gibbonz!
Ha, spodobalo mi się, więc zacząłem szperać, pytać ludzi z wioski... czy znają, czy słuchali, czy wiedzą jak do nich dotrzeć. Lecz ślad kończy się taką informacją:
29-31 marca 2012 Hoot Gibbon wchodzi do studia (www.marpart.pl) zarejestrować nowe demo! Jednocześnie już niebawem usłyszycie ich na żywo!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pueblo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pueblo. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 marca 2012
wtorek, 21 lutego 2012
Paco Haya Rodriquez: Drogi pamiętniku...
No właśnie, dawno nie gadaliśmy. Co u ciebie? Widzę że kartki trochę pożółkły, okładki nieco pofalowały, grzbiet pokrył kurz. A zatem wszystko w najlepszym porządku. Zamierzam coś w tobie napisać.
Ostatnimi czasy, gdy wracam po ciężkiej pracy w kopalni do mego pueblo w Guadelupie, moja mujer, Pocahontas, wita mnie dzbanem tequilli i wyśmienitą strawą, składającą się z placka z mąki kukurydzianej, warzyw, a niekiedy nawet mięsa. Bomba! Jestem zachwycony. Żyje mi się nieco lepiej odkąd zacząłem pisać do znanego nawet w Polsce magazynu internetowego CATRINAS. Mówię ci – wypas, ale o tym później.
Wczoraj po pracy poszedłem z amigos na próbę lokalnej kapeli. Ale dali czadu! Mają całkiem nowego wokalistę. Zapominam ciągle, jak kapela się nazywa... pamiętam, że coś z małpą... albo goblinem. Hmmm... Już wiem - to Hoot Gibbon! Powiedzieli mi, że ćwiczą przed nadchodzącymi koncertami wiosenno-letnimi! Ach, będzie się działo. Mam nadzieję, że zagrają gdzieś w okolicy. Bo wiesz, do Polski to daleko, a poza tym, jak mógłbym zostawić moje pueblo!
W sobotę oczekuję Miguel'a z Acapulco! Ma przyjechać o zmierzchu, więc idę na postój, aby ujrzeć go od razu jak zeskoczy z wozu. Następnie udamy się do mnie i będziemy świętować spotkanie! Miguel przybywa specjalnie z tak daleka, aby ujrzeć jakiś zespół, który akurat przejazdem będzie u mnie, w Guadelupie. Cieszę się, że znowu go zobaczę!
A co do CATRINAS, drogi pamiętniku, to powiem ci, że szykuje się super numer. Będą wywiady, dużo zdjęć, sporo czytania. Wiesz, piszę do nich różne teksty, a oni je publikują i to za darmo! Nie muszę im płacić – super, co? Tak czy inaczej jakoś dajemy radę.
Aha, no i najważniejsze – stałem się znany i lubiany w naszej wiosce, odkąd zabiłem Chupacabrę, która wręcz wysysała nasze kozy! Ale udało mi się i zatłukłem ją obuchem. A co najlepsze, prawie tego nie pamiętam, gdyż parę godzin wcześniej raczyliśmy się z amigos trunkiem pędzonym w piwnicach naszego pueblo. Byłem tak nagwizdany, że nie wiedziałem, gdzie góra, a gdzie dół. Ale udało się uziemić potwora.
Drogi pamiętniku, póki co żegnam się z tobą, gdyż świeca już przygasa, a i rysik też na wykończeniu. Odezwę się jeszcze.
Twój Paco
Ostatnimi czasy, gdy wracam po ciężkiej pracy w kopalni do mego pueblo w Guadelupie, moja mujer, Pocahontas, wita mnie dzbanem tequilli i wyśmienitą strawą, składającą się z placka z mąki kukurydzianej, warzyw, a niekiedy nawet mięsa. Bomba! Jestem zachwycony. Żyje mi się nieco lepiej odkąd zacząłem pisać do znanego nawet w Polsce magazynu internetowego CATRINAS. Mówię ci – wypas, ale o tym później.
Wczoraj po pracy poszedłem z amigos na próbę lokalnej kapeli. Ale dali czadu! Mają całkiem nowego wokalistę. Zapominam ciągle, jak kapela się nazywa... pamiętam, że coś z małpą... albo goblinem. Hmmm... Już wiem - to Hoot Gibbon! Powiedzieli mi, że ćwiczą przed nadchodzącymi koncertami wiosenno-letnimi! Ach, będzie się działo. Mam nadzieję, że zagrają gdzieś w okolicy. Bo wiesz, do Polski to daleko, a poza tym, jak mógłbym zostawić moje pueblo!
W sobotę oczekuję Miguel'a z Acapulco! Ma przyjechać o zmierzchu, więc idę na postój, aby ujrzeć go od razu jak zeskoczy z wozu. Następnie udamy się do mnie i będziemy świętować spotkanie! Miguel przybywa specjalnie z tak daleka, aby ujrzeć jakiś zespół, który akurat przejazdem będzie u mnie, w Guadelupie. Cieszę się, że znowu go zobaczę!
A co do CATRINAS, drogi pamiętniku, to powiem ci, że szykuje się super numer. Będą wywiady, dużo zdjęć, sporo czytania. Wiesz, piszę do nich różne teksty, a oni je publikują i to za darmo! Nie muszę im płacić – super, co? Tak czy inaczej jakoś dajemy radę.
Aha, no i najważniejsze – stałem się znany i lubiany w naszej wiosce, odkąd zabiłem Chupacabrę, która wręcz wysysała nasze kozy! Ale udało mi się i zatłukłem ją obuchem. A co najlepsze, prawie tego nie pamiętam, gdyż parę godzin wcześniej raczyliśmy się z amigos trunkiem pędzonym w piwnicach naszego pueblo. Byłem tak nagwizdany, że nie wiedziałem, gdzie góra, a gdzie dół. Ale udało się uziemić potwora.
Drogi pamiętniku, póki co żegnam się z tobą, gdyż świeca już przygasa, a i rysik też na wykończeniu. Odezwę się jeszcze.
Twój Paco
Subskrybuj:
Posty (Atom)

