Jest takie powiedzenie "zabierać się jak pies do jeża". Z pewnością źródłem powiedzonka nie był pies mojego znajomego: ten (pies, nie znajomy) wygrzebuje każdego jeża z okolicy i z pełnym spokojem go zżera. Za co tamten (znajomy, nie pies) go nie znosi. Nie wiem czemu, taka już psia natura, że robi rzeczy dla ludzi niepojęte. A to w gównie się wytarza, a to jeża zeżre. I choć bywali tacy ludzie, co w gównie się tarzać lubili (jak się, cholera, nazywał ten zespół...?), to czy da się zeżreć jeża?
Otóż się da. Jeża łapiemy, żywcem obtaczamy w glinie tak, żeby przykryła grubą warstwą kolce. Przysypujemy (również żywcem) żarem z ogniska, i kiedy glina zacznie twardnieć znaczy to, że jeż jest prawie gotów. Jeża nie patroszymy i nie czyścimy. Rozbijamy tylko glinianą skorupę, wraz z którą odpaść powinny i kolce. Mięso jest ponoć delikatniejsze niż kurczak.
Takiego jeża można podać w winie, jeże ponoć lubią wino. Był kiedyś, dawno temu, bo na froncie I Wojny Światowej, przypadek jeża alkoholika. Przygarnęli go francuscy żołnierze i trzymali go jak skarb, okazało się bowiem, że jeż jest radarem na wojska niemieckie. Gdy tylko usłyszał wroga kulił się i zastygał - jeśli był zbyt blisko, lub uciekał w przeciwnym kierunku jak poparzony (mniam) - jeśli jeszcze się dało. Taka czujka to nieoceniona korzyść na froncie, toteż wszystkożerni Francuzi oszczędzili dzielnego jeża. Niemniej jeż okazał się, jak każdy dobry wojak, tęgim opojem.
Żołnierze francuscy mieli zwyczaj niedopijania wina. Nie, żeby nie chcieli lub żeby nie smakowało - zostawiali sobie na później drobną resztkę w manierkach, które stawiali w okolicach strzelnic. Waleczny jeż po obiedzie budził się spragniony, robił więc rundkę dookoła pobliskich strzelnic spijając wino z poukrywanych tam manierek. Stał się źródłem wielu konfliktów wewnątrz francuskiego sztabu, a cała sprawa wyszła na jaw przypadkiem. Otóż kiedy wracał, a wracał zupełnie normalnie, prostym krokiem abstynenta, więc kiedy wracał zdradzała go jedna rzecz: zapominał o okopie. Kiedy dochodził do niego zachowywał się jak te wszystkie kojoty z popularnych kreskówek, które, ścigając strusia, zapomniały o baczeniu na grunt pod stopami. Walił się więc 2/3 metry na łeb na szyję, nieprzytomny. Jednak - jak każdemu dobremu pijakowi - nic mu się nigdy nie stało.
Do czasu. Pewnego dnia pewien francuski żołnierz, który przypadkiem czuł się właścicielem jeża, i przypadkiem nazywał sią Blaise Cendrars, znalazł go nieżywego we własnej manierce, w której jeż zwykł sypiać. Że Cendrars był lekarzem-amatorem, zrobił mu sekcję zwłok.
Jeż zmarł na marskość wątroby.
W tym szczególnym okresie uczcijmy go dwiema linijkami ciszy.
Amen.
ps.
A wiele innych ciekawych rzeczy znajdziecie w najnowszym numerze CATRINAS, do pobrania - jak zawsze za darmola - na www.catrinas.pl już od dzisiaj!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pijak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pijak. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 października 2011
wtorek, 12 kwietnia 2011
Paco Haya Rodriquez: Codzienny poranny kac.
Piję. Piję prawie codziennie. Więcej lub mniej ale piję. Nie piję piwa. Browar jest dla mięczaków. Browar wydyma.
Piję. Piję gorzałę. Lubię ją. Często walę drinki. Robię je w różnych odcieniach błękitu i zieleni, bo te żółte to takie zwykłe. Od 26 lutego 2011 w mym gardle zdarza się gościć drinkowi CATRINAS. Mieszam go tylko inaczej niż Seba, barman z 2na3, który to był pierwszym podawaczem tego drina.
Większe pół szklanki zapełnia gorzała. Następnie wlewam jakiś niebieski zabarwiacz, który wydawałoby się jest dla pedałów, ale swoje dodatkowe 20% wnosi. Wlewam tego parę kropel, aby uzyskać morski kolor, po czym dopełniam szklankę spritem. Trochę lodu i CATRINAS gości na mym stole.
Piję bo lubię, bo mi smakuje, bo... No właśnie – piję żeby wyluzować. Spięty coś ostatnio jestem. Muszę się chyba wyspać i porządnie odpocząć. Nie piję żeby zapomnieć. Po pierwsze nie mam o czym zapomnieć, a po drugie moja pamięć sięga 6h wstecz, więc i tak zapominam. Piję i rozpijam innych. No cóż, nic na siłę, wszystko młotkiem.
Lubię umoczyć ryj z kumplami w wiadrze gorzały. Oczywiście można się bawić bez alkoholu, ale pytam się, po co?
Irlandczycy mają fajnie. Mają zajebiste pijackie przyśpiewki! Walą aż padną i do tego tańczą, grają i śpiewają. Zresztą nie tylko oni.
Pierdzenie, plumkanie czy jak tam to nazwać, ale uwierzcie, że podczas chlania w knajpie wszyscy to śpiewają!! Impreza na całego!
Gdy słyszę, że od picia “wysiądzie” mi wątroba to kiszki mi się same skręcają. A ci dżentelmeni co pod sklepem od 40 lat stoją a raczej leżą najebani, to co? Z plastiku są? Walą co popadnie i żyją 80-90 lat! No przecież nie mówię że bycie nurem jest wporzo, chociaż może warto spróbować?
Tak czy inaczej chlanie zazwyczaj kończy się kacem. Większym czy mniejszym, ale zawsze kacem. Stąd też, że znam kaca z autopsji, uwielbiam film “Kac Vegas”. Jestem sednem tego filmu, a na wiadomość o drugiej części tupie nerwowo nogą, nie mogąc doczekać się premiery. Zadaję sobie tylko jedno pytanie: Skoro druga część “Kac Vegas” rozgrywa się w Bangkoku a nie w Vegas to polski tytuł filmu będzie “Kac Vegas 2”, czy jednak dopasują go do rzeczywistego miejsca kaca?
Po angielsku oczywiście brzmi dobrze “The Hangover” i tyle... Kac to kac, niezależnie od miejsca. Widzę pewne podobieństwo “Kac Vegas” i “Ocean's..11, 12, 13...”. U Oceana chodziło o kradzieże bardziej lub mnie zagmatwane. Wiadomo czego się spodziewać w kolejnej części, ale ciekawi nas w jaki sposób osiągną cel i jak innych wychujają. Podobnie jest z “Kac Vegas” w drugiej części chodzi oto samo co w pierwszej. Ta sama ekipa jedzie tym razem do Tajlandii, impreza jak poprzednia... gubią członka... ekipy... Stu [dentysta] jak zwykle ma jakiś uszczerbek na ciele. W pierszej części wyrwał sobie ząb, tym razem ma dziarę na twarzy!!! Bardzo powtarzalny scenariusz, a mimo to czekam z niecierpliwością. Trailer mnie rozbawił.
A więc kolejny poranek zaczynam kacem i to takim prawdziwym, w końcu pić trzeba! A dla Was wstęp do “Kac Vegas 2” w Bangkoku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
