Podwyższanie wieku emerytalnego. Hmmm, brzmi fajnie. Zróbmy coś, czego konsekwencje dla ludzi będą hen hen, a my już teraz sobie podreperujemy to i owo. Zostawmy ekonomię i politykę.
Właśnie zobaczyłem zdjęcie http://antyramki.com/antyramka/1132/Podniesienie-wieku-emerytalnego. Uśmiałem się, choć na smutno.
System emerytalny przy obecnej stopie przyrostu naturalnego i prognozach oraz z czarnymi chmurami nad gospodarką europejską i wątpliwymi kołami ratunkowymi… nie chcąc być złym wróżbitą, ale tenże system emerytalny nakryje się nogami ze trzy razy zanim będę w wieku, w którym emeryturę pobierać mi przystoi. Złoży się jak domek z kart. Sam wicepremier otwarcie oświadcza, że nie wierzy w system emerytalny. Smutna prawda jest faux pas… smutne, ale prawdziwe!
Stary dziad nie ma czasu leci do roboty. Śmiech przez łzy, a przecież to wariant optymistyczny…
Bo kto zatrudni dziada o lasce, albo starą babę z puchnącymi nogami?
Nędza będzie biegać po mieście z plastikowymi kubkami na miedziaki. Tabuny charczących dziadów będą gnić i zdychać na ulicach. Służba zdrowia obsłuży majętnych. Domy opieki będą zbyt potrzebne, więc znikną zupełnie. Kto zatrudni dziada, skoro absolwenci elitarnych uczelni wegetują w mieście chuja i robią superwtorki.
Superwtorek - dzień rozpoczynający się od pijaństwa i tym samym kończący. Polegający na szwędaniu się po mieście w stanie upojenia. Konfrontowaniu kina duńskiego z islandzkim. Wylegiwaniu się na płycie lotniska Bemowo ze skrętami w ustach. Lody cola i czisy z maca. Zastanawianiu się, czy truskawka przyjęłaby się na wyspach Cooka, albo gdzie jest największy kalder na świecie. Wchodzeniu na pajęczyny dla dzieci na placach zabaw. Dmuchaniu do butelki. Podśmiechujków z własnego położenia (kozi róg) i Polski, za sprawą doświadczenia, historii współczesnej oraz dzieł takich jak choćby „Polactwo”.
Uczestnicy superwtorków… wymarzone domy przy Placu Konfederacji (w dzień niepodległości) najchętniej przyozdobiliby w flagi konfederacji. Jak mawiał jeden z uczestników superwtorków - „Każdy kto lubuje wolność sympatyzuje z Konfederatami.”
Kentucky Fried Chicken. Kiedyś wpadli tam odurzeni superwtorkiem. Zostało ich tylko dwóch. Zamówili największy kubek - 30 hot wingsów. Na packmanie (zwanym również gastro) opierdalali kawałek po kawałku. Ciekawość świata kazała im przeliczyć kostki. Skurwysyny na etacie chciały ich oszukać! Dali 28 skrzydełek! Dwa opłacone - nie zjedzone! Uczestnicy superwtorku podeszli do kontuaru i na oczach przerażonej ekspedientki rozpoczęli odliczanie. ,,Jeden!” - Krzyknął jeden z nich, po czym jedna kostka wylądowała z tacki do kubełka. Ostatniej kostce towarzyszył okrzyk - „28!” Kłamstwo zostało obnażone. Dwa skrzydełka za mało! Superwtorkowiczanie otrzymali dwie porcje dużych frytek „na odpierdolta sie”, a ochroniarz szepnął im do uszka „zmieńcie dilera”. W Kentucky dali dwa skrzydełka za mało. Na fladze Konfederatów figurowało 13 białych gwiazd. Krajów skonfederowanych było jednak tylko 11! Dwa z nich Kentucky i Missouri opowiedziały się za Unią, ale obywatele tych stanów częściowo opowiedzieli się za Konfederacją - ich również uwzględniono przy projekcie flagi. Ciekawe co wybrałyby skrzydełka, gdyby pracownicy dali im wybór…
Starcze marzenia o wywieszaniu flagi konfederacji w przedwojennym segmenciku na placu konfederacji rodzą się w głowach młodych ludzi, gdy przechodzą tamtędy. Umysły postarzone o dekady przez mroźne przyjęcie niewrażliwego na ich aspiracje, surowego rynku pracy. Wspomniani delikwenci zapijają codzienność również w lokalach o progach wyższych, niż mogą sobie pozwolić bez nadszarpnięcia portków. Kieszeni w szczególności…
Sącząc drinki bogobojnie oddają się kalkulacji, nie mogąc znaleźć spokojnego ukojenia w alkoholu. Piją na mszy konsumpcji w kwaterze głównej szatana, gdzie pieniądz jest najwyższym kapłanem i gdzie bóg mógłby być parkingowym - na mazowieckiej. Otoczeni adeptami czarnej magii, młodzikami ze szkół społecznych, których czesne jest marnotrawionym kapitałem mającym przekształcić embriony w ludzi, a tworzy rozwydrzoną kabałę zepsucia - patafianizm premium.
Patafianizm premium:
Młodzi, piękni, w za małych swetrach. Risotto z gównem skwierczące na danceflorze. Po przepiciu potu ich starych, wypacają alkohol dymając się zajadle na przypominających skrzela rekina poduszkach z hipoalergicznej skóry. Wciągają kreski ze stłuczonych grą wstępną luster. Kolombo, zmieszane po dobroci od dilera z proszkiem do prania, którego w innej postaci nigdy nie widzieli. Od tego jest personel domowy. Uciecha pośród żakardowych pstrokatych obić, girland żyrandoli, pikowanych foteli i ludwikańskich szezlongów.
Zamglone dymem nocnych uciech umysły niczym ikat’owe zdobienia tkanin, wzory powstałe dzięki sprytnemu barwieniu osnów przed tkaniem.( Dłubane w tureckich ruderach, sprzedawane za krocie. )
Spedalone lamuski opływające w ordery jakości i żałosne szyldy dobrego smaku - luksusowe marki, na które świat ciężko zachorował i tylko śni w obronie, lecz snem płytki. Budząc się co rano jest znów to samo - Charlotte, Jaun Paul Gaulitier, Papu , Kac Wawa i Plac Zbawiciela Parano.
Stanów skonfederowanych było 11, gwiazdek na fladze 13. A gin w mono kosztuje 14, plus tonik 7 - 21. 21!!!!!! GHRRR
21 gramów koksu w drodze do szczęścia.
21 gramów tyle waży dusza.
21 oczko
21 maja 1471 - narodziny Durera
21 czerwca (co roku) Noc Kupały
Obierz 21 gwiazd w noc Kupały, połącz kreską (jedną i drugą), powiedz co powiedział Ci wszechświat?
Nagi Durer z podniesionym wiekiem emerytalnym do 21, wymachujący flagą Konfederacji na stole w Monobarze, z kubełkiem od KFC na głowie, puszczający do mnie oczko. Sztandarowy uczestnik superwtorku, przezroczysty dla patafianów premium. Moja wizja, moje 21 utopione w Ginie.
środa, 21 marca 2012
wtorek, 20 marca 2012
Paco Haya Rodriquez: Anatomia życia
Życie jest tak skonstruowane, że jedni się rodzą a drudzy umierają. Dzisiaj jednak, chodzi mi o urodziny. Czego tam sobie wymarzyłeś Bustosie, tego ci życzę!
PS Agacie też życzę szyskiego naj!
PS Agacie też życzę szyskiego naj!
niedziela, 18 marca 2012
Catalina Jimenez: ch...
Całe szczęście, że dzisiaj niedziela i że kończy się już ten koszmarny tydzień.
Zaczęło się w poniedziałek od nagłej, kompletnie niespodziewanej śmierci mojego ukochanego kota. W międzyczasie okazało się, że przed premierą w mojej pracy jest jakieś mega zamieszanie i nie ma komu robić. W związku z tym trzeba robić mną. W czwartek postanowiliśmy z Bustosem zmienić mojego jedenastoletniego matiza na samochód troszkę starszy, ale za to mega lepszy. Niestety nie podejrzewałam, że jeżdżenie golfem kombi, jak się ma prawo jazdy od ledwie kilku miesięcy i nie za bardzo ogarnia, nie jest takie proste. Nienawidzę mojego nowego samochodu. W sobotę znienawidziłam go jeszcze bardziej. Jakiś kutas przykleił mi bowiem karnego kutasa za chujowe parkowanie. Człowieku! Pierwszy raz w życiu parkowałam takim wielkim samochodem! Idealnie zmieściłam się w liniach, stanęłam prosto, co naprawdę nie było łatwe, jak się wcześniej parkowało tylko taką mydelniczką, jak matiz! A to że akurat na wylocie z alejki dla pieszych i że biedni ludzie musieli omijać mój samochód! Błagam, problemy obcych ludzi nigdy mnie specjalnie nie interesowały. Dzisiaj obudziłam się z koszmarnym przeziębieniem. Niech mnie ktoś przytuli.
Zaczęło się w poniedziałek od nagłej, kompletnie niespodziewanej śmierci mojego ukochanego kota. W międzyczasie okazało się, że przed premierą w mojej pracy jest jakieś mega zamieszanie i nie ma komu robić. W związku z tym trzeba robić mną. W czwartek postanowiliśmy z Bustosem zmienić mojego jedenastoletniego matiza na samochód troszkę starszy, ale za to mega lepszy. Niestety nie podejrzewałam, że jeżdżenie golfem kombi, jak się ma prawo jazdy od ledwie kilku miesięcy i nie za bardzo ogarnia, nie jest takie proste. Nienawidzę mojego nowego samochodu. W sobotę znienawidziłam go jeszcze bardziej. Jakiś kutas przykleił mi bowiem karnego kutasa za chujowe parkowanie. Człowieku! Pierwszy raz w życiu parkowałam takim wielkim samochodem! Idealnie zmieściłam się w liniach, stanęłam prosto, co naprawdę nie było łatwe, jak się wcześniej parkowało tylko taką mydelniczką, jak matiz! A to że akurat na wylocie z alejki dla pieszych i że biedni ludzie musieli omijać mój samochód! Błagam, problemy obcych ludzi nigdy mnie specjalnie nie interesowały. Dzisiaj obudziłam się z koszmarnym przeziębieniem. Niech mnie ktoś przytuli.
piątek, 16 marca 2012
Julio del Torro: Piosenka wiosenna
Za oknem wiosna już
Radosnych ludzi rój
I chuj
Po parkach - hej! - się raczą
Tyskaczem bądź Ciechanem
Ja mucosolvanem
Spódniczki krótkie z szaf
Dobyły wnet nimfetki
Łykam tabletki
Ramiona, uda, łydki
Za chwile będą gołe
Gorączka, ja pierdolę
ref:
Przewlekłe przeziębienie jebie mi życie od stycznia, niech ktoś mnie Dobije
Yeah, yeah
Dobije
Yeah, yeah
Radosnych ludzi rój
I chuj
Po parkach - hej! - się raczą
Tyskaczem bądź Ciechanem
Ja mucosolvanem
Spódniczki krótkie z szaf
Dobyły wnet nimfetki
Łykam tabletki
Ramiona, uda, łydki
Za chwile będą gołe
Gorączka, ja pierdolę
ref:
Przewlekłe przeziębienie jebie mi życie od stycznia, niech ktoś mnie Dobije
Yeah, yeah
Dobije
Yeah, yeah
czwartek, 15 marca 2012
Nie piłem a mam kaca...
Nie będę się rozwodził zbyt długo, bo i temat nie jest zbyt poważny. Kac mianowicie. Dokładnie "Kac Wawa". Film, którego nie widziałem i wątpię żebym obejrzał, a już na pewno nie jeśli miałbym zapłacić za to choćby złotówkę. Producent liczy wielkie straty spowodowane według niego tekstem Tomasza Raczka, który wizytę w kinie odradzał, czym ponoć przyczynił się do klapy pierwszego weekendu. O ile się nie mylę producent pozwał Raczka do sądu. Szkoda, że gość dysponujący jednak jakąś kasą co powinno przełożyć się jeśli nie na intelekt, to chociaż biznesowego nosa nie wpadł na jedną prostą rzecz: Że po prostu stworzył gówniany film i nikt nie chce na niego iść. Trudno bowiem oczekiwać, żeby potencjalni widzowie "Kac Wawy" (jakże przechujowo ściągnięty tytuł) czytywali namiętnie i refleksyjnie teksty T. Raczka.
Polecam tekst Krzysztofa Vargi na temat kacowego filmu:
http://wyborcza.pl/1,99069,11343822,_Kac_Wawa___Wiekszy_dol_niz_u_Bergmana.html?bo=1
Polecam tekst Krzysztofa Vargi na temat kacowego filmu:
http://wyborcza.pl/1,99069,11343822,_Kac_Wawa___Wiekszy_dol_niz_u_Bergmana.html?bo=1
środa, 14 marca 2012
Fidel C. de Izquierdas: Dumne zagranie
Po raz kolejny w swoim życiu wybrałem dumną odmowę. Zaczęło się od tego, że w poniedziałek rano straciłem resztki szacunku do samego siebie, kiedy uświadomiłem sobie, że czeka mnie pięć dni uprawiania telemarketingu. Tymczasem jestem tak kiepski w sprzedaży czegokolwiek, że nie potrafiłem się sprzedać do firmy zajmującej się czymś innym. Ciężar tego faktu obezwładnił mnie na ładne kilka minut. Wyszedłem z domu spóźniony, czyli ze dwadzieścia po siódmej.
W autobusie zobaczyłem tłum nieprzytomnych lemingów. Niektórzy, podobnie jak ja, trzymali w rękach książkę. Dla wielu to jedyny moment w ciągu dnia, żeby ruszyć powieść o kilka stron. Z tej perspektywy patrzy się inaczej na statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce. Do pracy, czyli do brudnawego, białego budynku na Bokserskiej, dotarłem gdzieś pół do dziewiątej, odczuwając umiarkowane wyrzuty sumienia. Moja szefowa nie powiedziała nawet słowa, choć nie pamiętam, żebym w ciągu swoich sześciu dni zawrotnej kariery choć raz przepracował uczciwie osiem godzin. Albo ma słabość do gości w kapeluszach, albo tak bardzo zależało jej na utrzymaniu kogokolwiek.
Gdzieś koło południa, po obdzwonieniu kilku dolnośląskich szpitali i wysłaniu mailowych zaproszeń na konferencję dotyczącą rozwiązań informatycznych dedykowanych służbie zdrowia, rzeczywistość wdarła się w moją świadomość po raz kolejny policzkując przerośnięte ego. Wyszedłem do sklepu pod pretekstem zakupienia obiadu. W istocie dojrzewałem do ostatecznej decyzji. Po powrocie wyłączyłem komputer i poszedłem pogadać z szefową mojej szefowej, bo ta ostatnia była na szkoleniu. Wypisałem się z interesu. Nie była zachwycona. Ja byłem. Tak z pięć minut. Byłem zachwycony swoją umiejętnością spontanicznego reagowania na sytuacje powodujące dyskomfort psychiczny. A potem do mnie dotarło, że właśnie wróciłem na bezrobocie. I znowu za czas jakiś będę na poważnie rozważał zatrudnienie się w charakterze „elokwętnego wróżbity” (tak właśnie pisanego).
W autobusie zobaczyłem tłum nieprzytomnych lemingów. Niektórzy, podobnie jak ja, trzymali w rękach książkę. Dla wielu to jedyny moment w ciągu dnia, żeby ruszyć powieść o kilka stron. Z tej perspektywy patrzy się inaczej na statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce. Do pracy, czyli do brudnawego, białego budynku na Bokserskiej, dotarłem gdzieś pół do dziewiątej, odczuwając umiarkowane wyrzuty sumienia. Moja szefowa nie powiedziała nawet słowa, choć nie pamiętam, żebym w ciągu swoich sześciu dni zawrotnej kariery choć raz przepracował uczciwie osiem godzin. Albo ma słabość do gości w kapeluszach, albo tak bardzo zależało jej na utrzymaniu kogokolwiek.
Gdzieś koło południa, po obdzwonieniu kilku dolnośląskich szpitali i wysłaniu mailowych zaproszeń na konferencję dotyczącą rozwiązań informatycznych dedykowanych służbie zdrowia, rzeczywistość wdarła się w moją świadomość po raz kolejny policzkując przerośnięte ego. Wyszedłem do sklepu pod pretekstem zakupienia obiadu. W istocie dojrzewałem do ostatecznej decyzji. Po powrocie wyłączyłem komputer i poszedłem pogadać z szefową mojej szefowej, bo ta ostatnia była na szkoleniu. Wypisałem się z interesu. Nie była zachwycona. Ja byłem. Tak z pięć minut. Byłem zachwycony swoją umiejętnością spontanicznego reagowania na sytuacje powodujące dyskomfort psychiczny. A potem do mnie dotarło, że właśnie wróciłem na bezrobocie. I znowu za czas jakiś będę na poważnie rozważał zatrudnienie się w charakterze „elokwętnego wróżbity” (tak właśnie pisanego).
wtorek, 13 marca 2012
Paco Haya Rodriquez: Zatkany
Jakiś taki zawalony, zatkany, zamotany jestem. Niby ze wszystkim się wyrabiam a jadnak coś w bani siedzi i wyjść nie chce. Może to zima zalega. Może. Wiosno napierdalaj!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
